Bjo jestem tego zdania, że jeżeli komuś się coś nie podoba w sobie (a może to zmienić) to albo zmienia to, albo nie, ale akceptuje i nie narzeka.
Łatwo jest narzekać, wiem coś o tym bo sama przez to przechodziłam, aż wreszcie postanowiłam zmienić to co mogłam a to czego nie mogłam to po prostu zaakceptowałam.
U mnie jest ten problem, że zmienić cokolwiek mogę jedynie za pośrednictwem operacji plastycznej ![]()
Miałam gigantyczną wadę zgryzu, którą porównać można do progenii. Nosiłam aparat ortodontyczny 5 lat
. Zdjęłam latem w 2009 roku. Wyrwano mi 4 zęby (zdrowe). W tym samym czasie przez 2 lata nosiłam też hyraxa, który rozszerzał mi górną szczękę. Do teraz mam dosłownie ROWY w języku, który był bardzo pocięty przez hyraxa. Na początku, dopóki nie przeszło, musiałam robić dosłownie przez cały czas okłady z siemienia lnianego. Zazdroszczę, że schudłaś. Ja na początku nie zleciałam ani kg w dół, mimo, że jadłam tylko zmiksowane produkty. Dopiero jak wpadłam w anoreksję (lub anoreksję bulimiczną) udało mi się ważyć nawet 40 kg.
Niestety korekta twarzy, czy wydłużanie nóg Ilizarovem (tylko o 7cm, to i tak nie da mi "sredniej" długości dla mojego wzrostu xD), kosztuje nieco więcej niż aparat ortodontyczny.
Co to za wada wymowy? Nie wymawiasz litery "r"? Też czasami mam z tym problem, ale nie jakoś nagminnie. Przeważnie jak długo się nie odzywam, to mój mózg doznaje jakiejś pomroczności. Fajnie, że sobie z tym poradziłaś
. Może dzięki temu łatwiej Ci mowić z akcentem w innych językach, a to jest zajebiste!
A może na samym początku, zrób sobie takie "małe kroczki":
- depilacja ciała;
- wyregulowaniem brwi (uwierz dobra regulacja potrafi zdziałać cuda);
- pomalowanie paznokci;
- makijaż;
- "powalcz" z łupieżem, może ten temat Ci pomoże http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?id=742) a jak nie, to przecież możesz zapytać dermatologa czy też pracownika apteki.
Do depilacji ciała zbieram się całymi latami. Nigdy nie jest mi po drodze. Generalnie mam gdzieś te kudły, mimo, ze mnie to obrzydza. Bardzo rzadko golę nogi. Przeważnie są tak gęste i dlugie jak u wyjątkowo owłosionego faceta. Mój chłopak to zaakceptował, głównie dlatego, że i tak nie oddajemy się przyjemnostkom kopulacyjnym, ale tez rozumie, że czuje sie zbyt obrzydzona, by golić te nogi. Robię to tyko jak już NAPRAWDĘ muszę. Może kiedyś uda mi się dotrzeć gdzies, na woskowe depilowanie ścierwa.
Wyregulowanie brwi to priorytet. Ale tak jak wyzej, nigdy nie jest mi po drodze do kosmetyczki. Pracuję codziennie od 8-17, a w mojej wsi po 17 wszystko już zamknięte. W soboty (o ile nie jestem akurat w Polsce, bo latam co jakies 2 tygodnie) leżę w łózku, niedziela to samo. Wstaje dopiero w poniedziałek rano. Nie mam sił. Albo jestem patologicznie leniwa
. Pozdro z łóżka.
Malowanie paznokci... Mam nadzieję, że nikt tego nie skomentuje, bo się boję, że ludzie zauważą, że nagle je pomalowałam i pomyślą, że chce się komuś podobać. Paznokcie są zawsze bardzo krótkie, a ludzie mnie na podstawie ich wyglądu osądzają o to, że je obgryzam. Pomalowany paznokieć wygląda jak ekskrementy chomika (taka faktura mniej więcej, mały obrzydliwy kwadracik).
Nie mam się gdzie malować. Albo siedzę w domu, albo w pracy, albo na uczelni, albo w samolocie. Nie ma miejsc w które mogłabym się malować. Praca do głównie kontakt z klientem przez telefon, albo siedzenie w jakichś tabletach czy telefonach czy laptopach, więc nie potrzebuje dla tego towarzystwa się malować. Chociaż 100% kobiet tam pracujących, używa więcej mejkapu, niż ustawa przewiduje. Firmowych facetów to jara. Dla mnie to głupota.
Z tym łupieżem trochę przesadziłam. To raczej tendencja do pojawiania się kilku białych kropek na łbie, jak np. mam stan depresyjny i nie myje łba przez tydzień. Do tego wyspiarska woda trochę mi zaszkodziła, ale nawet demratolog i fryzjerka mnie poinformowaly, ze takie coś, to nawet nie jest łupież. Przezornie jednak stosuje szampony na suchą skórę głowy. Staram się te naturalne lub z najmniejszą zawartościa chemii.
