woytek - dzieki. tak wlasnie sie miotam i mota. bardziej na szczescie tylko w swojej glowie ale fizycznie to nei wariuje i nic nie odstawiam, dalam mu spokuj.
wlejam tutaj moj wpis z innego forum - bardzo madrzy ludzie tam sa, tylko ze jest to forum typowo katolickie, wiec nie dla kazdego. tak to obecnie wyglada: M. poczytaj tez Kochana ...
S napisał/a:
Kochana. Przede wszystkim przecież musiałaś wiedzieć, że sformalizowanie Waszych spraw majątkowych miało przyczynić się do całkowitego rozkładu Waszych więzi. No czego się spowiedziałaś - tak naprawdę? Że podzielicie się, załatwicie papierki, a potem będziecie budować razem od nowa? Dlatego Ciebie wcześniej pytałam - czy na pewno tego chcesz i czy to wszystko jest dla Ciebie korzystne. Upierałas się, że tak, że lepiej dla Ciebie, ale przecież musiałaś wiedzieć, że ktoś, kto chce z kimś być nie zrywa nitek łączących go z tą osobą.
- tak, pewnie ze wiedzialam. przemyslalam wszystko i wiem ze decyzje ktore podjelam sa dla mnie korzystne, pomijajac oczywiscie sam fakt tego, ze wolalabym zeby to wszystko sie nie dzialo. dociera to do mnie ze on wlasnie nie chce naprawde i dlatego nie chcialam sila go zatrzymywac przeciagajac wszystko. wiem i wiedzialam o tym, co oczywiscie nie zmienilo mojej nadziei na to ze moze jednak ... dlatego pisalam o tej rozmowie znow dzisiaj. Wiem ze moje wpisy sa dosc chaotyczne i moga wygladac na desperackie, ale wlasnie to po prostu moje mysli, dzieki temu ze sie wypisuje tutaj i rozmwaiam z ludzmi, w czyny nie wchodzi prawie nic z tych mysli. Wiec tak naprawde mysle ze od tych 2 miesiecy nie dzialam desperacko
.
S napisał/a:
A zatem - jedyne wyjście dla Ciebie - odstawić gdybanie, upewnianie się, myślenie, kombinowanie.
- zgadza sie, caly czas o tym juz wiem i probuje... tylko ze srednio wychodzi... ciagle dlatego prosze o rady, Wasze wskazowki sa naprawde cenne....
Cytat:
Odłóż to. NIC Ci nie da gdybanie, roztrząsanie. W tej chwili męża przecież nie interesuje, czy dajesz mu szansę, czy nie, czy czekasz na niego, czy nie. Myślisz, że go interesują Twoje dylematy, czy ma kochankę, czy nie? Więc nie ma sensu nic robić POD NIEGO.
znowu trafiasz w sedno! dokladnie tak jest! nie ma sensu robic nic pod niego bo on tego i tak nie zauwaza i nie ma to dla niego najmniejszego znaczenia! Zgadzam sie, tylko Wy wiecie najlepeij ze glupie serce czasem robi swoje po prostu....
S napisał/a:
Chwileczkę. Ale ja teraz NIE CHCE powrotu męża, skoro jest on niezdecydowany, w głowie ma kogoś innego, naraża mnie na smutek i cierpienie i nie widzi w tym nic złego, nie chcę w tej chwili takiego męża, który nie rozumie tego, czym jest małżeństwo
Cytat:
Zaakceptuj fakty, bo jedynie akceptacja tych faktów (nie czynów męża, ale faktów, wydarzeń, że się one zadziały i mają swój skutek) pomoże Ci zrobić kolejny krok - mianowicie praca nad wzmacnianiem swojego ducha.
