netkobietyWszystkie działy
Rozstanie, flirt, zdrada, rozwód

Nie daję rady...

72 odpowiedzi8 133 wyświetleniazałożony przez magnifique, 03.01.2015

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 66 do 73 z 73 ]

66

Odp: Nie daję rady...
starlet007 napisał/a:

...Według mnie ten związek nie musi być przykładem relacji z dysproporcja zaangażowania, tylko słabej tolerancji dla różnicy w okazywaniu uczucia i niepewności uczuć, z powodu słabej komunikacji i własnych kompleksów.
Powinniśmy wejść w związek pewni, że drugiej stronie zależy tak jak nam, by być razem, szczęśliwie. Czy wyjdzie,zależy tylko od naszych starań i podejscia. Snucie teorii spiskowej pt. "może on kocha mniej", sprawdzanie tego, żal, że ja się więcej staram, zabiegam, okazuje czułość, wkładam wysiłku,  z góry skazuje związek na porażkę. Albo przynajmniej zamienia "krainę szczęśliwości " w pole bitwy. Czy mnie ubędzie.  jeśli nawet postaram się bardziej? Daję , to wcześniej czy później otrzymam to samo. Życie mamy  jedno, od nas zależy, czy będzie pasmem powodzenia i radości, czy porażką i czarą goryczy.

Nie rozumiem Twojego wywodu...
Każdy chyba podejmując decyzję o wkroczeniu w związek zakłada, iż druga strona jest równie w to zaangażowana i traktuje taką decyzję porównywalnie pod wzgledem rangi, pod wzgledem oczekiwań i wzgledem ...oferowanych starań i zabiegów by "było dobrze". Nikt normalnie funkcjonujacy nie decyduje sie na związek z osobą, u której występują ewidentne braki w okazywaniu uczuć, w działaniach swiadczących o zaangażowaniu. No chyba, że ktoś z zacięciem masochisty, ofiary, męczennika... Każdy wchodzi "pewny", że "wyjdzie". W sensie: wyjdzie z tego udany związek big_smile
Nie zgodzę sie z Twoim założeniem, iż wszystko "po" zalezy tylko od naszych starań i podejścia, bo od groma na Forum przykładów takie twierdzenie kwestionujących. Ileż przypadków, gdy jedna strona wciąż się stara, zabiega, "wychodzi z siebie" by podtrzymać związek, a druga - po chwilowym "zrywie" - olewająco traktuje wszelkie oznaki zaangażowania tej pierwszej. Klasyką jest tu już pokazywanie prawdziwego oblicza po ślubie smile
Mało kto potrafi być tak ...nakręcony i ślepy, by bez wzgledu na poczynania i "tumiwisizm" partnera nadal bezrefleksyjnie jest okazującym czułość, w 100% kochajacym, tolerującym wszelkie oznaki "0" zaangażowania drugiej strony itd... Po paru akcjach, sytuacjach obnażajacych poziom pozytywnych emocji partnera, rzucających inne światło na to jego całe "uczucie" zaczyna się zastanawianie i obserwowanie, czy ...aby to rzeczywistość? I nie ma to nic wspólnego ze spiskowymi teoriami, tylko zdrową oceną sytuacji. Owszem, bywają utopijni filantropii, którzy bez wzgledu na to, czy partner/partnerka bedą kopać, bić, oszukiwać, pogardzać bądź traktować jak ostatnia szmatę - będą wiernie i bezkrytycznie "kochać" i trwać w takich związkach... Ale to już temat dla psychologów... Każdy normalnie traktujący związek, będąc zaangażowanym a widząc odmienne podejście doń ze strony partnera - wczesniej czy później zacznie dostrzegać dysproporcje, zacznie zastanawiać sie nad tym i - w konsekwencji - zacznie odczuwać żal i wątpliwości... Trochę odmienny tok wydarzeń niż zakładasz.
"Czy mnie ubędzie.  jeśli nawet postaram się bardziej? Daję , to wcześniej czy później otrzymam to samo. Życie mamy  jedno, od nas zależy, czy będzie pasmem powodzenia i radości, czy porażką i czarą goryczy"
Mało kto, po zaobserwowaniu pierwszych symptomów "końca" ...poddaje się i odchodzi. Zazwyczaj trwa do samego końca, na ile pozwala mu poczucie własnej wartości i jakieś poczucie dumy. Ileż mozna robić z siebie durnia wobec kogoś, komu "nie zależy"? Owszem, życie mamy tylko jedno i od nas zalezy czy będzie pasmem powodzenia i radości. Dlatego "wychodzenie z siebie" i starania się ze wszelkich sił, by związek kwitł maja sens tylko wobec kogoś, kto potrafi ten fakt docenić i odwzajemnić...
Założenie, iż skoro "daję , to wcześniej czy później otrzymam to sam" - jest naiwne... Bo zazwyczaj dając (komuś tego nie zdolnego docenić) nie otrzymujemy nic...
Wybacz, starlet, ale Twoje założenia to myślenie kogoś o cechach typowych dla "kobiety kochającej za bardzo"...

