wiec tak: Mialam ja jak na dloni od samego poczatku, prawda? wiedzialam jak sie nazywa, gdzie mieszka, pracuje razem z moim mezem, mialam do niej telefon, dane jej narzeczonego siostry i wiele innych. Juz od 3 miesiecy wiem o zdradzie - maz sie przyznal w koncu, tak, no ale nie zrobilam nic. W sensie nie dzwonilam do niej, nie wyzywalam, nie pojechalam do nich do pracy, nic. czekalam. i warto bylo czekac, zeby dojsc do obecnego stanu mojego umyslu i ducha, zeby ta rozmowa mogla wygladac tak, a nie inaczej.
po 1 - wzielam ja/ ich z totalnego zaskoczenia co juz dalo mi jakas przewage, No bo tyle czasu minelo, nie zrobilam nic do tej pory, mezowi tez juz dalam totalnie spokuj wiec gruchali w najlepsze niczego sie nie spodziewajac. Sama tego dokladnie nie zaplanowalam na ten dzien. Tak wyszlo, chyba normalnie Bog mnie pokierowal tam.
Bylam na urodzinach na piwie w miejscu gdzie pracuje moj brat, sama tam pracowalam przez jakis czas no i jest tam restauracja mojego meza i jego kochanki. W ostatnim czasie 3 miesiecy - od rozstania - bylam tam juz kilkakrotnie wlasnie na jakis tam imprezkach i za kazdym razem korcilo mnie, bedac tak blisko jego/jej, zeby tam pojsc czy cos zrobic. Ale ze nie mialam sensownego planu i sluchajac rad, nie chcialam robic nic glupiego wiec tego nigdy nie zrobilam. Ale caly czas chcialam. chcialam COS zrobic, cokolwiek - jesli o nia chodzi, po prostu z ciekawosci ludzkiej, chcialam z nia porozmawiac choc raz, miec z nia jakakolwiek interakcje, zobaczyc jak rozmwaia, jak sie zachowuje. Ale prawda jest taka, ze sie balam. tak, teraz to wiem. Chcialam, ale sie balam - ja, ktora nie zrobila nic zlego, zostala oszukana przez nich obydwoch, balam sie po 1 meza - co bedzie potem i balam sie w jakims sensie jej i tej rozmowy z nia. Tymbardziej ciesze sie ze sie po prostu odwazylam to zrobic, dla samej siebie, zeby pokazac sobie ze przezwyciezam w sobie pewne leki i myslenie o innych, a mysle troche bardziej o sobie.
A wiec tak to bylo: bylam w tym miejscu gdzie jest jego restauracja tak jak pisalam ze znajomymi umowiona. Ladnie ubrana i zadowolona przypadkiem dowiedzialam sie ze moj maz wlasnie wjechal do domu (sasiadka dala mi znac) czyli ze nie ma go w pracy. To bylo chyba tym bodzcem. Nie chcialam tam przeciez isc jesli on bylby w pracy - no bo po co. Nie wiedzialam jednak czy jest ona. Byla. Poczekalam troche, w pewnym momencie podeszlam pewnym krokiem i zapytalam czy mozemy porozmawiac. Zgodzila sie i wyszlysmy.
Powiedzialam w sposob jaki radzila mi psycholog, troszke ja psychologicznie podeszlam, ale tak naprawde powiedzialam sama prawde. Najpierw powiedzialam jej ze jej nie oceniam, poniewaz nie wiem co ona tak naprawde wiedziala, poza tym faktem ze on ma zone. Powiedzialam ze chcialabym powiedziec jej jak bylo naprawde.
Ze bylismy naprawde dobrym malzenstwem, ze on BYL szczesliwy i jest ku temu wiele dowodow, ze w pazdzierniku jeszcze chcial dziecka, ze kupowalismy ostatnie meble do naszego mieszkania (a listopad to pierwsze poszlaki ich romansu), ze po prostu strasznie mnie oszukiwal. Powiedzialam jej ze ja o tym nie wiedzialam, tak, ale bylo tak, ze jednej nocy spal z nia, wracal do domu i spal ze mna, ze niedobrze mi sie robi jak o tym pomysle, ale ja nie wiedzialam. JAk sie dowiedzialam, to kazalam sie pakowac i do widzenia - wyznaczylam granice, skonfrontowalam go, no to twierdzil ze chce wybaczenia i wie ze chce byc ze mna.