- mysle ze to sa 2 najwazniejsze jak dla mnie sprawy w tej chwili. Raz - to zrozumiec ze ja go naprawde teraz tez bym nie chciala! Tak jak pisalas wczesniej - to ze by nawet jakims cudem nagle laskawie zostal? To co? Szczescie bym miala ogromne? Moze na 1 dzien.... przeciez to chodzi o radykalna przemiane, o zrozumienie co zrobil i checi i wole naprawy, wspolnej, ale z jego inicjatywy..... a to w tej chwili jest niemozliwe, moze kiedys, ale teraz jest juz innym czlowiekiem. to jest moj klucz. musze przestac go idealizowac - bo ja wciaz opieram sie na tym, jaki byl wczesniej, ze dobry, odpowiedzialny i ze na pewno nadal taki jest. nie jest. i naprawde w tej chwili na mnie nei zasluguje absolutnie. to musze sobie tlumaczyc.
a druga kluczowa sprawa - wlasnie zaakceptowanie tych cholernych faktow. nie mam sil juz z nimi w sumie walczyc, ale czlowiek sie jeszcze szarpie, zaprzecza im....
S napisał/a:
Gdybyś się kochała odpowiednio mocno, powiedziałabyś sobie, że jedyne co Ci się należy, to mąż, który SAM będzie starał się naprawić wszystkie krzywdy i który będzie się starał SAM o kontakt z Tobą. P
zgadza sie... zasluguje na to, zeby to on SAM sie postaral, jesli kiedyk0olwiek chcial by to naprawic...
S napisał/a:
A zostaw go samego ze swoimi myślami, z wątpliwościami - które pewnie przyjdą. A daj mu zatęsknić, daj mu ciszę i tajemnicę. Usilna potrzeba rozmowy i ustalania czegoś, co już przecież jest ustalone, pod płaszczykiem "odpowiedzi na parę pytań, do których masz prawo" jest tylko kolejnym murem, które Was będzie oddzielało.
tego typu rady wzielam sobie zforum naprawde do serca jak tylko zaczelam czytac forum. Tak jak pisalam - to mzoe tak wyglada - bo z tego co pisze to jakbym co chwile cos robila, rozmawiala, pytala, ale tak nie jest... to tylko moje mysli. Fizycznie, jestem dumna bo zastosowalamsie w sumie bardzo do tego typu rad. od 13 kwietnia nie zapytalam ani razu czy jest pewien, czy na pewno, czy na pewno mnie nie kocha-dziek itemu nie narazalam sie wlasnie na kolejne cieprienei i nie dawalam mu szansy zeby on mi to powtarzal. Nie dzwonilam, nie pisalam smsow, nic. W domu tylko - czesc - czesc. Bylo kilka awantur, kiedy nie wytrzymalam i musialam odreagowac swoja zlosc, juz mnie zzeralo od srodka, ale to bylo na poczatku samym,. Jedyne co zrobilam to przeprosilam go wtedy za 3 konkretne rzeczy - czym tutaj pisalam, potem on nastepnego dnia po awanturze przeprosil mnie. Raz porozmawialam z nim o swojej pracy bo akurat tak sie zlozylo ze bylismy razem w kuchni przez jakies 10 minut i teraz na koniec napisalam tego meila, ale wlasnie to bylo 2 tygodnie temu i o nic go w tym meilu tez nie prosilam, o nic nie pytalam, od tamtej pory slowa nie powiedzialam. zrobilam to poczesci dla samej siebie bo to byl meil do psycholog mojej a chcialam zeby on o tym po prostu wiedzial, to bylo jakby czescia mojej terapii. Takze trzymam sie dzielnie jesli chodzi o czyny w stosunku do niego. Wiem ze macie racje, ze to wszystko przynosi odwrotny skutek, jeszcze bardziej go blokuje na mnie. Ale dobrze ze jestescie ze w pore zawsze wlasnie uswiadomicie czlowieka kiedy przychodza te chwile gdzie znowu cos do glowy przychodzi....
d napisał/a:
Zresztą, czy będziesz mieć ten kredyt na siebie czy na Was - to tylko formalność.
