Skończyć (zdać testy)to jedno. Asystenci mówili czesto że średnio inteligentny szympans by to potrafił. Umieć wykorzystać to w praktyce +w ogóle umieć się sprzedać to zupełnie coś innego.
O, i tu się nie zgodzę
Srednio inteligentny szympans to nawet matury by nie zdał.
Ja, mimo że zawsze łatwo mi szła nauka, nie uwazam, że dałabym rade na medycynie
Tam trzeba mieć samozaparcie jak jasna ch..ra. I głowę też. Dobra pamięć jest pośrednio wskaźnikiem inteligencji.
Ten, kto jest głośny i gadatliwy, nie zawsze od razu jest inteligentny
Po prostu nie przejmuje się za dużo życiem i jest pewny siebie.
Np. mój chłopak jest 100%towym introwertykiem. I oczywiście uważał się za nudnego, sądził, że nie umie opowiadać ani w ogóle rozmawiać. Ja wiem, że on jest inteligentny (widzę po jakości jego przemyśleń, zdolności oceny sytuacji, rozwiązywania zadań, poczuciu humoru). Ty też. Jesteś inteligentna, ale brak ci umiejętności społecznych. Rozróżnijmy to.
Myślę, że mogę się domyslić, czemu masz problemy z pacjentami. To działa na zasadzie lustra. Może opowiem ci pewna historię. Wiem, że wiedzieć, jak to działa, to jedno, a wykorzystywać w praktyce, to drugie. Jednak zacząć trzeba od teorii
Wiesz, gdybym znała cię w realu, to pewnie poszłabym z tobą pytać ludzi o godzinę, albo zachęcałabym cię do innych ćwiczeń (chyba, że z powyższym nie masz w ogóle problemu?).
Ja, na przykład, jako dziecko miałam dobre umiejętności społeczne, duzo kolezanek (nawet ptorafiłam się starać o zdobycie względów jednej mimo ''odrzucania'', bo się nim nie przejmowałam), jedną przyjaciółkę. Wielu ludzi mnie lubiło. (A jestem w dużej mierze introwertyczką). Potem moja przyjaciółka odwróciła się ode mnie, i to był taki ''cios'', że od jakichś 10 lat mam przez to ogromny problem w zbliżaniu sie do ludzi. Potrafię swobodnie porozmawiać z kimś obcym, ale kiedy pojawia się zagrożenie, że pozna mnie lepiej, zaczynam sie bać, stresować i uciekam. Im bardziej się boję -zauważyłam - tym bardziej prowokuję kolejne ''odrzucenia'' - ludzie nie chcą się ze mną zadawać i tak dalej. Czasem te sytuacje wyglądają wręcz jak reżyserowane. Na przykład: dziewczyna nie zna dobrze ani mnie, ani tej drugiej, ale mimo to wolała być z grupie z ta drugą, a mnie wyraźnie olewała i ignorowała. Do tamtej nie wydawała sie mieć żadnych uprzedzeń. Albo inna - tez mnie nie znała, a wyraźnie od razu nie lubiła. Wiele takich sytuacji. Miałam wrażenie, że ludzie mnie unikają i nie chcą ze mną rozmawiac, nie lubią ze mną przebywać. Zastanawiałam się, co jest ze mną w koncu nie tak.
Jednocześnie jednak mam tez wiele przeciwnych doświadczeń. Dzieki temu byłam/jestem doskonale świadoma, że wszystko psuję swoim strachem (przed odrzuceniem, ośmieszeniem i ryzykiem). Zauważam, że ludzie podchodzą do mnie tak, jak ja do nich. Kiedy zaczynam sie otwierać (czyli przestaję wstydzić tego jaka jestem, co robię, zaczynam udzielac więcej informacji o sobie, swoich odczuciach, przemysleniach, inicjuję rozmowę) to ludzie odpowiadają tym samym. Kiedy przestaję się ich w myslach ''bać" i rysować czarne scenariusze, zachowują sie inaczej.
Jako dziecko nie miałam takich problemów. Potem jednak pojawiło się pierwsze zranienie, i.. puf. Lęki, obawy.
Obecnie staram się z moją blokadą walczyć poprzez niemyślenie o strachu (o niczym w zasadzie, bedę próbowac z medytacją na natrętne myśli) i wywoływanie u siebie dobrego humoru. (W jaki sposób? Dziękowanie za różne rzeczy, myślenie o czyms śmiesznym, relaks, medytacja). Kiedy mam dobry humor, dobrze się czuję, a wszystko zaczyna iść ZUPEŁNIE inaczej. Znowu - jak magiczna różdżka. Zauważyłam, że ludzie lubią czuć, że TY ich lubisz.
Rozwijałam swoją wypowiedź w nawiasach, bo wiem, że takie ogólne okreslenia nic nie mówią, chcę pokazać, o jakie zachowania chodzi w praktyce. Mam nadzieję, że cos ci to podpowie czy pomoże. Po to w koncu to opisuję.