Witam
Chyba przejdę na złą stronę mocy. Sześć lat temu sie rozwiodłem. Przyczyny po obu stronach, bo nie czuje się niewiniątkiem. W efekcie Pani eks-żona postanowiła znaleźć sobie kogoś innego. Po 3 latach od tego rozwodu, oświadczyła że po kilku latach razem (lepszych - gorszych) po prostu się zakochała i zwariowała jak nastolatka. I choć romans trwał pół roku to nasze życie się rozpadło.
Wszedłem wówczas w mocne postanowienie, że nie ma sensu się wiązać, bo radość wspólnego przebywania nijak się ma do goryczy rozstania.
Ale dwa lata temu spotkałem Ją, kilka miesięcy spotkań, rozmów z których wykluł się związek. I o dziwo uwierzyłem że to się uda. Różnica lat 10 - ja 37 wiosen po rozwodzie, córka w 2 klasie. Ona młoda, panna, bez dzieci. Ale wydawało się że jak się chce to można. Początkowo nie chciałem, potem chciałem, uwierzyłem. Zdecydowaliśmy się być razem. I ruszyły te najlepsze z uczuć i emocji.
Plany szły szeroko - nowe mieszkanie dla Nas, przymiarki pierścionka, wspólne święta, poznawanie rodziców no i pewnego dnia jeb....
Idę na urodziny do koleżanki - rzekła, ja tego dnia byłem na wyjeździe i miałem wrócić późną nocą. Wróciłem wcześniej i podjechałem pod dom. I zdębiałem bo podjechał po Nią jakiś facet i zamiast do koleżanki pojechali na kolację. We dwoje.
Pojechałem za nimi - w pierwszej chwili patrząc na tę romantyczną scenę w knajpie chciałem wejść i zrobić jazdę. Ale policzyłem do 10-ciu i wysłałem ostatniego sms'a że fajne to urodziny bez jubilata. I że oszukała.
W odpowiedzi odpisała rano że robię niepotrzebne show, bo to kolega, ale w sumie to i tak nie czuła się do końca dobrze w relacji z gościem, z którym nie weźmie ślubu, nie będzie białej sukienki itp. I że lepiej żeby to był koniec między nami.
Ja mam mnóstwo wad które ją drażniły (ot chociażby pracoholizm i dość swobodny styl bycia w relacjach z ludźmi - w tym kobietami) ale w Niej mnie drażniło rozwiązywanie problemów mówieniem nieskończoną ilość razy, że to koniec. Takie wylewanie dziecka z kąpielą. Coś nie idzie, to koniec. Nie dogadujemy się to koniec....nie czuje się najważniejsza więc koniec....
Tym razem jednak poszła po całości. Kolega chyba skutecznie zajął Jej myśli, wrzuca sobie na FB zdjęcia jak to spędzają czas (wspólni znajomi donoszą uprzejmie, bo ja profil usunąłem) Ja się nie oddzywam, Ona się nie oddzywa.
Boli ? Hmmm że oszukała i zamieniła na inny model - bolało.
Boli, że zaufałem i że właściwie zabrało mi to spokój, który po rozwodzie wypracowałem.
Znów pracuje nad własnym poczuciem wartości, bo siadło na dnie, bo paskudnie być odrzuconym.
I na pewno można by we mnie coś zmienić, ale dlaczego jesteście takie okrutne drogie Panie, że działacie na zakładkę
i kiedy to wyjdzie to bezceremonialnie - jeb, do śmieci. Idiotyczne ale ich znalazłem w sobotę wieczorem, a w niedzielę mieliśmy zaplanowany wspólnie teatr i kolację....śmieszne, co...
I dlaczego ja zaufałem. Żałuje, bo dziś choć mija 3 miesiąc, czuje się gorszy. Dla jasności: Ona ma u mnie drzwi zamknięte,
bardziej szukam mądrych myśli czy ja swoje Waszym zdaniem jeszcze kiedyś je komuś otworzę. I jak ja mam zaufać temu kto za Nimi może stanąć. Będzie trudno. Arcytrudno, bo mam to perfidne doświadczenie, że jak się zaangażuje to przegrywam, a jak się nie angażuje to wygrywam. Chore, ale tak jest...
No to taka moja historia - wracająca do pytania: jaki sens to ma żeby być razem.