Jeżeli On będzie chciał wrócić i zacząć naprawiać, to będzie przecież bez znaczenia.
Uśmiechnij się i pomyśl o sobie.
Tez tak mysle - teraz - jak naprawde chcial sie rozstac to tak latwo przyszlo mu wszystko, co naprawde jest duzo bardziej na pewno stresujace - rozwiazywanie tak jakby malzenstwa, niz sytuacja gdybysmy kiedykolwiek zechcieli znow razem byc -to takie papeirki naprawde nie sa wtedy przeszkoda... ze mieszkanie tylko na mnie czy ze pieniadze mamy osoba prawnie.... wiem ze to jeszcze o niczym nie przesadza. przesadza tak naprawde tylko to ze on po prostu nie chce. i tyle.
K2009 napisał/a:
Chciaam Ci jednak powiedziec jeszcze, ze tak czy inaczej trzeba dbac o formalnosci 
Z tego co piszesz teraz`Wasze relacje sa poprawne. I oby tak dalej
tego Ci zyczę:), ale pamietaj proszę, ze to też moze sie zmienic
tak, teraz sa poprawne, ale wlasnie jeszcze niewiadomo co z rozwodem. w sensie - wszystkie inne formalnosci ustalalismy razem tak? - jak to robimy itd. Tego tematu on nie poruszyl, ale mam takie przeczucie ze jak byl w tej polsce teraz to mogl zlozyc pozew - z 1 strony nie wydaje mi sie, chce wierzyc ze powiedzialby mi wczesniej i ze nie robilby tego tak szybko - no ale z 2giej - oj wszystko jest mozliwe. Wrocil wlasnie do domu - powiedzial czesc i poszedl do pokoju. nie zapytal juz czy wszystko ok, a nie widzielismy sie ze 2 tyg.... to juz nie ten A. z wizyty u notariusza, to juz spowrotem ten 'nowy'
K2009 napisał/a:
Teraz trzeba się wyciszyć, wyzbyc się tego wewenętrznego lęku i paniki , która zjada Cię pewnie od wewnątrz. Na tę chwile Twój mąż podjął decyzję i w sumie niewiele od nas (jak piszę to mysle tez o tym co jak przezywalam na poczatku i co mi tutaj super radzono ) zalezy.
Ja pamiętam , że wizualizowałam ten swój lęk (ale to juz jak bylam bardziej swiadoma co robilam jak glupio sie zachowywalam jak tak ciage dzwonilam i wymyslalam jakies bzdurne sytuacje- jak z obraczka:)) jak wchodzenie na cienki lód.i Tak w którą stronę pojsc, by się nie pogrążyć ...w prawo...O nie!!! bo to źle bedzie , w lewo..hm..iśc czy nie ...?;) dobra, pojde prosto, oj,,,ale to też chyba bedzie źle
. Moze cofnę się do tyłu, bo tak bedzie dobrze...a moze zle. W ogole iśc czy nie iśc , co tutaj robić?:) a może pojsc,nie pojsc, w prawo, w lewo, w lewo...a może, a może , a moze
i takie analizowanie, które jest dręczeniem się tylko samego siebie 
Po prostu zawierz Bogu, oddaje się sytuacji , oczyść mysli, wyrzuc lęk na śmietnik
a bedzie dobrze:) Bóg lubi wewnętrzny spokoj, a zły kocha niepokoj, leki i nerwy.
bardzo dobrze opisuje to moja sytuacje w glowie
no mozna sie doprowadzic wlasnie do obledu.... a nic to nasze myslenie nie zmienia. Tylko ciagle probuje, ciagle staram sie zawierzyc wszystko Bogu, ale jeszcze po prostu nie potrafie tak do konca. Ten lek jest najgorszy, strach, niewiadomo juz w sumie o co....
