Od zawsze podejrzewałam, że coś jest ze mną nie tak. Już jako dziecko nie umiałam nawiązywać kontaktów. Właściwie jedyne srodowisko w którym się jakoś odnalazłam to była podstawówka. Ale tylkomoja klasa. Dzieci z ulicy nie chciały się ze mną bawić. Ani też nie nawiązywałam za bardzo kontaktów za rówieśnikami w rodzinie. Nigdy nie wiedziałam co powiedzieć. A jak już powiedziałam,to nie wiadomo było czy śmiać się czy płakać. Jak miałam 10lat to myślałam że z tego się wyrasta. Ale się nie wyrasta. Teraz mam prawie 40 i ciągle mam tak samo...
W szkole szło mi dobrze ale byłam za bardzo skoncentrowana na swoich piątkach (nie że zadzierałam nosa czy nie pomagałam innym ale mazgaiłam się jakmi coś nie poszło i zawsze bałam się żeby nic nie zbroić no bo wzorowe zachowanie)co mi przyjaciół nie przysparzało. W liceum było strasznie. Stałam się szybko kujonem i outsiderem. Na studiach też.
A w życiu dorosłym? Jestem brzydka. Mała, gruba, duży biust, krzywe nogi. Tzn obiektywnie może nie jestem strasznie opasła, jestem po prostu niezgrabna - krótkie, krzywe nózki i grube uda zabiją efekt jakichkolwiek diet. Gdyby nie osiągnięcia współczesnej stomatologii to byłam już bezzębna. Dzięki nowoczesnym wypełnieniom jakoś to wygląda ale daleko mi do lśniącego białego uśmiechu. Włosy? Cienkie, puszące się. Wiecie,co to puszące się włosy? Takie matowe ni to sprężynki ni to nie wiem co. Fryzjerzy potrafią coś z tym zrobić ale przecież nie będę chodzić z każdym myciem do fryzjera. Bo nawet na fryzjera nie zarobię. A ja nie potrafię. Jak to klasyczne beztalenie. Uśmiech mam szkaradny, 'koleżanki' w liceum przezywały mnie marszczynos. I miały rację.
Nie mam zadnych zdolności. Jestem beznadziejna w sportach. Dopiero ostanio nauczyłam się pływać. Nie potrafię przebić piłki przez siatkę w siatkówce. O koszykówce nawet nie wspomne z 160 cm wzrostu. Wiekimi zajęło zdanie na prawo jazdy i wciąż marnie sobie radzę, szczególnie na nieznanym terenie.
Nie potrafię się ładnie ubrać. Nie potrafię wybrać i dobrać gustownie ubrań. Jak już spróbuję to żal patrzeć.
Najgorsze są kontakty międzyludzkie. Jestem miła dla ludzi i nie zrzędzę tak jak tutaj, ale mimo to odbierają mnie negatywnie. Nie potrafię poradzić sobie w sytuacji konfliktowej. Zawsze chowam się do mysiej dziury i wołam kogoś starszego, niezależnie kto ma rację. Wiecie, są tacy ludzie z którymi jak się porozmawia to od razy człowiek czuje się lepiej, nawet jak nie mają żadnego rozwiązania dla twoich problemów. Zawsze potrafią ojakieś ładnego, stosowane zdanie. Zawsze potrafią znaleźć się w nowej sytuacji. Ja- całkiem przeciwnie. W nowej czy trudnej sytuacji na 99% strzelę jakieś fau pais. Na imprezach stoję gdzieś w kątku i do nikogo się nie odzywam. No bo nigdy nie wiem co powiedzieć. Oczywiście żew ten sposób nie nawiązuję żadnych znajomości i nie mam żadnych przyjaciół. Ciągle siedzę sama i przegądam internet. Albo ogladam filmy na youtubie.
Jak mam z czymś takim żyć? I po co w ogóle żyć? Nie chcę takiego zycia. Nie prosiłam o nie i nie zgadzam się na taką siebie. I obawiam się, że tego nie da się zmienić. Tak jak nie da się nauczyć śpiewać osoby, która kompletnie nie mam słuchu. Jak mam znaleźć pracę? W kryzysie każdy wybiera sobie najlepszych. Ja co najwyżej mogę wklepywać jakieś dane do komputera czy jeździć na szmacie. I nawet jak dostanę taką pracę,to ledwo starczy na skromniutkie przeżycie. A tu 30 lat do emerytury. Trochę smętnie jak się zainwestowało 25 lat w naukę...
