NinaLafairy napisał/a:Sa tacy ludzie napewno , ktorzy zadzieraja nosa. Ale tacy ludzie sa wszedzie tak naprawde.
I nie wydaje mi sie , ze wiekszosc jest taka.
Dla mnie ktos moze nie miec nawet jednej przeczytanej ksiazki na koncie, moze robic bledy ortograficzne w kazdym zdaniu, moze nie wiedziec , ze spadajace gwiazdy to prawdziwe gwiazdy.
I moze byc cudownym czlowiekiem, jesli jest dobrym czlowiekiem.
Nic innego sie tak naprawde nie liczy.
Najwazniejsze wyksztalcenie jakie mozna miec to :
-umiejetnosc rozwiazywania problemow
-umiejetnosc panowania nad swoimi emocjami
-umiejetnosc samodzielnego myslenia (zadawania pytan i poszukiwania odpowiedzi, sprawdzania roznych zrodel)
-zainteresowanie tym co sie dzieje i wyrabianie sobie opinii na ten temat
Jesli ktos pojdzie na studia, studiowac pedagogike czy cokolwiek innego.
A nie zwraca uwagi na to co napisalam wyzej, nie stara sie nabyc takich umiejetnosci, to nie ma zadnego wyksztalcenia i dyplomem moze sie podetrzec (jesli zda)
Jak slysze od znajomych co studiuja socjologie 'ty za duzo myslisz i za duzo czytasz' no to sorry
Ale co to ma byc?
Mysle jednak, ze wielu wielu ludzi idzie na studia zeby sie uczyc i studiowac na powaznie.
Zgadzam się w zupełności, Nino.
Fundamenty współczesnej nauki przez duże "N" tkwią w czasach Arystotelesa, Sokratesa, Talesa, Pitagorasa, Archimedesa, Hipokratesa i wielu, wielu innych przedstawicieli świata antycznego cywilizacji zachodniej.
Gdzieżby nauka ta była dziś, gdyby dzieła tych myślicieli i empirystów nie zachowały się?
A to przecież słowo pisane, z którego korzystały kolejne pokolenia Europejczyków.
Ktokolwiek i w jakikolwiek sposób usiłowałby dowodzić, że wiedzę nabyć można w inny sposób, niż przez lekturę, nie zdoła tego dokonać.
Nie mówię tu wyłącznie o wiedzy nabywanej w trakcie pobierania nauk.
Książka była, jest i będzie głównym źródłem wiedzy o świecie i bodźcem do różnorodnej interpretacji zachodzących w nim zjawisk. Niezależnie, jak długo zachowa się w formie papierowej (oby jak najdłużej).
Czytelnictwo rozwija inteligencję wrodzoną, pozwala sprawnie i poprawnie posługiwać się językiem w mowie i w piśmie.
O ortografii nie wspominam, bo mogę urazić dysortografików.
Przejdę teraz do elementu naszego sporu w tym wątku, czyli wykształcenia.
W jakim celu się kształcimy?
Obecnie, przez pierwsze 9 lat, bo tak nakazuje prawo.
Potem, w większości, podejmujemy dalszą naukę, bo tak nakazują, proszą, błagają rodzice.
Z różnych względów, część rówieśniczej młodzieży poprzestaje na szkole średniej lub "zawodówce".
Pozostali idą na studia.
Większość z nich studiuje ze świadomością, że dyplom, z założenia, powinien pomóc w znalezieniu dobrej, zgodnej z kierunkiem, pracy. Dla wielu oznacza prestiż. Dla jeszcze innych, zaspokojenie ambicji rodzićów.
Najmniejsza, najzdolniejsza część absolwentów uczelni podejmuje pracę naukową na uczelni, często godząc ją z pracą wykładowcy.
I teraz dochodzę do sedna.
Czy ktoś z tysięcy absolwentów wyższych uczelni nie szanuje lub wręcz gardzi tymi, którzy poprzestali na niższych etapach edukacji?
Z pewnością, ale ilu ich jest?
Moim zdaniem niewielu.
Jak już wcześniej wspominałem, nie mam wyższszego wykształcenia. Tak się jakoś złożyło.
Mam za to wielu znajomych i kilkoro przyjaciół z wyższym wykształceniem - magistrów prawa (tych, najwięcej), kilku doktorów - od medycyny do prawa. I jednego profesora zwyczajnego.
Żaden z nich nigdy nie dał mi odczuć, że mogę być od nich gorszy, bo mam średnie wykształcenie.
Wręcz usłyszałem kilkakrotnie, że ten, czy ów cieszy się na przyjemność wejścia ze mną w kolejny spór na ten, czy inny temat.
Spotykamy się w różnym składzie i przy różnych okazjach.
Ci ludzie są naprawdę mądrzy.
Nie tylko dlatego, że ciężką pracą zdobyli wykształcenie, ale dlatego, że wynieśli z domu właściwe wychowanie rodzące empatię oraz nabyli doświadczenie życiowe, które, poza tym, że pozwala stawiać czoła wyzwaniom, zakazuje im oceniać ludzi po pozorach.