A tak ogolnie - tak jak pisalam wczesniej. wiem ze da sie zyc bez niego. Ale ja narazie nie potrafie. Ucze sie tego kazdego dnia. Naprawde staram sie. moze dla kogos z boku to nic... ale Wy wiecie, Wy rozumiecie jak jest ciezko. Wiem ze niektore dziewczyny nie daja rady od razu i nie ida do pracy, nie wychodza z domu itd... Ja walcze. Dzsiaiaj np rano ogarnal mnie totalny lek, paraliz, totalny bezsens. Zrobienie kawy zajelo mi godzine - a bo nie widzialam do konca sensu w tym zeby samej sobie robic kawe, chcoiaz mialam na nia ochote, rozumiecie? Wiedzialam ze powinnam sie wykapac, ubrac, pojsc do kosciola i zaplanowac reszte dnia, ale to wszystko wydaje sie takie bez sensu... ale po co... No ale zrobilam te rzeczy dzisiaj, potem spedzilam popoludnie z bratem i jego dziewczyna.
Bylo mi troche przykro bo jesli chodzi o dziewczyne mojego brata to jest taka sytuacja: sa teraz dla mnie w sumie najblizszymi osobami - brat - logiczne i ona. To brat mnie 'zbieral' z mieszkania ode mnie dwa razy - najpierw jak ja powiedzialam dosc,a potem jak on to potwierdzil i nie bylam ws tanie jechac sama samochodem do brata. To u nich bylam 1 tydzien, bardzo mnie wspierali i nadal tak jest. TYLKO ZE: brat to w ogole juz o tym nie mowi, nie pyta - dla niego to tak po mesku - temat zamkniety. on mi od razu powidzial: "to jest rozdzial zamkniety w twoim zyciu; -taaaaa, jasne
) ale wiecie o co mi chodzi. on, jak to facet, znienawidzil mojego meza pewnie za to co mi zrobil, powiedzial ze on dla niego juz nie istnieje, ale nie czuje potrzeby na ten temat gadac - ani ze mna, ani np jemu cos mowic. No a jego dziewczyna - bardzo fajna i dobra osoba. Tyle ze raz ze jest jeszcze mlodsza niz ja, ma troszke inne podejscie do zycia, do tego jest osoba niewierzaca. Bardzo dobrze na mnie dziala tak ogolnie - bo jest 'ostra' i bardzo relanie okresla sprawy, daje mi pozytywne kopy. Ogolnie mowi mi prawde w oczy - no ze on ma mnie w tej chwili gdzies i ze nie jest mnie wart, ze dam sobie rade, ze oni mi pomoga itd. I to jest dobre, ale z 2 strony no jakby zupelnie nie rozumie ze to nie jest dla mnei takie latwe. Ona ma podejscie takie ze jakby moj brat jej cos takiego zrobil to by nigdy w zyciu z nim juz nie byla i nie wie 'jak ja w ogole moge zakaldac, chciec byz nim'. Wiecie - raz, ze mlodsza, nie jest w malzenstwie, dwa ze nie przeszla tego - i nie zycze jej!! Ale latwo sie mowi prawda.... I tez ogolnie ona mnie sama np jak sie widzimy o to nie pyta za wiele. jak sie czuje czy cos. Zakalda jakby no ze jest i bedzie coraz lepieij, ze nie powinnam juz o tym myslec. no ba, nie powinnam ale mysle... Kilka razy w tym okresie np jak zadzwonila do mnie albo cos a ja np mialam mega dol i mowie jej - 'masakra, nie daje rady, bez sensu itp' - n oto ona potrafila byc zdzwiona i pytac: ' ale co sie stalo?'... na co mi rece opadaly i mowie jej 'nosz kuzwa nic, poza tym ze maz mnie zdradzil i rzucil to nic sie nie stalo'
i wiecie ona wtedy zdziwona - no to znowu tak ci zle, po czym zawsze od nowa mnie wspiera. Takze to nie jest jej jakas zla wola tylko nie do konca potrafi mnie zrozumiec ona akurat. I tez dzisiaj np - zajechalam - no i ja mowie jej: " nie wrocil na noc dzisiaj' - a ona; "no i co z tego? co cie to obchodzi? 2 tyg sie nie widzieliscie a co ci nagle ze on wrocil czy nie wrocil'
no i ja nerwy i tlumacze jej - no wiesz do choery ale to po raz 1 sie zdarzylo i jednak zabolalo. Ona tez ostro do mnie ogolnie, ze sie slimacze za dlugo, ze 2 miesiace a ja nadal swoje, ze jakby nie chce wystarczajaco z tego wyjsc. Czy ma racje ? Ja jej probowalam wytlumaczyc to co wyzej pisalam, ze zwyklerzeczy jak ubranie sie, zrobienei kawy i przyjechanie do nich sa moja walka i bardzo duzo mnie kosztuja. a robie to. wiec walcze.... nie wiem ciesze sie ze ich mam, brata i ja, bo jestem ich takim 5 kolem u wozu teraz i wszystkie weekendy z nimi spedzam...