Marzę, żeby mieć raka i umrzeć. Albo umrzeć z jakiegokolwiek innego powodu, ale wreszcie umrzeć.
Podobne tematy
W tym wypadku odpowiednie wydaje mi się przytoczenie jednej z mądrych myśli Aureliusza:
"Boże, daj mi pogodę ducha, abym
godził się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniał to, co zmienić
mogę, i mądrość, abym zawsze potrafił
odróżnić jedno od drugiego. "
Jeśli Pani nie może poprawić swojego wizerunku, myślę, że powinna się Pani po prostu z tym pogodzić. Nie ma sensu ciągle skupiać się na swoich wadach, choćby wydawałyby się przeważające, każdy ma jakieś mocne strony i powinna Pani odszukać swoją. Napisała Pani, że w szkole skupiała się Pani na dostawaniu piątek, więc musi mieć Pani potencjał w nauce i radziłabym skupić się na czymś z tym związanym. Myślę, że jeśli znajdzie Pani jakąś pasję, coś ciekawego do robienia w życiu, to będzie miała Pani dzięki temu więcej siły i pogody ducha i Pani życie stanie się lepsze.
W żadnym wypadku nie powinna Pani myśleć tak negatywnie. Musi się Pani przymusić do pozytywnego myślenia i nie przejmowania się swoimi błędami czy niedoskonałościami. Jeśli ma Pani z tym problemy, mogłaby Pani skonsultować się z psychologiem, bo widać po Pani oznaki depresji a z nią nie ma żartów. Nasze szczęście zależy tylko od tego, czy potrafimy docenić to, co mamy, nie od tego, ile mamy w porównaniu z innymi.
Życzę Pani wszystkiego najlepszego i żeby Pani się tak nie dołowała ![]()
Napisała Pani, że w szkole skupiała się Pani na dostawaniu piątek, więc musi mieć Pani potencjał w nauce i radziłabym skupić się na czymś z tym związanym.
To nie takie proste... W tym, czego się nauczyłam, nie sprawdzam się, własnie z uwagi na charakter a zaczynać od nowa? iść na studia?musiałabym chyba powtórzyć liceum bo już nie za wiele pamiętam... a potem szukać pracy jako początkujący ktoś tam, bedąc pod 50tkę???
enkeli napisał/a:Napisała Pani, że w szkole skupiała się Pani na dostawaniu piątek, więc musi mieć Pani potencjał w nauce i radziłabym skupić się na czymś z tym związanym.
To nie takie proste... W tym, czego się nauczyłam, nie sprawdzam się, własnie z uwagi na charakter a zaczynać od nowa? iść na studia?musiałabym chyba powtórzyć liceum bo już nie za wiele pamiętam... a potem szukać pracy jako początkujący ktoś tam, bedąc pod 50tkę???
Nie wiem, czym się Pani interesuje, ale jest wiele możliwości przekwalifikowania się. W niektórych dziedzinach wystarczy kurs doszkalający, w innych technikum, studia, które różnie trwają. Zależy jaka praca byłaby dla Pani wygodna. U mnie na filologii angielskiej na uniwersytecie zauważyłam jedną panią po 40-stce, więc myślę że dla Pani też nie jest za późno na naukę
Poza tym niektórzy pracodawcy pewnie woleliby dojżałą kobietę bez doświadczenia niż bardzo młodą bez doświadczenia, bo mniejsza jest szansa, że zaszłaby w ciążę i posżła na urlop. Potrzeba przede wszystkim dużo chęci i motywacji ![]()
Marzę, żeby mieć raka i umrzeć. Albo umrzeć z jakiegokolwiek innego powodu, ale wreszcie umrzeć.
Gdybyś naprawdę chciała umrzeć, to już byś nie żyła. Masz 39 lat, więc miałaś mnóstwo czasu na obmyślenie jakiegoś bezbolesnego, miłego samobójstwa.
A z tym rakiem to przegięłaś, moja droga. Rusz dupsko do najbliższego szpitala, popatrz na niewyobrażalne cierpienie chorych i ich rodzin, a potem walnij się mocno w pustą główkę. Takie teksty ujdą u emo-nastolatki, ale u dojrzałej, czterdziestoletniej kobiety są po prostu żenujące.