67

Odp: Nie daję rady...

Magnifique,  jak się masz? Ja wierzę w ciebie i twoja siłę :-)

68 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-01-06 22:59:34)

Odp: Nie daję rady...
starlet007 napisał/a:

/.../
Według mnie ten związek nie musi być przykładem relacji z dysproporcja zaangażowania, tylko słabej tolerancji dla różnicy w okazywaniu uczucia i niepewności uczuć, z powodu słabej komunikacji i własnych kompleksów./.../

Mniej więcej to miałem na myśli. Nie tyle zabawa w żurawia i czaplę, ale - niepewność uczuć partnera, błędne ustawiony preset, że miłość się DOSTAJE a nie również daje, i w konsekwencji ciągłe jazdy w stylu "Nie kochasz mnie bo: powiedziałeś coś, zrobiłeś coś, podrapałeś się w nos, nie patrzyłeś na mnie..."
a z drugiej strony wycofywanie się i ucieczka za poczwórną gardę przed nachalstwem (i niewykluczone, że i same uczucie niezbyt "płomienne" bo lęk mógł brać się z tego).

I to w momencie najfajniejszym "zakochania", kiedy właściwie ludzie powinni pie*rzyć się jak króliki, być gotowi "za siebie umrzeć", patrzeć na siebie z bezkrytycznym uwielbieniem, wierzyć, że to drugie jest "wybrańcem" i żyć jak w Matrixie :-). Masakra. Nie lubię psucia rzeczy pięknych.

Tyle, że to niuanse, może być tak jak pisze Elle88.

Tak czy owak nie ma co zbierać.

69 Ostatnio edytowany przez starlet007 (2015-01-07 21:54:49)

Odp: Nie daję rady...
kosmiczny nick napisał/a:

Nie rozumiem Twojego wywodu...
Każdy chyba podejmując decyzję o wkroczeniu w związek zakłada, iż druga strona jest równie w to zaangażowana i traktuje taką decyzję porównywalnie pod wzgledem rangi, pod wzgledem oczekiwań i wzgledem ...oferowanych starań i zabiegów by "było dobrze". Nikt normalnie funkcjonujacy nie decyduje sie na związek z osobą, u której występują ewidentne braki w okazywaniu uczuć, w działaniach swiadczących o zaangażowaniu. No chyba, że ktoś z zacięciem masochisty, ofiary, męczennika... Każdy wchodzi "pewny", że "wyjdzie". W sensie: wyjdzie z tego udany związek big_smile
Nie zgodzę sie z Twoim założeniem, iż wszystko "po" zalezy tylko od naszych starań i podejścia, bo od groma na Forum przykładów takie twierdzenie kwestionujących. Ileż przypadków, gdy jedna strona wciąż się stara, zabiega, "wychodzi z siebie" by podtrzymać związek, a druga - po chwilowym "zrywie" - olewająco traktuje wszelkie oznaki zaangażowania tej pierwszej. Klasyką jest tu już pokazywanie prawdziwego oblicza po ślubie smile
Mało kto potrafi być tak ...nakręcony i ślepy, by bez wzgledu na poczynania i "tumiwisizm" partnera nadal bezrefleksyjnie jest okazującym czułość, w 100% kochajacym, tolerującym wszelkie oznaki "0" zaangażowania drugiej strony itd... Po paru akcjach, sytuacjach obnażajacych poziom pozytywnych emocji partnera, rzucających inne światło na to jego całe "uczucie" zaczyna się zastanawianie i obserwowanie, czy ...aby to rzeczywistość? I nie ma to nic wspólnego ze spiskowymi teoriami, tylko zdrową oceną sytuacji. Owszem, bywają utopijni filantropii, którzy bez wzgledu na to, czy partner/partnerka bedą kopać, bić, oszukiwać, pogardzać bądź traktować jak ostatnia szmatę - będą wiernie i bezkrytycznie "kochać" i trwać w takich związkach... Ale to już temat dla psychologów... Każdy normalnie traktujący związek, będąc zaangażowanym a widząc odmienne podejście doń ze strony partnera - wczesniej czy później zacznie dostrzegać dysproporcje, zacznie zastanawiać sie nad tym i - w konsekwencji - zacznie odczuwać żal i wątpliwości... Trochę odmienny tok wydarzeń niż zakładasz.
"Czy mnie ubędzie.  jeśli nawet postaram się bardziej? Daję , to wcześniej czy później otrzymam to samo. Życie mamy  jedno, od nas zależy, czy będzie pasmem powodzenia i radości, czy porażką i czarą goryczy"
Mało kto, po zaobserwowaniu pierwszych symptomów "końca" ...poddaje się i odchodzi. Zazwyczaj trwa do samego końca, na ile pozwala mu poczucie własnej wartości i jakieś poczucie dumy. Ileż mozna robić z siebie durnia wobec kogoś, komu "nie zależy"? Owszem, życie mamy tylko jedno i od nas zalezy czy będzie pasmem powodzenia i radości. Dlatego "wychodzenie z siebie" i starania się ze wszelkich sił, by związek kwitł maja sens tylko wobec kogoś, kto potrafi ten fakt docenić i odwzajemnić...
Założenie, iż skoro "daję , to wcześniej czy później otrzymam to sam" - jest naiwne... Bo zazwyczaj dając (komuś tego nie zdolnego docenić) nie otrzymujemy nic...
Wybacz, starlet, ale Twoje założenia to myślenie kogoś o cechach typowych dla "kobiety kochającej za bardzo"...

