Postaram sie opisac moje przejscia. Nie lubie i nie potrafie o sobie pisac, takze streszcze ile sie da. Mam 37 lat, sama wychowuje syna lat 11. Po rozwodzie x lat temu, poznalam P u kolezanki. Od poczatku zlapalismy kontakt, mimo ze byl ode mnie sporo mlodszy (jakies 7.5 roku). Bylam akurat po niemilych przejsciach takze nie patrzylam na niego jak na potencjalnego kandydata na partnera. Po pol roku 'kolezenskiego' widywania sie, cos sie zmienilo i zaczelismy byc razem. Niestety mialam bardzo duze obawy i zle wspomnienia z lat wczesniejszych (chociazby to, ze moj ex maz stwierdzil, ze bylam jego utrzymanka bo siedzialam w domu z dzieckiem a nie poszlam do pracy-gdzie to akurat byla nasza swiadoma decyzja....). Balam sie powtorki takze utrzymywalam dystans i niestety przez to popelnilam wiele bledow. Jemu zalezalo, chcial wiecej, ja sie balam milo ze zalezalo mi na nim. Tak szarpalismy sie ok 2 lat, razem, osobno i znowu razem itd. Po tych 2 latach on zaczal sie zmieniac. Po moich namowach zdecydowal sie na zakup domu9 dla siebie a nie dla nas dla scislosci) bo tak tu jest taniej niz wynajmowac. Zaczal mnie unilac. Po ok 2 miesiacach wyszlo, ze zaczal sie spotykac z kims poza moimi plecami. Twierdzil, ze juz mnie nie kocha, ze on tak nie chce i bedzie lepiej jak sie rozejdziemy. Tak sie stalo, ale jak to u nas bywalo znowu zaczelismy sie widywac. Czulam ze cos jest nie tak, moja intuicja mnie jeszcze nie zawiodla. Wydala sie cala checa z malolata, on bardzo zalowal, przepraszal, mowil ze jednak kocha i chce byc ze mna. W tym dniu podjelismy wiele waznych decyzji, wybaczylam bo doszlo do mnie ze go kocham i chce z nim zyc. Po miesiacy 'sielanki' cos zaczelo mi nie pasowac. Bym mrukliwy, drazliwy, po 2 miesiacach wspolnego mieszkania, gdzie pomagalam mu w remoncie domu, poznalam jego ojca, przy jednej rozmowie, w ciagu zalednie godziny wyszlo, ze on nie wie czego chce, ze chyba jednak mu nie zalezy, nie kocha... On sam nie zostawil mnie nigdy, nie potrafil tego powiedziec, to zawsze wychodzilo ode mnie, z moich pytan i stwierdzen. Tak tez bylo i tym razem. Byo mi ciezko. Po paru tygodniach znowu sie zobaczylismy, razem zle-osobno jeszcze gorzej. Ale on byl inny juz, z dystansem, bardziej traktowal mnie jak kolezanke, przyjaciolke niz jako dziewczyne. Dalam sobie czas, ze jak do konca roku nic sie nie zmieni w jego zachowaniu to koniec. Jak postanowilam tak zrobilam. Nic sie nie zmienilo, nadal nie wie czego chce. W lutym zadzwonil do mnie, zaprosil na kawe bo chcial pogadac. Sam stwierdzil, ze chce jeszcze raz sprobowac. Ja glupia niestety sie zgodzilam. Oczywiescie nie wyszlo....bo on nie wie czego chce. Niedawno doszlo do mnie, ze moze 2 tyg po naszym rozstaniu juz sie zaczal z kims spotkac, mowil ludziom, ze od 2 lat sie nie spotykamy. To chyba boli najbardziej. Zmarnowalam poltora roku zycia dla niego, a on zrobil mi cos takiego. Dzis mija 8 tyg od rostania, nie mamy zadnego kontaktu, nie ciagnie mnie nawet zeby napisac czy zadzwonic, czasem mysle, ale to normalne. Mam tez i zle dni, ale przy synu to ukrywam, po co ma sie i on martwic... To jest taki duzy skrot, bo nasza historia jest naprawde dluga i zawila. Zawalilam nie raz, przyznalam sie do tego i zalowalam, ale tego nie cofne