ehh ale sie znowu rozpisalam. Zapytalam wlasnie o pozew. nie zlozyl. zapytal "a ty'? Boze jak on nic nie rozumie... powiedzialam 'nie' powiedzialam mu rowniez ze nie bede miala wszystkich pieniedzy na raz zeby go splacic. myslalam ze bede miala, ale nie bede. powiedzial w tym sensie ze ok, ze i tak ja kz bankiem bedzie zalatwione to sie wyprowadzi no a ze jakos sie umowimy i oddam mu reszte pozniej. powiedzial z jego poczuciem humoru 'chyba mnie nie wyrolujesz' i ten glupi usmiech jego... ;czy chcesz mnie wyrolowac'? i znowu usmiech glupi. ja mowie 'nie, nie chce, chyba juz o tym wiesz'. Powiedzialam mu - nie pisalam Wam nawet o tym jeszcze, ze nie oddam mu wszystkiego naraz bo mam jeszcze inne 'dlugi'. Zdziwil sie i drazyl o co chodzi. no to mu powiedzialam, ze 'musze' oddac ojcu pieniadze jeszcze. a on zdziwiony ze za co. a ja mowie mu 'za to, na co dal, a czego juz nie ma'... Zdzwil sie. wyszlam. on za mna. 'za wesele ci kazal oddac'? na co powiedzialam mu jak bylo - kazac nie kazal, ale dal odczuc ze 'stracil pieniadze'. wiem ze ojciec nie chcial zle, wiem ze jego tez to truje, bylam jego duma i cieszyl sie ze corke za maz wydal. a tu taki psikus... wiem ze nie wpadl by na to ojciec ze ja to potraktowalam serio i w sumie na pewno zadnych pieniedzy nie bedzie chcial. Ale mnie to zabolalo i tak sobie powiedzialam ze mu to oddam, choc na pewno tak sie nie skonczy, no ale powiedzialm to tez jemu, niech wie... Z weselem bylo tak ze polowe zaplacil sam moj maz, a dokladnie druga polowe wlasnie ta moja czesc, moi rodzice. pytal jeszcze jak daleko stoi sprawa tutaj z tym bankiem (Wy i ja wiemy ze sprawa jest jasna i jutro moglabym isc i to zlozyc) ale on wie, ze czekam jeszcze na cos ze spoldzielni. no i pytal sie dokladnie jak to wyglada. Patrzcie jaki 'pomocny', pytal czy chce zeby tam podzwonil pogonic ich troche. ja mowie:' jesli ci sie pali' - on: 'nie pali mi sie, nie pali'. no to mowie mu ze juz dzwonilam i ze wszystko jest w toku.... Zadnej innej rozmowy nie poruszalam. i dobrze.