Witam serdecznie,
Chciałabym podzielić się z Wami moją historią, z osobami, których nie znam, które obiektywnie na nią spojrzą - w skrócie, oczywiście zostałam zdradzona.
Zacznę od początku.
Mam 30 lat, mam stabilną i fajną pracę, mam sporo zainteresowań, jestem raczej realistką i twardo stąpam po ziemi - przynajmniej stąpałam, bo od jakiegoś czasu czuję się słaba, "malutka", zagubiona, itp.
Kiedyś byłam w 7-letnim związku, który nie rokował. Przez ostatni rok się męczyłam i próbowałam ten związek ratować. Ale poznałam przez internet pewnego chłopaka, rozmawialiśmy dużo, poznawaliśmy się i zaczęło iskrzyć. Zaczęłam zastanawiać się nad moim związkiem i doszłam do wniosku, że nie kocham obecnego chłopaka. Zerwałam z nim. Zaczęłam spotykać się z Piotrem, mimo iż dzieliło nas prawie 400 km (związek na odległość). Piotr był po przejściach, co prawda na własne życzenie, był wcześniej w długoletnim związku, był nawet zaręczony ale się rozstali. Poznałam dosyć szybko powód - zdradził. Przestraszyłam się i zastanawiałam się czy warto z kimś takim się spotykać, czy nie zrobi mi tego samego. Ale uwierzyłam mu, zaufałam, deklarował się, że zrozumiał, że popełnił błąd, że wyciągnął wnioski itd....Zaufałam, uwierzyłam i stało się, zaczęliśmy być razem na poważnie, spotykaliśmy się najczęściej jak tylko się dało (praktycznie co 2 tygodnie, wszystkie święta, długie weekendy). Oczywiście codziennie setki smsów, długie rozmowy przez telefon i na skype. Dużo nas łączyło, mieliśmy te same zainteresowania, czuliśmy się ze sobą cudownie, planowaliśmy wspólną przyszłość, dzieci itd. Byliśmy bardzo szczęśliwi, ja mu ufałam, czułam że mnie kocha, czułam że jestem dla niego najważniejsza. Sielanka trwała 4 lata - wiem, że długo jak na związek na odległość. Ale byłam pewna że to ten jedyny, że będzie ojcem moich dzieci. Nigdy wcześniej nie byłam nikogo tak pewna i w nikim tak zakochana. W pracy dostałam awans, poświęcałam jej więcej czasu i trochę rzadziej się widywaliśmy. On poza pracą uprawia jeszcze sport, któremu poświęca też sporo czasu. Chyba się trochę od siebie oddaliliśmy, ale mimo wszystko wierzyłam w nas, tym bardziej, że w zeszłym roku miał się do mnie przeprowadzić. Rozmawialiśmy o tym dużo, planowaliśmy, wiedziałam, że się tego boi, ale byłam pewna, że to zrobi i będziemy razem. Wszystko co złe zaczęło dziać się we wrześniu zeszłego roku, zaczęłam się zastanawiać nad tym czy mnie nie zdradza, miałam dziwne przeczucia, ale jego siostra mnie uspokoiła, że to niemożliwe bo tak mnie kocha itd. Ale w październiku jak byłam u niego to sprawdziłam jego telefon (wcześniej tego nie robiłam) i znalazłam zdjęcia jakiejś laski. Zapytałam wprost czy mnie zdradza, oczywiście zaprzeczył. Powiedziałam mu, że znalazłam zdjęcia w jego telefonie to ściemnił, że to koleżanka z pracy, że chodziło o jakiś zakład i to nic nie znaczy. Usunął je.Zarzekał się, że mnie kocha i nie zdradza. Wtedy jeszcze uwierzyłam, chyba chciałam wierzyć. Ale zaczęłam być już podejrzliwa. Zauważyłam po jego zachowaniu, że ma jakiś problem, zaczęłam dopytywać, ale nie chciał mówić. Nie odpuszczałam, aż pewnego wieczoru przyznał, że nie wie czy nie nadal kocha. Oczywiście ogromny cios. Od razu podejrzewałam, że chodzi o jakąś inną kobietę, ale cały czas zaprzeczał. Wystraszyłam się na poważnie, pojechałam do niego, spędziliśmy razem kilka dni i znowu mnie zapewniał, że będzie ok, że mnie kocha itd. Przez jakieś 2 tygodnie było ok, ale znowu zaczął być smutny, znowu zaczęło go coś dręczyć, więc ponownie pytałam. W końcu przyznał, że chyba się zakochał w niej. Kolejny cios - płacz, krzyk, wyzywanie go itd, zerwanie. Wystraszył się, zaczął mnie błagać, przepraszać, twierdzić, że zerwie z nią kontakt bo mu zależy na mnie. Kolejny raz się złamałam i uwierzyłam, że będzie o nas walczył. Po jakimś czasie okazało się, że jednak nadal ma z nią kontakt, przekonywał mnie, że to tylko zauroczenie i że to ze mną chce być, a z nią nie. Zaczęłam walczyć o nas, bo bardzo bardzo go kochałam i niestety nadal