...Według mnie ten związek nie musi być przykładem relacji z dysproporcja zaangażowania, tylko słabej tolerancji dla różnicy w okazywaniu uczucia i niepewności uczuć, z powodu słabej komunikacji i własnych kompleksów.
Powinniśmy wejść w związek pewni, że drugiej stronie zależy tak jak nam, by być razem, szczęśliwie. Czy wyjdzie,zależy tylko od naszych starań i podejscia. Snucie teorii spiskowej pt. "może on kocha mniej", sprawdzanie tego, żal, że ja się więcej staram, zabiegam, okazuje czułość, wkładam wysiłku, z góry skazuje związek na porażkę. Albo przynajmniej zamienia "krainę szczęśliwości " w pole bitwy. Czy mnie ubędzie. jeśli nawet postaram się bardziej? Daję , to wcześniej czy później otrzymam to samo. Życie mamy jedno, od nas zależy, czy będzie pasmem powodzenia i radości, czy porażką i czarą goryczy.
Nie rozumiem Twojego wywodu...
Każdy chyba podejmując decyzję o wkroczeniu w związek zakłada, iż druga strona jest równie w to zaangażowana i traktuje taką decyzję porównywalnie pod wzgledem rangi, pod wzgledem oczekiwań i wzgledem ...oferowanych starań i zabiegów by "było dobrze". Nikt normalnie funkcjonujacy nie decyduje sie na związek z osobą, u której występują ewidentne braki w okazywaniu uczuć, w działaniach swiadczących o zaangażowaniu. No chyba, że ktoś z zacięciem masochisty, ofiary, męczennika... Każdy wchodzi "pewny", że "wyjdzie". W sensie: wyjdzie z tego udany związek ![]()
Nie zgodzę sie z Twoim założeniem, iż wszystko "po" zalezy tylko od naszych starań i podejścia, bo od groma na Forum przykładów takie twierdzenie kwestionujących. Ileż przypadków, gdy jedna strona wciąż się stara, zabiega, "wychodzi z siebie" by podtrzymać związek, a druga - po chwilowym "zrywie" - olewająco traktuje wszelkie oznaki zaangażowania tej pierwszej. Klasyką jest tu już pokazywanie prawdziwego oblicza po ślubie ![]()
Mało kto potrafi być tak ...nakręcony i ślepy, by bez wzgledu na poczynania i "tumiwisizm" partnera nadal bezrefleksyjnie jest okazującym czułość, w 100% kochajacym, tolerującym wszelkie oznaki "0" zaangażowania drugiej strony itd... Po paru akcjach, sytuacjach obnażajacych poziom pozytywnych emocji partnera, rzucających inne światło na to jego całe "uczucie" zaczyna się zastanawianie i obserwowanie, czy ...aby to rzeczywistość? I nie ma to nic wspólnego ze spiskowymi teoriami, tylko zdrową oceną sytuacji. Owszem, bywają utopijni filantropii, którzy bez wzgledu na to, czy partner/partnerka bedą kopać, bić, oszukiwać, pogardzać bądź traktować jak ostatnia szmatę - będą wiernie i bezkrytycznie "kochać" i trwać w takich związkach... Ale to już temat dla psychologów... Każdy normalnie traktujący związek, będąc zaangażowanym a widząc odmienne podejście doń ze strony partnera - wczesniej czy później zacznie dostrzegać dysproporcje, zacznie zastanawiać sie nad tym i - w konsekwencji - zacznie odczuwać żal i wątpliwości... Trochę odmienny tok wydarzeń niż zakładasz.
"Czy mnie ubędzie. jeśli nawet postaram się bardziej? Daję , to wcześniej czy później otrzymam to samo. Życie mamy jedno, od nas zależy, czy będzie pasmem powodzenia i radości, czy porażką i czarą goryczy"
Mało kto, po zaobserwowaniu pierwszych symptomów "końca" ...poddaje się i odchodzi. Zazwyczaj trwa do samego końca, na ile pozwala mu poczucie własnej wartości i jakieś poczucie dumy. Ileż mozna robić z siebie durnia wobec kogoś, komu "nie zależy"? Owszem, życie mamy tylko jedno i od nas zalezy czy będzie pasmem powodzenia i radości. Dlatego "wychodzenie z siebie" i starania się ze wszelkich sił, by związek kwitł maja sens tylko wobec kogoś, kto potrafi ten fakt docenić i odwzajemnić...
Założenie, iż skoro "daję , to wcześniej czy później otrzymam to sam" - jest naiwne... Bo zazwyczaj dając (komuś tego nie zdolnego docenić) nie otrzymujemy nic...
Wybacz, starlet, ale Twoje założenia to myślenie kogoś o cechach typowych dla "kobiety kochającej za bardzo"...