Jeśli takie masz wrażenie, to tylko przez niewłaściwy dobór słów. "Kobietą kochającą za bardzo" nie  można by mnie nazwać, czasem żałuję, bo mój facet naprawdę na to zasługuje. To nie jest moja opinia, ja go momentami bardzo nie lubię, zwłaszcza, kiedy  nie robi czego chcę :-),  ale moja rodzina, koleżanki, znajomi z jego pracy każą mi się puknąć w głowę, kiedy się czepiam. Staranie sięA nie podzielone równiutko na pół też sprawia przyjemność. W dobrym związku odzew jest. Możliwe, że to wyjątkowy egzemplarz. A możliwe też, że większość ludzi jest w porządku, tylko podejrzliwe, pesymistyczne podejście  i brak komunikacji bruździ w zauważeniu tego.
Ale konkretnie: mój wywód jest odpowiedzią na wypowiedzi,głównie Elle88. 
'Wiesz, ja myślę, że to nie tyle stan zakochania wyzwala "potrzebę zapewnienia sobie pewności", bo pewności nigdy nie ma, co bardziej chodzi o to by nie mieć poczucia, że jest się stroną, która stara się bardziej".
Jeśli nie ma pewności, pchamy sie w związek?
Ty napisałeś: " Każdy chyba podejmując decyzję o wkroczeniu w związek zakłada, iż druga strona jest równie w to zaangażowana i traktuje taką decyzję porównywalnie pod wzgledem rangi, pod wzgledem oczekiwań i wzgledem ...oferowanych starań i zabiegów by "było dobrze". Nikt normalnie funkcjonujacy nie decyduje sie na związek z osobą, u której występują ewidentne braki w okazywaniu uczuć, w działaniach swiadczących o zaangażowaniu. No chyba, że ktoś z zacięciem masochisty, ofiary, męczennika... Każdy wchodzi "pewny", że "wyjdzie". W sensie: wyjdzie z tego udany związek".
Chyba  zakładasz, jak ja, że pewność jest.
"A doświadczenie wskazuje, że jeśli na początku jest zbyt duża dysproporcja w zaangażowaniu, to próba "przychylania nieba" tej drugiej osobie nie przyczynia się do zniwelowania tego braku równowagi, co upewnia ja w przekonaniu, że starać się tym bardziej nie musi"
"A on ślepy nie jest, widzi, że Tobie zależy bardziej - jemu średnio, albo wcale.
Swoim zachowaniem już ewidentnie kilka razy prowokował Cię byś zerwała, Ty tego nie masz jaj zrobić --> jego szacunek do Ciebie jeszcze bardziej spada, o ile był.."
"Facet widzi desperatkę, która narzeka, ale nie ma siły wyciągnąć żadnych konsekwencji, więc on ani myśli zmieniać cokolwiek, skoro dla niego nic się nie zmienia - czekasz u jego stóp na jakiś ochłap".
"Ja myślę, że Ty sobie pogadasz, pożalisz się, ale z nim zostaniesz niezależnie jak debilnie będzie się zachowywał i Cię olewał i on tez o tym wie jak widać".
Można by tak jeszcze, ale wystarczy. Ty mówisz o "ZDROWEJ OCENIE SYTUACJI". Tutaj mam wrażenie czegoś zupełnie przeciwnego. Czytaliśmy te same posty, ja widziałam tam niezłego faceta, tylko zamkniętego w sobie, niewylewnego, wycofanego z powodu ataków i wyrzutów. Wypowiedź Elle88 to jest, moim zdaniem, NADINTERPRETACJA,  a nie OBIEKTYWNA ocena charakteru. Nie zna go, ale zakłada sporą wadliwość. Nawet w obliczu zalet przedstawionych przez autorkę, jest pewna, że to się "kupy nie trzyma".
I jeszcze cytat z Ciebie:
"Mało kto potrafi być tak ...nakręcony i ślepy, by bez wzgledu na poczynania i "tumiwisizm" partnera nadal bezrefleksyjnie jest okazującym czułość, w 100% kochającym, tolerującym wszelkie oznaki "0" zaangażowania drugiej strony itd... Po paru akcjach, sytuacjach obnażajacych poziom pozytywnych emocji partnera, rzucających inne światło na to jego całe "uczucie" zaczyna się zastanawianie i obserwowanie, czy ...aby to rzeczywistość? I nie ma to nic wspólnego ze spiskowymi teoriami, tylko zdrową oceną sytuacji. Owszem, bywają utopijni filantropii, którzy bez wzgledu na to, czy partner/partnerka bedą kopać, bić, oszukiwać, pogardzać bądź traktować jak ostatnia szmatę - będą wiernie i bezkrytycznie "kochać" i trwać w takich związkach.."
Nigdy w życiu nie tkwiłabym w takim związku, nie potrafiłabym, pochodzę z rodziny kobiet-despotek, ponad taką toksyczność przedkładających samotność. Zresztą to jest układ sado-masochistyczny, nie zwiazek. W większości znanych mi relacji nie występują opisane przez Ciebie sytuacje, są konflikty, ale banalne. Jeśli urastają do burz i dramatów, to przez brak porozumienia, niewłaściwą interpretację zachowań partnera; zakładanie z góry, zwykle błędne, co on myśli, co chce nam przekazać i jak coś przeciw nam planuje wykorzystać.  Rozmawiajmy, słuchajmy, obserwujmy, doceniajmy gesty i czyny. Większość ludzi da się lubić. Wady ma każdy. Nie jestem naiwną  idealistką, ale i staram się nie być  pesymistką.