kocham. Wszystko trwało kilka miesięcy (w sumie 7 mcy), jeździliśmy do siebie, rozmawialiśmy, on cały czas twierdził, że mnie kocha, że mu zależy, ale ja tego nie widziałam. Zazwyczaj to ja zabiegałam o ten kontakt. Dużo przez ten czas płakałam, mało jadłam, źle sypiałam itd. Sprzedawał mi przez ten cały czas kilka wersji, najpierw, że ją kocha, później że to tylko zauroczenie, później, że kocha nas obie tak samo, a ostatnia wersja to że nic do niej nie czuje. Zaczęłam mieć wszystkiego dość, tej huśtawki emocjonalnej, jego kłamstw i zapewnień słownych oraz braku czynów. Ostatni raz widzieliśmy się na początku kwietnia, prosił mnie żebym przyjechała na święta, było oczywiście cudownie, twierdził, że czuje że mnie kocha, że mu zależy, ale nie może mi powiedzieć jeszcze, że chce ze mną zamieszkać, bo nie chce mnie kolejny raz skrzywdzić i chce czuć na 100%, że ja jestem tą jedyną żeby mógł podjąć ostateczną decyzję o wspólnym mieszkaniu, założeniu rodziny itd. Ostatni raz rozmawialiśmy o nas o tym wszystkim po świętach wielkanocnych, nie mógł mi nic obiecać na 100%, więc podjęłam decyzję o rozstaniu. Miałam już dość tych ciągłych kłamstw, tego jego braku zdecydowania, zbyt wiele mu chyba wybaczyłam i na zbyt wiele mu pozwoliłam.
Rozmawialiśmy ostatni raz ok miesiąca temu, jak podejrzewałam, że się z nią spotkał, wtedy dzwonił i zapewniał, że nie, że się z nikim nie spotyka, że mu nadal zależy, ale musi być pewien czego chce.
Ostatni kontakt smsowy tym razem mieliśmy 2 tygodnie temu - zero zapewnień z jego strony, Piotr nadal nie wie czego chce. Większość tych kontaktów była zainicjowana z mojej strony.
Mam dobry kontakt z jego rodziną, od której wiem, że nadal ma jakiś problem, jest smutny, nie wychodzi z domu, z nikim nie rozmawia itd.
Wiem, że nadal rozmawia z nią w pracy czasami i nic poza tym nie wiem. Do mnie się nie odzywa.
Szczerze? Nie radzę sobie z tą sytuacją, dopiero niedawno zaczęłam wychodzić z domu, spotykać się ze znajomymi, uprawiać sport. Ale nadal mam gorsze dni, w które łapie mnie ogromny dołek, żal, tęsknota - mimo wszystko ja go nadal bardzo kocham. Wiem, że większość z Was pomyśli "wariatka" - po czymś takim można nadal kogoś kochać? Można - gdyby nie spotkała mnie taka sytuacja to bym w to nie uwierzyła.
Wiem, że nie mam na co czekać, że powinnam zapomnieć, ale cały czas mam gdzieś głęboko tą cholerną nadzieję, że zrozumie swój błąd, że będzie chciał do mnie wrócić. Ale z drugiej strony nie wiem czy po tym wszystkim byłabym w stanie mu zaufać. Rozum mi podpowiada "uciekaj jak najdalej od niego", ale serce niestety ciągnie do niego - chora sytuacja.
Jeszcze najważniejsze fakty:
Piotr ma 32 lata, wydawało mi się, że jest dojrzały i odpowiedzialny, ale teraz po tych wszystkich zdarzeniach zaczęłam w to wątpić.
Ta laska, w której się zakochał, zauroczył bądź nie - nie wiem tego, ma 24 lata, jest mężatką i ma kilkuletnie dziecko. Drugi raz zrobiła to mężowi, który nadal z nią jest i wie o Piotrze, ale nie wiem ile wie - chore, prawda? Nie odejdzie od męża bo jest od niego zależna finansowo (sama mało zarabia), chyba, że znajdzie łosia (pewnie Piotra), który ją utrzyma.
Z jednej strony nienawidzę go za to co mi zrobił, z drugiej strony nie chcę żeby zmarnował sobie życie z taką dziewuchą.
Nie wiem tak naprawdę co mu siedzi w głowie, dużo i chyba za dużo tym myślę, wydaje mi się, że ma problem z nią, że tak go omotała, że nie wie co robić, a mnie ma już głęboko w poważaniu. Pamiętam nasze pożegnanie, jak płakał i znowu przepraszał i mówił, że to nie koniec, że jeszcze się zobaczymy - że tak czuje. On wie, że bardzo go kocham, przez te wszystkie miesiące mu to udowodniłam, dając się okłamywać i upokarzać. Sama straciłam do siebie szacunek....
Wiem z perspektywy czasu, że popełniłam wiele błędów przez te wszystkie miesiące, wiem, że nie powinnam czekać i jak najszybciej o nim zapomnieć, ale nie potrafię wyzbyć się nadziei, która cały czas nie pozwala mi pójść do przodu.
Czy ktoś taki jak on wg Was potrafi się opamiętać?