No dzisiaj to przeszedł sam siebie? Zaczynam widzieć, nie - widzieć, widziałam - ale zaczyna do mnie docierać jak bardzo on jest niedojrzały?
Pytam go: zamierzasz coś zrobić żeby było lepiej? On mi mówi, że nie wie jak ma odpowiedzieć na żadne z moich pytań, bo - UWAGA! - zadaję mu pytania jak dziecku w przedszkolu? Pytam więc co to znaczy, słyszę, że mówię mu co robi nie tak, że go strofuję, że zwracam uwagę? Pytam go więc jak mam do niego mówić, że przecież mówię mu co czuję, jak się z tym wszystkim czuję, że czuję się niekochana itd. Powiedziałam mu też, że to świetny sposób żeby się z sobą nie musieć konfrontować, przerzucić odpowiedzialność na mnie, no tak: nie będę się zastanawiał co robię źle, bo na pewno nic źle nie robię, to ona mnie traktuje jak dziecko w przedszkolu więc ja się nad niczym nie będę zastanawiał? Ech.
I dalej, mówi do mnie żebym przestała z nim walczyć. Ja na to jak ja z nim walczę?
Były dwie sytuacje ostatnio, w których się ścięliśmy. Pierwsza przed świętami. On nie obchodzi świąt, jest ateistą, generalnie powtarzał mi cały czas, że on i jego mama świąt nie obchodzą; kiedy ustalaliśmy jak spędzimy święta, to padła z jego strony nawet propozycja żeby traktować święta jak zwykły weekend, na co ja się nie zgodziłam, bo u mnie w rodzinie święta się obchodzi. W końcu ustaliliśmy, a nawet on to zaproponował, że wigilię i pierwszy dzień świąt spędzamy u moich rodziców, a drugi dzień świąt u nas w domu i że przed wigilią przyjedzie do nas jego mama, która zostanie u nas na czas naszej nieobecności. Tak też zrobiliśmy. Dzień przed wigilią zaczęliśmy rozmawiać o wyjeździe, ja zaproponowałam, że przyjadę po niego do pracy i pojedziemy od razu. On się uparł, że wróci do domu. Na moje pytanie dlaczego zdenerwował się i powiedział "bo tak". Ponieważ nie jest to dla mnie argument to dążyłam do wyjawienia mi powodu, dla którego jeszcze ma wrócić do domu podczas gdy moi rodzice będą czekali z kolacją. Ponieważ ta rozmowa toczyła się przy jego mamie, szybko ją zakończyliśmy, ale potem dostałam "opierdziel", że mam się przy jego mamie nie kłócić (na co odpowiedziałam, że monologu nie prowadziłam) i że to chodzi o jego mamę, bo on chciał z nią trochę pobyć w wigilię i że - oczywiście - powinnam o tym wiedzieć. Powiedziałam wtedy, że - gdybym tylko wiedziała - że to ważne, to dla mnie na wigilię do moich rodziców, moglibyśmy jechać i na 20 i nikt z tego problemu by nie robił, ale - ponieważ tłukł mi do głowy jak to oni świąt nie obchodzą i nawet żeby traktować to jak zwykły weekend - to do głowy mi nie przyszło, że chciał wrócić ze względu na swoją mamę (która miała zaproszenie z nami do moich rodziców, ale nie skorzystała). Wyszło na to, że to ja jestem ta zimna i nieczuła, i niedomyślna bo powinnam być duchem świętym i nie słuchać tego co do mnie mówi, tylko czytać w jego myślach!
Druga sytuacja miała miejsce po sylwestrze. Jechaliśmy do moich znajomych i nie mieliśmy ustalone, kiedy wracamy. Ja miałam urlop w piątek, on właściwie nic na ten temat nie mówił, ale wspominaliśmy o tym, że zostaniemy do piątku, a nawet w żartach, że do soboty.
Nagle w nowy rok, on mi mówi, że dobrze byłoby żeby wrócił i poszedł w piątek do pracy. Zdziwiłam się i pytam dlaczego i w ogóle. Nie byłam z tego zadowolona, wyraziłam swoje niezadowolenie w uprzejmy sposób i uważam, że miałam do tego prawo. Powiedział jeszcze, że spróbuje popracować zdalnie, ale w piątek rano odebrał wiadomość od szefowej i stwierdził, że musi iść do pracy. Znów zapytałam, czy na pewno musi, powiedziałam, że przecież wspominał, że może popracować zdalnie, a usłyszałam, że taką decyzję podjął i mam z tym nie dyskutować. Nie dyskutowałam, bo nigdy nie stawaliśmy sobie okoniem jeśli chodziło o pracę, sama mam taką pracę, którą czasem wymusza zmianę planów więc nie czułam się upoważniona do poddawania w wątpliwość jego decyzji dotyczących firmy.
Ok, ale to co stało się dzisiaj? Na koniec tej rozmowy, kiedy powiedział żeby z nim nie walczyła, ja zapytałam w jaki sposób z nim walczę? Usłyszałam, że jest na mnie zły za wigilię i po sylwestrze, bo jak on coś powiedział, czy zrobił, to nie dlatego żeby zrobić mi na złość, tylko dlatego, że tak musi? Odpowiedziałam, że ja jestem jego partnerką, a nie bezwolną kukłą i że mogę wypowiedzieć swoje zdanie, może mi się coś nie podobać, mogę się z czymś nie zgadzać, a również, że mam prawo do rozczarowania, smutku, czy złości. (Wydaje mi się, że on sobie nie radzi z tym, że ja wyrażam swoje zdanie, że czasem nie podoba mi się to co on planuje, czy postanawia - i o tym mówię. Wiem, że do tej pory jego kobiety, to były właśnie takie kukły - on rządził, a one na wszystko się zgadzały, no ale z nimi też nie wyszło w sumie). Powiedział, że właśnie przez te dwa spięcia on się wycofał i teraz potrzebuje? spokoju. I dlatego się trochę wycofał (w domyśle brak czułości). Ja mu na to, że dojrzały facet o takich rzeczach rozmawia, a nie wycofuje się. Dojrzały facet nie milczy parę dni bo się ściął z kobietą o wyjazd na wigilię, czy dlatego, że ona była rozczarowana tym, że on idzie do pracy. Do cholery, mam do tego prawo! Nie zrobiłam awantury, nie kłóciłam się, powiedziałam, że mi przykro i było mi źle! Wolno mi! A na koniec powiedziałam mu, że mówi, że rozmawiam z nim jak z dzieckiem z przedszkola, a ja właśnie odnoszę wrażenie, że on jest z dzieckiem z przedszkola.
I wiecie co? Śmiać mi się chce. Naprawdę chce mi się z tego wszystkiego śmiać.