Witajcie.
Czas tak szybko płynie a ja, już mądrzejsza, spokojniejsza i chyba inna, udzielam się w wątkach wielu osób i tak bardzo je rozumiem, współczuję i chciałabym aby każdy znalazł swoją szczęśliwą drogę.
Jest dobrze. Zmieniło się bardzo dużo.
Nasza relacja przeszła totalny lifting, to inny rodzaj bycia razem.
Jesteśmy jak sprawnie działająca machina, logistyka bez zarzutu, dogadujemy się i wszystkim jest znacznie lżej.
Myślę, że taka zwykła codzienność, radzenie sobie z brakiem czasu, z nadmiarem różnych spraw do załatwienia, z domem i rzeczami tak przyziemnymi jak funkcjonowanie w nim - to daje dobrą płaszczyznę do budowania pozytywnych relacji w sferze bardziej duchowej.
My tak naprawdę od tego właśnie zaczęliśmy, świadomi, że od bardzo dawna wszystkie te wyżej wymienione elementy szwankowały, były przyczyną konfliktów, awantur, złego samopoczucia i ogromnej wzajemnej niechęci.
A najpierw po prostu przestałam notorycznie i nachalnie przywoływać tamte obrazy, uczucia, ból, strach, przestałam się karać, katować i znęcać sama nad sobą.
Niczego już nie zmienię, wszystko się już stało ( jak to śpiewa mój ukochany Artur Rojek w Beksie).
Możecie mi nie wierzyć ale .. jestem teraz niesamowita 
jestem rzeczowa, konkretna, nie rozwodzę się długo nad błahostkami, doceniam drobne radości, zauważam je i dziękuję, ze mogę doświadczać tego w swoim życiu.
Nie boję się już tylu rzeczy, jestem dzielna, zorganizowana, działam sprawnie i kończę wszystko to, co zaczynam.
Zmiany, które zaszły we mnie widać gołym okiem, znajomi i rodzina mówią mi, że tak naglę zaczęłam twardo stąpać po ziemi, nie narzekam, nie płaczę z byle powodu.
Całe życie na to czekałam, marzyłam aby być taka. Żeby mieć taką świadomość własnych potrzeb i mocy sprawczej.
Polecam też książkę " Dlaczego mężczyźni kochają zołzy".
Ile ja się z niej nauczyłam. Do tej pory sama czułam się ofiarą losu, to przykre, zawsze byłam zbyt miękka, zbyt uczuciowa, zbyt wylewna i zlękniona. I sama siebie takiej nienawidziłam.
Ja i mój " nowy mąż" jesteśmy ludźmi po przejściach. Nie mamy wobec siebie mało realnych oczekiwań, nie oczekujemy obietnic, każdy wie, co do niego należy a jeśli robi coś ponad stan to tylko z własnego wyboru czy też pragnienia aby dać drugiej osobie coś więcej ( tak to nazwę).
Ja nie pytam po tysiąc razy czy on mnie kocha. Wcale nie pytam a on często mówi.
Kupuję bilety do kina, on robi kolację z pysznym winem, przychodzę z treningu a tu tak pięknie nakryty stół.. siedzimy, rozmawiamy, śmiejemy się.
Im mniej o tym mówimy tym więcej dobrego nas spotyka.
To wymaga pracy OBOJGA zainteresowanych. Przy braku zaangażowania którejkolwiek ze stron nic się nie uda. Nie ma najmniejszych na to szans.
Czy wspomnienia wracają? Tak. jednak w zupełnie innym wymiarze i z zupełnie innych powodów.
Takiej lekcji życia się nie zapomina. Można zmienić sposób w jaki patrzy się ( przez pryzmat tamtych zdarzeń) na siebie i na partnera, zrozumieć, że nas osobiście to nie definiuje i zaakceptować to, jaka naprawdę jest ta druga osoba.
Jest mi dobrze.
Nie zmarnuję tego. Sama czy z nim - czuję się fantastyczną kobietą.