M. nie wiem jak Ci pomoc, bo sama sobie nie potrafie... Tzn ja mysle ze przychodzi ten moment gdzie wyzbywasz sie wszelkiej nadziei i wtedy jakby zmieniasz stanowisko na to jakby 'samoobronne' - ze nie chcesz mnie? Ok, poradze sobie, nie chce cie znac i samemu chce sie po prostu o tym zapomniec i ruszyc dalej. To jest chyba faktycznie jedyna droga, ze samemu trzeba chciec o tym zapomniec a nie chciec z nim jeszcze byc.... U Ciebie jest naprawde inna sytuacja troche bo on juz nie mieszka z Toba kurcze od stycznia, a mieszka z nia.
Co do mnie - jak sie pozbyc tej ostatniej nadziei? jak sie nie ludzic? Ja nie ludze sie juz na to, ze on chcialby ze mna teraz byc, ze mialby wrocic do domu - nie, nie ma opcji, zreszta ja tez sobie tego nie wyobrazam, zeby on teraz np mialby wrocic, o tak, po tym wszystkim. U mnie ludze sie, ze on ma/ bedzie mial jakiekolwiek watpliwosci.... jakies malutkie, jakis przeblysk mysli czy na pewno dobrze robi....
Jak nie miec nadziei? Wczoraj byl, 1 raz od zeszlego czwartku. Nie wiem od czego to zalezy, czy to jest czysty przypadek, czy od jego nastroju czy to, ze ja jestem jakby dla niego milsza i juz nie wracam zupelnie do niczego, zadnych zali, placzow, docinek ma na to wplyw. W kazdym razie teraz nagle znow jest taki etap ze wchodzi wczoraj, mowi 'czesc, jak tam' ??? -'yyyy, no leci pomalu, a co u ciebie?' - 'no tez leci, robota i robota'. PRzyjechal z 2 plecaczkami...bo na motorze no i wzial znow jakies rzeczy, troche ciuchow, brudne pranie, 2 garnki itd... Do tego znow grzebal przy dekoderze od polsatu - ze jest oplacony od kilku tygodni (no prosze!), ale ja nie ogladalam bo myslalam ze jest nieoplacony (przeciez on nie bedzie placic skoro nie oglada) no i cos jest poodlaczane i nie dziala. Probowal popodlaczac ale niestety mu nie wyszlo (heh...) 'no trudno, niech ten co ci podpinal angielska telewizje przyjdzie i podlaczy spowrotem' - jedna docinka
'grill sie udal?' - druga docinka - robilam grilla w zeszly wpiatek, dziewczyna brata wrzucila kilka zdjec na facebooka. on facebooka nie ma, wiec jest przeplyw informacji
ktos ze znajomych musial mu cos na ten temat powiedziec (no zesz, ale rewelacja, justyna zrobila grilla - a co mysleli ze bez niego to nie mam rak i tredowata jestem ze w ogole o czyms takim jemu mowia?
no ale dobrze, dobrze....
potem moje zagranie, ot, taka sztuczka - jakze to banalne a on sie na to naprawde zlapal!! o jakze byl zadowolony...
wychodzil juz, akurat sie pranie skonczylo mi prac, wiec ja co? chlast, raz, dwa troche wody do pralki! I ide do niego i mowie jak glupia blondynka: 'kurcze sluchaj, woda mi w pralce stoi, juz ktorys raz z kolei, nie wiem co jest, moglbys zobaczyc?' No to idzie, patrzy na te pralke:DD no i widze ze nie wie co robic i checi tez nienawiecej mial. mowie mu: 'moze cos tam z filtrem sie zblokowalo' - no to eureka, zdjal taka pokrywe - na co ja: 'oooo, dzieki kurde caly dzien sie meczylam zeby to zdjac!' nic nie mowi, ale widac ze rosnie, spokojnieje.... odkrecil filtr, nic sie nie dzieje ...
