Witajcie....
To mój pierwszy post tutaj i potrzebuje chyba się wygadać anonimowo bo mnie aż dusi w środku.
Jeśli możecie nie wieszajcie na mnie psów bo to mi już nie pomoże w mojej obecnej sytuacji. Z góry dziękuję Wam za spełnienie tej prośmy.
Otóż naważyłam piwa, które teraz sama muszę wypić, wiem to. Ale może nie udławię się do reszty, może jest jakieś wyjście z mojego tonącego okrętu.
Postaram się w skrócie ale chyba się nie da.
Od długiego czasu nie układało mi się w małżeństwie. W zasadzie to już przed ale myślałam, że taka kolej rzeczy i tak wygląda związek po wielu latach. Ślub wzięliśmy aby dostać kredyt na mieszkanie ponieważ latami gnieździliśmy się na wynajmach a, że wydawało mi się, że i tak będę z nim do końca życia to stwierdziłam, że pójdę w to. Brak porozumienia narastał, obcy ludzie pod jednym dachem, dwa różne temperamenty, różne marzenia, ja się w międzyczasie zmieniłam wewnętrznie nie chciałam życia pt. piwo do TV, zero wyjścia gdziekolwiek w wieku jeszcze przed 30-stką.
Niestety nigdy nie układało nam się w łóżku co dziś wiem było jedną z ważniejszych przyczyn rozpadu tego związku (byłam głupia myśląc, że to nie jest takie ważne i, ze super seks już miałam z moimi byłymi partnerami). Próbowałam mimo wszystko ratować latami to wszystko ale bezskutecznie. Mąż nie widział problemu. On był przecież przykładnym mężem, dobrym, nie zdradzającym. Ok. Niestety brak porozumienia i więzi zarówno fizycznej jak i psychicznej spowodowały, że uczucia wygasły. Zupełnie. Zaczęłam o tym mówić. Zaczęłam wspominać mu, że chyba czas to zakończyć ale on nie chciał nawet o tym rozmawiać. Po latach płaczu, ciągłych depresji i powolnego staczania się (zaczęłam popijać wraz z mężem tylko niestety bardziej szkodliwie) pojawił się ON, ten trzeci. Dawny przyjaciel z liceum. Banał, co? Brzydziłam się zawsze zdradą. A jednak po wielu miesiącach walki samej z sobą postanowiłam sprawdzić czy to aby na pewno ze mną jest coś nie tak w łóżku (tak sobie zdążyłam wmówić po latach nieudanego pożycia łóżkowego). Zdradziłam. I zakochałam się jak nigdy w życiu. Sytuacja materialna zmusiła mnie do tego aby poczekać na ten najważniejszy krok (choć wspominałam mężowi o rozwodzie, nie raz i, że nas już nie ma i nic tego nie zmieni, żyliśmy nawet w osobnych pokojach, jak obcy ludzie). Nie zdążyłam. Wpadłam. Przez głupotę. Mąż dowiedział się w ostatnim momencie kiedy już wszystko miałam przygotowane, żeby się wyprowadzić i potem zacząć jakoś zamykać temat mojego nieudanego małżeństwa, kredytów... Niestety dysponuje skopiowanym dialogiem (wykradzionym z mojego FB) z moim "kolegą" który ma mu posłużyć jako dowód w sądzie.
Orzekanie o winie. Taki ma zamiar. Jak to brzmi. Nie tak miało być. Nie czuję, że zdradziłam bo od dawna nie żyłam z mężem i jawnie mówiłam, że nie chcę już z nim dłużej żyć. Ale w świetle prawa jest inaczej. Jestem winna. I on postanowił to wykorzystać. Mam się przyznać w sądzie. Zapytał czy tak zrobię. Teoretycznie nie mam wyjścia, przecież ma dowody. Ale pojawia się czarna chmura... alimenty na męża. Przecież może ugrać je bez problemu. Jestem w stanie zostawić mu wszystko (i tak planowałam tak zrobić) ale alimenty na męża zniszczyłyby mnie....
Co mogę zrobić? Próbować udowodnić, że nastąpił wcześniej rozkład pożycia? Przecież to się może ciągnąc latami... Przyjąć całą winę na siebie? Ogromne ryzyko... Nie wiem jak w tej sytuacji kiedykolwiek sprzedamy mieszkanie skoro nie będzie rozwodu tak szybko. Nie wiem jak uciągnąć kredyt i mieszkanie w pojedynkę. Nie wiem co robić. Może macie jakieś rady. Mąż nie zamierza się "dogadać" i zapowiedział, że mieszkania nie sprzedamy przed rozwodem na pewno. Wiem, że zawaliłam. Wszystko zawaliłam. Ale czy w ogóle jest szansa, że się uratuję z tej sytuacji? Może macie jakieś rady... Chcę zacząć na nowo. Mam wrażenie, że dzięki temu którego pokochałam chyba pierwszy raz w życiu wiem kim jestem i wiem czego chcę. Banały, ja wiem. Ale mam 30 lat. Czuję, że jeszcze mogę zacząć na nowo.... Tylko ten rozwód, te kredyty... Jak to teraz ogarnąć żeby nie utonąć? ![]()