Witajcie, sytuacja rozwiązała się już definitywnie.
Zadzwoniłam do niego w weekend, trzeba bylo przecież coś ustalić, zabrać rzeczy. Przyjechał. Kłóciliśmy się jak nie wiem, już byłam pewna, że chce odejśc, nagle złapał mnie za ręke, mówił, że kocha, że chce zabrać mnie do domu. Nie wiedziałam co zrobić, wahałam się, pomyślałam - pojadę, ostatni raz, przekonam się co będzie. Chciałam podjąc decyzje ostateczną, takiej, której w 100% będę pewna. Zabrałam dosłownie kilka rzeczy, nawet komputera do pracy nie zabrałam... Powiedziałam rodzicom aby dali mi kilka dni, zrozumieli, bo musze przekonać się ostatni raz.
Pojechaliśmy, tulił mnie, całował, mówił, że tęsknił. W mieszkaniu panował okropny bałagan. Czułam się w nim nieswojo, ale patrzyłam, obserwowałam, w duchu powtarzałam sobie, że musze spróbować aby wiedzieć dokładnie czego chcę.
Rozmawialiśmy trochę, poszliśmy spac, miał ochote mnie dotykać, odmówiłam. Dopiero rano doszło między nami do czegoś. Na jednym razie się nie skończyło. Zaraz dowiecie się dlaczego akurat o tym wspominam (prawdę mówiąc wolałabym zachować to dla siebie). Pół dnia w łózku, później kolejne pół na... oglądaniu i szukaniu dla mnie roweru (mówił, że musze koniecznie miec podobny do niego), żebyśmy mogli razem jeździć, oglądaniu planów domów (sam mi to wszystko pokazywał, pytał czy mi się podobają...), wiedział, że podjęłam się nowej pracy, mówił, że będzie mi teraz pomagał w domu, że ja sobie będę mogła spokojnie pracować. Patrzył na mnie i mówił mi, że mnie kocha naprawde i jestem najwazniejsza. Przed wieczorem zebraliśmy się na kolację, później do kina... i wyobraźcie sobie, że kładąc się spać rozbolał go brzuch, zaparzyłam mu miętę, masowałam go aby nie bolało, chciałam mu jeszcze jakoś pomóc. Nagle powiedział "Ty mnie naprawdę kochasz, nie jest to przyzwyczajenie, prawda?" - "no pewnie, że kocham", pocałowałam go, on nagle wstał, usiadł obok na łóżku i powiedział mi, że jestem taka wspaniała, że tyle dla niego robie, a on w głębi siebie czuje, że nie zrobiłby tyle dla mnie (cóż.. wcześniej robił dla mnie i to wiele), byłam w szoku, nagle spytał czy nie chciałabym jechac w poniedziałek do domu (dodam, że we wtorek chciał ze mną wrocic po moje rzeczy, do czego jeszcze nie byłam przekonana) spytalam o co chodzi, więc zaczął, że on nie wie co do mnie czuje, że nie chce abyśmy byli razem, byłam w szoku, bo przecież ściągnął mnie do "domu" abym znów mogła z nim być, mówił, że mnie kocha, kochał się ze mną i nagle zmienił zdanie.... To było potworne, świadomie wrocilam aby sie przekonac no to się przekonałam! Powiem Wam, że wybaczyłam mu te wszystkie kłótnie, ale nigdy nie wybaczę mu tego ostatniego dnia, tego, że zrównał mnie z ziemią, nie uszanował mnie. Bolał mnie najbardziej fakt, że zbliżał się do mnie, że chciał być blisko (wcześniej często ja inicjowałam bliskość). Poczułam się jak szmata, uderzyłam go w twarz, nazwałałam najgorszymi, nie dlatego, że nie chciał być ze mną, ale dlatego, że tak skrzywdził mnie tym, że mówił, że kocha, kochał się i zmienił zdanie! Powiedziałam aby się leczył, wyobraźcie sobie, że walnął ręką z całej siły 3 razy w futrynę, ręka spuchła, leciała krew, okładałam ją lodem mimo tego co zrobił, chciałam mu pomóc, bo każdemu człowiekowi pomogłabym. Męczyłam się z nim tak całą noc, płakał, później mówił, że wie, że mnie skrzywdził, ze nie chciał tego i więcej krzywd dla mnie nie chce, mówił nawet, że należał mu się ten policzek, że on to rozumie. Wcześniej oczywiscie nie patrzył na to tak, bo mówił, ze wiedział, ze go kiedys uderze (zrobił ze mnie potwora, super! kobietę, która bije!). Dziewczyny nie chciałam go uderzyć, jestem na siebie zła, że to zrobiłam, ale to było silniejsze ode mnie, z szacunku do siebie wymierzyłam ten policzek, bo zranił mnie tym wszystkim tak bardzo, że musiałam bronić siebie jako kobiety, już nie jako narzeczonej, czy przyszłej żony, ale jako kobiety.
Koniec z tym wszystkim. Bez słowa, zaczęłam pakować rzeczy, chciał mi pomóc, odmówiłam, poprosiłam tylko aby odwiozł mnie do domu. Spakowałam wszystko, kwiaty z zaręczyn wyrzuciłam przez balkon, potargałam przy nim nasze zdjęcia, rzuciłam ramką, był zły, mówił, ze nie szanuję pamiątek, pamiętałam tylko o tym, że on nie uszanował mnie jako kobiety. Płakał, że nie chciał tak zrobił, a później znów był surowy i mówił, że postanowił, że musi jak mężczyzna podjac decyzje ostateczna, dla mnie jego wahania i zmiennosc nie czynily z niego mężczyzny.
5 razy wracałam do mieszkania aby znieść swoje rzeczy, nie pozwoliłam mu sobie pomóc, czekał w samochodzie i tylko otwierał mi drzwi. Odwiózł mnie, po drodze płakał, żebym przebaczyła mu to wszystko, przepraszał, mówił, że nie chciał aby się tak stało, powiedziałam, ze wybaczam mu te wszystkie klotnie, ale tego jednego dnia nie wybacze mu nigdy, bo chodzi tutaj już o moją godność jako kobiety. Dojechaliśmy. Wypakowałam torby z samochodu, zadzwoniłam po tatę, prosiłam aby do niego nie wychodził tylko pomógł mi z rzeczami. Zabrałam ostatnią rzecz, powiedziałam żegnaj i to, że to on to zniszczył.. i trzasnęłam drzwiami.
W sumie to wiecie co? Lepiej, że to on zerwał te zaręczyny, skrzywdził mnie, ale teraz wiem, że nie był nic wart!
A! Jeszcze jedno, pierścionka podobno się nie oddaje, bo zwraca się tym samym komuś swoje szczęście, na biżuterii mi nie zależało, wierzcie, ale jak w przesądy nie wierze tak krzyczalam, że mogę oddać mu całą moją miłość do niego, ale SWOJEGO SZCZĘŚCIA MU NIGDY NIE ODDAM!!!!!!
To koniec, dychnę od tego wszystkiego, czuję, że to bardzo boli, boli to, że okazał się NIKIM. Jak zapomnieć? Jak poradzić sobie z tym wszystkim?