Kiedy słyszę w pracy od koleżanki: "nie wymienię tej żarówki, bo tym zajmuje sie mój mąż", okazuje jedynie zaskoczenie. Po czym biore drabinę, wskakuje na nia i wymieniam te durną żarówkę. Kiedy złapałam gumę w kole (gdy miałam swoje auto) i zatrzymał sie jakis facet, żeby mi pomóc a ja jej odmówiłam, był zaskoczony. Może liczył na kokieterie z mojej strony a może uznał, że nie poradze sobie sama. Bo prawdopodobnie z góry załozył, że jestem głupiutką lalunią.
Czasem zastanawiam się czy moje "nie dziekuje" wobec facetów ( a przykłady mogłabym mnożyć) wynika z awersji do nich czy może dlatego, że z góry zakładają, że jestem głupias pinda z dwoma lewymi rekami.
Nie boli mnie, że nie jestem typową kobietą. Bo nie lubię włóczyć się po sklepach i leczyć tam chandry (bez wypominania tego innym kobietom - bo to nie jest złe ). Bo nie daje się podrywać komukolwiek. Bo obruszam się, gdy zdarzy się czasem, że jakiś facet udając, że ślini sie na mój widok, chce mnie wyprowadzić w pole. Wściekam się, gdy (służbowo) moim przeciwnikiem jest facet, który zakłada, że okręci mnie wokół palca, bo potraktuje jak lalunię.
Jestem emancypantką. Nie z wyboru. Z konieczności. Do ostatniej chwili uwolnienia się od byłego, wykonywałam czynności, które według mnie należały do mężczyzny w domu: naprawiałam gniazdka, rżnęłam drewno na 15 stopniowym mrozie, żeby móc napalić w kominku, by dzieciom było ciepło. Czyściłam piec a potem ładowałam w niego zawartość worków po 30 kg ekogroszku.
Itd...
Nigdy nie stanął w mojej obronie. Opiekował się? ?Hm... udawał troskę gdy miał publikę. Gdy ta znikała...
A ja... chciałam być taką słabiutką istotką! Tak! chciałam! Być bezbronną!