Mowilam w sensie - mogl po prostu powiedziec od razu - jestem nieszczesliwy, to koniec, albo ze cche byc z kims innym, a nie kalamac przez pol roku i tak jak mowie - klamac i ciebie i mnie, spac i ze mna i toba.... nie powiedziala nic w stylu: 'no i co z tego'. to bylo chyba szokiem dla niej.
Ameryki nie odkrylam, powiedziala oczywiscie ze malo tego, ze teraz ich nie nic laczy, to sluchajcie ona utrzymywala ze NIGDY ich nic nie laczylo, no poza przyjaznia
Klamie oczywiscie, ale przeciez niczego innego sie nie spodziewalam i nie taki byl cel tej rozmowy. Moj maz przyznal sie ze z nia spal, ale ona twardo ze nie
n oale w sumie to byla jej 1 rozmowa ze mna, pierwsza konfrontacja, jesli do tej pory nie wiedziala. Jak sie okazuje ona po prostu byla nieswiadoma (no bo i skad w sumie) ze ja naprawde dowiedzialam sie o wszystkim i ze on sie po prostu przyznal do zdrady. Nie miescilo jej sie to w glowie...
Ona nie byla swiadoma tego ze on mogl sie naprawde do wszystkiego przyznac, a raczej ze ja sama sie dowiedzialam o wszystkim a on przestal zaprzeczac. Dlatego ona oczywiscie wypierala sie nawet tego, co bylo miedzy nimi. Ale niewazne, ja generalnie ignorowalam to, skupialam sie bardziej na jego winie po prostu. Mowilam ze nie byl lojalny wobec zadnej z nas, ze ja nazywa przed wszystkimi glupim epizodem w swoim zyciu. Byla w szoku mysle, raz ze tyle wiem i bylo jej po prostu chyba wstyd, a dwa ze wlasnie okazalo sie ze jednak ja tez oszukiwal, bo choc nie powiedziala nic konkretnie, to mialam wrazenei ze z tego co on jej mowil, to nasze malzenstwo nie istanialo juz chyba od roku i pewnie ze spalismy w osobnych sypialaniach od 2 lat
no a tak nie bylo, tak. Mowie, ze to co do niej pisal - cytowalam nawet - tez byla w szoku to ze to samo pisal do mnie - mowie - moge ci pokazac smsmy.
Generalnie czulam sie swietnie - ona ubrana w stroj roboczy, brudne ciuchy wiec wiecie
Na koniec powiedzialam, ze ja chcialam zeby tylko wiedziala, znala prawde, ze niech sobie robia co chca, ja z nim w tej chwili, dopoki nie zrozumie tego c ozrobil to i tak nie chce miec nic wspolnego, jako czlowiekiem jakim jest teraz. Ze moze od razu do niego poleciec i powiedziec mu ze bylam, a moze po prostu sie nad tym zastanowic.
Moj maz i tak wie, bo jeden z pracownikow, wiecie lojalny bardzo
dal cynk jak z nia rozmawialam, a ze gadalysmy chyba z 50 minut, to miedzy czasie maz juz do niej dzwonil na telefon sklepu, rozmowiala z nim przy mnie nerwowo bardzo, zbywala go w zasadzie tylko:' tak, no, ok, wszytko w porzadku'.
Maz nie powiedzial mi nic - widzielismy sie dzisiaj rano w kuchni. Ja jemu rowniez nic. Nie ludze sie na nic, wiem ze z jego punktu widzenia to tylko go rozwcieczylam, ale mowie - to nie byla zemsta zadna - to byla prawda i tego on sie chyba najabrdziej obawial. Ale psycholog powiedziala - to jest zasianie takiego ziarna w niej, gdzies tam na pewno bedzie myslec o tym co powiedzialam, zwlaszcza ze wychodzi ze nie wiedziala chyba.
Twierdzila ze ona jest szczesliwa (ze swoim narzeczonym) i nie chce miec nic wspolnego z moim mezem
a to dobre 