no i mowi: 'no wlacz jeszcze wirowanie raz, zobaczysz, ja tu nic wiecej nie poradze'. wychodzi, mowi 'to narazie' !!!!! tak jak mowil 'czesc' okresowo jak wchodzil do domu, tak przez te 4 miesiace nigdy nie powiedzial 'czesc' wychodzac. No i za chwile, on juz na dole przy motorze sie zbiera do odjazdu, na co ja wychodze na klatke i mowie mu 'dzieeeeki, wlasnie woda troche z filtra wyleciala, takze musialo tam byc cos zblokowane i pralka odwirowala i ubrania bez wody, dzieeki' .... no tak mi sie smiac chcialo ze masakra. Sluchajcie, to jest zalosne, ale to na niego podzialalo, w sensie ze pozytywnie, ze zadowolony bo pochawlony zostal, bo taki potrzebny, bo ja mila. Oczywiscie nie zmienia to nic w naszej kwesti.... no NIC. ale chodzi mi wlasnie o to, ze jakbysmy sie dajmy na to kolejny raz pozarli, krzyki, zale, przykre slowa, 'wypieprzaj, zejdz mi z oczu itd', trzasniecie drzwiami jego np i odjazd.... no to co? To nic tylko poczul by kolejny raz ulge, ze tak dobrze robi, bo ja przeciez taka nienormalna jestem, bo cale zycie by takie mial itd.... a tak.... niech odjezdza sobie w spokoju, ciszy, zostawia piekne, umeblowane mieszkanie, gdzie wlozyl cale serce, gdzie jestem ja... no tak, ta niedobra, nie pasujaca do niego, ale jednak wdzieczna mu za 'naprawe pralki', spokojna, pewna siebie i .... w sukience....
potem jeszcze wychodzilam z domu od razu jak on jeszcze stal przy wejsciu, no i ja minelam go po prostu mowiac 'to narazie' , a on: 'a co z tym lusterkiem? naprawilas? ' (od samochodu mam urwane). On mi radzil ostatnio, no ze sasiad mi na pewno to bedzie umial naprawic, wymiec. Mowie mu: 'nie, co ty, sluchaj Adrian (sasiad) robote stracil, dzieci chore, maja mlyn totalny, jutro do polski jedzie, nie bylo nawet jak'. no i poszlam. Ale ostatnio nie byl w ogole zainteresowany. teraz, 4 minuty po 'naprawie' pralki i zejsciu na dol, zdazyl pomyslec jeszcze 'o mnie' i o moim lusterku...
Co do jego jeszcze wizyty, no to pytal znowu o mame, dokladnie sie wypytywal, 'no to pozdrow ja tam'. No i ze w sobote przyjedzie chyba po reszte rzeczy - 'noooo.... to zabiore to co mowilismy, czajanik..... to tam.... no zabiore....' - a ja mowie pewnie i spokojnie: ' no ok, spoko przeciez'. Jakby sie martwil ze mi czajnik zabierze i herbaty nie bede miala w czym zrobic.... No niestety realnych, zadnych cieni nadziei mi nie daje, zadnych, zadnych watpliwosci....
juz sama nie wiem co gorsze... czy jak byl takim chamem przez chwile, zero uczuc ludzkich, czy jak jest znowu tak jakby soba (bo taki zawsze byl!!! - normalny....). Bo ja wiem, ze to zwykle, ludzkie zachowanie, nic wiecej, ale ludzi czlowieka..... On nie byl potworem, to nie tak ze ja go tak bardzo idealizowalam,.... naprawde byl dla mnie dobry. no i teraz tez jakos sie zachowuje, tylko ..... tylko ze mnie nie kocha....
no i na zakonczenie - dzis moje imieniny... i co? godzina 8:07 - sms - 'najlepsze zyczenia z okazji imienin, pozdrawiam'. pamietal, a dwa lata temu zapomnial np, bo ogolnie on dat zadnych nie pamieta, do swojej mamy w tym roku, po naszym rozstaniu nawet nie zadzwonil.... No i teraz wlasnie w tej chwili dzwonili tescie z zyczeniami.... wiecie czego mi zyczyli: ' szczescia, zebys spotkala w swoim zyciu kogos wartosciowszego niz ten moj syn' - jego mama takie slowa, rozumiecie.... i za chwile jego tata:'szczescia justynko, zebys spotkala wieksze szczescie niz ten nasz A..... ' no nie moge zlego slowa o tych ludziach powiedziec. nie moge.
Wiem, ze sama sie pograzam, zyje jakimis zludzeniami, ze ma w sercu choc odrobine watpliwosci, ze moze z tym rozwodem nie bedzie sie tak palil.... ale zadnych podstaw zeby tak sadzic. Az sie poryczalam teraz, ale normalnie ze wzruszenia, ze ten swiat wlasnie nie jest taki zly, ze pomimo tego calego bolu, sa ludzie, dobrzy ludzie, ze jego rodzice mnie tak lubia, rozumieja.... ale tez sa bezsilni.... i taki zal znowu, ze tak pieknie mogloby byc, mamy juz wszystko co chcielismy, jest lato, jestesmy mlodzi, zdrowi, nic tylko korzystac z ycia, cieszyc sie, podrozowac i po co to wszystko....? rzuca to wszystko dla jakiejs szmaty (nie, ze ja obwiniam, on rzuca, ale kobieta ktora perfidnie idzie do lozka z zonatym i zdradza swojego narzeczonego jest dla mnie szmata), dla jekiegos zludzenia o szczesciu, o lepszym zyciu.... no porazka.... i nic nie mozna poradzic, nic....