70

Odp: Nie daję rady...

Rozmawiajmy

Kochana, to nie jest tak, że Ty nie masz w ogóle racji, tylko sęk w tym jednym słowie, które zacytowałam.
Kiedy jedno z partnerów chce rozmawiać, a drugie wzrusza na to ramionami lub odwraca się na pięcie to wybacz, ale nie bardzo jest jak i o czym..

Dobra, powiedzmy nawet, że można coś takiego wybaczyć raz i drugi, bo nerwy, bo coś tam.. ale cały czas?

Ja przeszłam kiedyś podobną gehennę. Mówię gehenna, bo to jakby mnie ktoś łajał po psychice, ta obojętność najtrudniejszym doświadczeniem dla mnie. Zresztą, dla kogo nie jest?
Wiem jedno, tak się nie da żyć.


Zresztą, po czasie dowiedziałam się tylu rzeczy, że mogę tylko żałować, że nie spierniczałam w podskokach z tamtej relacji odrazu, kiedy zaczęła się ta zimna wojna bez szansy na poprawę.

Niech autorka decyduje, ale chyba jej tu nie ma wink

71

Odp: Nie daję rady...

Masz rację. Ale inaczej reaguje się na spokojne pytanie , inaczej na litanię wyrzutów i płacz. Same siebie nie kochamy w takich momentach, ciężko się ich wahaniu dziwić. Wzruszenie ramionami nie musi oznaczać "nie" :-)
Ok, Ty miałaś złe , ja dobre doświadczenia z takim typem. A autorka...może i lepiej, wyciszy się  i niezależnie od nas rozważy i podejmie decyzję. To jej życie i szczęście.

72

Odp: Nie daję rady...

Ale inaczej reaguje się na spokojne pytanie , inaczej na litanię wyrzutów i płacz.

Zgadza się, ale z doświadczenia wiem, że rzadko kiedy zaczyna się od litanii i płaczu wink Na początku człowiek się "trzyma" i próbuje -jak do człowieka- normalnie, rozmową..

Ale po którejś pustej obietnicy z kolei lub braku jakiejkolwiek reakcji- i nie chodzi o reakcję na bieżąco, co w ogóle, gdy opadają emocje, mija czas i nie wraca się do tematu, bo po co - to już ta łza w oku z bezradności się zakręci..Całkiem ludzki odruch.

Tu chodzi o obojętność i postawę "wisi mi to" co czujesz.
Reszta jest tego wynikiem.

Bo o ile można coś nadinterpretować to równie dobrze można nieporozumienie wyjaśnić, a tu jakoś chętnie ta nadinterpretacja staje się pretekstem do dalszego milczenia (karania) partnerki.

Oby autorka za rok nie była w tym samym punkcie, tylko postarzała mentalnie o 15 lat.

Posty [ 66 do 73 z 73 ]

Strony Poprzednia 1 2

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026