Postaram się (lecz nie obiecuję
) wdrożyć te pomysły, które tu wypunktowałaś. A nóż, tak jak piszesz, ten maly krok, wywoła dużo większy. Muszę znaleźć siły. Sądzę jednak, że stan swojej psychy, porównać mogę momentami do stanu paliatywnego. No hope.
Naprawdę czuję się wyrożniona, że napisałaś tak osobistego posta. Miło mi.
Bjo proszę przeczytaj to zdanie i napisz co pomyślałaś podczas czytania tego zdania:
"Po prostu ścierwo. Owłosione, zdeformowane, ohydne ścierwo, które wywołuje obrzydzenie nawet w mijanych na ulicy wiewiórkach."
Pomyślałam sobie: "O, to o mnie.". To zdanie mnie bardzo dobrze opisuje.
Pamiętasz jeszcze takie uczucia? Pamiętasz, co lubisz robić? Wiesz, co sprawia Ci radość? Przypomnij sobie i zrób to, może dalej to samo Cię cieszy.
Głównie to myślenie o śmierci, spanie i narzekanie
. Ponad tym wszystkim, pierwsze miejsce na podium zajmuje jedzenie. Jestem bowiem uzależniona. AŻ (anonimowy żarłok, teraz już w sumie średnio, bo przytyłam i widać).
Poza tym, to podróżować, czytać, oglądać ciekawe materiały, uczyć się nowych rzeczy, lubię dobre kino, fotografię, politykę, tematy gospodarczo-ekonomiczne, social media. Typowe i mało się wyróżniające.
Za czym tak gonisz? Przed czym uciekasz?
Nie mam pojęcia. Myślę, że nawet nie potrafię określić dlaczego przez 100% swojego czasu odczuwam napięcie i stres. Przechodzi jedynie pod wpływem używek. Może to po prostu część charakteru?
Może to objaw zbyt wysokiego poziomu cukru (łatwo to, za pomocą badań laboratoryjnych, sprawdzić: podstawowe badania krwi + test obciążenia glukozą), może permanentnego zmęczenia, możliwym jest też inne rozwiązanie – kolejna ucieczka przed rzeczywistością.
W lutym (czyli już niebawem) będę się badała pod tym kątek. Testy z obciązeniem, które robiłam we wrześniu (były męczarnią, bo usypiałam w tej poczekalni, a caly proceder trwał 2 godziny) wykazały, że mam podwyższoną insulinę i glukozę, ale mój lekarz powiedział, ze najpierw skupimy się na tarczycy, a potem pójdziemy dalej. Wszystko się trochę przesunęło, bo ja w Polsce najczęściej mogę być tylko w weekendy i mam tendencje do olewania/zapominania itp. Bylam u niego w styczniu tylko po recepte na hormony.
Wygodnie Ci w tej klatce? Wygodą nazywasz życie w znanym, choć mocno nieprzyjaznym (i to delikatne określenie) środowisku. Wychylając się z owej klatki dostajesz po głowie? Nie twierdzę, że świat jest wyłącznie piękny, a życie po wyjściu z klatki usłane płatkami róż. Życie, wbrew pięknej, ale zwodniczej, książce „Ania z Zielonego Wzgórza”, bajką nie jest i idealnym nigdy (przynajmniej w najbliższym czasie) nie będzie. Ale, jak napisała to jedna mądra osoba:
Pema Cziedryn napisał/a:(…) Dziewczynko, nie pozwól, by życie sprawiło, że twoje serce stwardnieje. (…)
Najchętniej posadziłabym Cię obok dużego gorącego pieca i co kilka minut ścierała potoki wody powstałe podczas Twego rozmrażania.
Chyba już na to trochę za późno. A jak jest szansa, to pewnie jak moja mama. Zrzucę z tonu w okolicach 60, na podstawie doświadczeń życiowych.
Jeżeli nie, to nie wiem, wiele lat ciężkiej pracy z jakimś genialnym terapeutą, który mnie nie wkur...
Co miałoby Cię przekupić, dzięki czemu miałabyś wyjść ze swej klatki? Nie zamierzam Cię niczym przekupywać. Pomyśl tylko, czy resztę (dość potężną) życia chcesz w niej spędzić? Wiem, że warto z niej wyjść, mimo że żyjąc poza nią narażonym jest się na różne (też) negatywne zjawiska oraz przeżywanie (też) mocno nieprzyjemnych uczuć. Gdybym tak o sobie myślała jak Ty, gdybym tak kiepsko myślała o ludziach, gdybym tak uzależniała swoje samopoczucie od wyobrażenia sobie tego, co niektórzy źli (w gruncie rzeczy nieszczęśliwi) ludzie o mnie myślą, to pewnie też nie cierpiałabym swego życia. Tymczasem, po wyjściu (a nie wychyleniu czubka nosa) z owej klatki, po rozejrzeniu się wokół okazuje się, że znakomita większość naszych koszmarów była/jest tworem naszej wyobraźni, że to my sami jesteśmy swoim największym wrogiem, że ludzie wokół są życzliwi (a przynajmniej obojętni) i do głowy im nie przychodzi (pomijam osoby zdegenerowane), by kogoś deprecjonować, poniżać i czyimś kosztem udowadniać swoją, wątpliwą, wyższość.
Po raz kolejny napisałaś o swej progenii, pewnie wiesz, że można ją leczyć (ortodonta + chirurg szczękowy). Pisząc o konsultacji chirurgicznej myślałaś o tych właśnie specjalistach?
Przekupić można by mnie było przekonaniem, że wcale nie jestem gorsza niż inni. Wiem, to żałosne. Różnimy się w końcu. Ja się natomiast wyróżniam tym, że jestem na serio bardzo brzydka.
U mnie okazało się, że koszmary wcale nie są tworami wyobraźni. Okazało się, że znakomita ilość ludzi, wręcz potwierdza to, co ja myślę.
Co do mojej szczęki/zgryzu. Odpowiedź zamieściłam w poście wyżej (odpowiedź do Krejzolki). Aparat nosiłam bite 5 lat
. Wciąż jednak uważam, że moja uroda jest powiedzmy... małpia. Tak też mnie zresztą w szkole przezywano.
To prawda, żadne słowa nie zmienią fizyczności. Dzięki słowom nikt nie stanie się wyższy/niższy, szczuplejszy/grubszy, od żadnych słów nie zwiększy/zmniejszy się biust, nie zmienią się włosy, oczy, skóra. I wiesz dobrze, że to nie o takiej zmianie napisałam.
Stwierdziłaś, że jesteś upartą osobą. To świetnie, daje to nadzieję. Rzecz w tym, byś zmieniła tylko kierunek: z udowadniania sobie, jak negatywną osobą jesteś, na walkę z sobą samą o siebie. Twoja upartość (ja nazywam ją determinacją) sprzyjać będzie wyjściu z klatki i życiu na wolności.
Nie potrafię się jednak wkręcić. Głównie chyba dlatego, że ta fizyczność sie nigdy nie zmieni, zmienić się może jedynie moje podejście. A to mnie bardzo zniechęca. Wmawiam sobie, że obecnie zachowuje świadomość i nie oszukuję samej siebie .
Taaaak. Życie pod kontrolą. Do czego jej używasz i dlaczego boisz się ją stracić? Dlaczego nie akceptujesz rzeczywistości i faktu, że jesteś przeciętnym człowiekiem? Dlaczego określenie ‘przeciętne’ jest dla Ciebie pejoratywne?
Nigdy nie nazwałam tego kontrolą. Być może to jest dobre określenie. A dlaczego boje się "to" utracić? Chyba dlatego, bo boje się porażki i jeszcze większego zawodu, niż ten, który spotkał mnie dotychczas. Wiesz, w końcu kosztować mnie to będzie spory wysiłek. Fizyczny jak i emocjonalny.
Chciałabym być chociaż przeciętnym człowiekiem. Zabrzmiało to pejoratywnie? Czy a priori jestem przeciętna i nie mogę tego zaakceptować? Przepraszam, że odpowiadam pytaniem na pytanie. To chuligaństwo
.
No dobrze, przyślij zdjęcie.
Znajdę jakieś swoje zdjęcie i wyślę Ci je na forumowego e-maila.
Zacznij (i nie przestawaj) zauważać i zapisywać swoje zalety.
Dawno temu, jeszcze gdy podwaliny kładzione były pod sukces Idola, Wojewódzki powiedział do jednego z uczestników "Masz jedną wadę: brak Ci zalet." Bardzo zapamiętałam te zdanie, wszak od razu zrozumiałam, że wspaniale mnie opisuje. Rozmawiałam nawet z jedną mi bliską osobą, aby wymieniła moje zalety. Pytałam się nawet obecnego partnera. To co wymienili, było żałosne. Zrazili się moimi komentarzami zwrotnymi i już nie poruszam tematu mych potencjanych "zalet".
Jestem sroga, bo inaczej nie potrafię. I żeby nie było, podłość moja jest taka, że w ten sam sposób traktuje innych ludzi. Trudno mi dostrzec ich zalety, dopóki mnie przeżyje crash testu z nimi
. Pomijam osoby, których zalety są oczywiste i widoczne dla tzw. wszystkich.
Zostać, w miejscu, w którym jesteś? Kiepskim miejscu. Czy jednak, nie zgadzać się. Podejmować działania, próbować zmienić to miejsce, na inne lepsze ?
Jeżeli chce żyć, nie mam innego wyboru. No chyba, ze zadowole się tą masochistyczną i żałosną jego jakością. Cały czas czekam na impuls, ale przez ostatnią dekadę ani razu do mnie nie dotarł. To chyba jakaś wada mózgu.