Doprawdy, nie ma żadnego obowiązku bycia ładnym. Można siebie kochać za milion innych rzeczy. Można cieszyć się życiem z miliona, innych niż uroda, powodów. Więc może trochę mniej próżności i egocentryzmu, a więcej pokory i radości z życia? Żebyś, kiedy naprawdę będziesz umierać, nie płakała gorzkimi łzami, jak zmarnowałaś kilkadziesiąt danych Ci lat.
Potrzebuję pracy w której ekspozycja na ludzi byłaby minimalna. Jakieś wprowadzanie danych do komputera czy coś w tym stylu. Tylko że w Polsce nie ma takich prac albo jest bardzo mało, no i ciężko byłby się z tego utrzymać, zwłaszcza gdybym musiała mieszkać w innym mieście i wynająć pokój. Tu, w anglii, zdarzają się takie oferty ale za Ł1000 na miesiąc to też zycie byłoby biedniutkie, wynajmowanie pokoiku dokońca życia i skromne jedzonko, to może z Ł200 miesięcznie da się odłożyć.
Inne studia? Ja w mojej sytuacji nie potrzebuję 'byle studiów byle mieć mgr' bo to już mam. Ja potrzebuję czegoś unikatowego, czegoś gdzie jest dziura na rynku a przy tym minimalnie interaktywnego. Nic poza studiami technicznymi albo nauką chińskiego nie przychodzi mi do głowy. A to już duże i kosztowne przedsięwzięcie.
Pozostaje jeszcze inna specjalizacja w tym co już robię. Do tego musiałabym zdać LEP czyli przekrojowy egzamin z całej medycyny, dostać etat bo rezydenturę można dostać tylko raz w życiu (gdyby to było w jakimś innym rejonie to znowu,wynajmowanie sprowadziłoby mnie na poziom wegetacji),no a potem morderczy egzamin specjalizacyjny. Po ostatnim jakoś mnie odrzuca.To już wolę zostać jakimś data entry clerk.
brzydulla napisał/a:Marzę, żeby mieć raka i umrzeć. Albo umrzeć z jakiegokolwiek innego powodu, ale wreszcie umrzeć.
Gdybyś naprawdę chciała umrzeć, to już byś nie żyła. Masz 39 lat, więc miałaś mnóstwo czasu na obmyślenie jakiegoś bezbolesnego, miłego samobójstwa.
Mam parę pomysłów (tabletki nasenne, anoreksja,wypadek w górach) ale przeszkadza mi katolickie wychowanie. Nie jestem głęboko wierzącą katoliczką ale nie pozbyłam się wątpliwości dokońca. A co, jesli?
A z tym rakiem to przegięłaś, moja droga. Rusz dupsko do najbliższego szpitala, popatrz na niewyobrażalne cierpienie chorych i ich rodzin, a potem walnij się mocno w pustą główkę. Takie teksty ujdą u emo-nastolatki, ale u dojrzałej, czterdziestoletniej kobiety są po prostu żenujące.
Każdy ma własną definicję cierpienia.
W szpitalu akurat pracuję. Współczuję wszystkim chorym i rozumiem, że chcą żyć. Ja nie chcę.
Gdybym była chora to bym po prostu odmówiła leczenia. Nie chcę żyć bo nic mi nie wychodzi. Przeraża mnie życie. Jestem gorsza,nie umiem rozmawiać z ludźmi, bardzo często czują się źle po rozmowie ze mną. Nie chcę tego,nie chcę nikogo krzywdzić,chcę się usunąć wszystkim z drogi - ale dokąd? Rachunki wciąż będą przychodziły, z czego je zapłacę jak rzucę pracę? Mam trochę oszczędności ale do końca życia nie starczy,mogęprzecież pożyć z 40 lat.
Skąd pomysł, że krzywdzisz ludzi i czują się źle?
Doprawdy, nie ma żadnego obowiązku bycia ładnym. Można siebie kochać za milion innych rzeczy. Można cieszyć się życiem z miliona, innych niż uroda, powodów. Więc może trochę mniej próżności i egocentryzmu, a więcej pokory i radości z życia? Żebyś, kiedy naprawdę będziesz umierać, nie płakała gorzkimi łzami, jak zmarnowałaś kilkadziesiąt danych Ci lat.
Nie,nie ma obowiązku bycia ładnym. Można być np interesującym, zabawnym,dowcipnym... ja nie mam nic z tego
Próżności??? To nie próżność,to rozpacz. Ja przez to (nie przez urodę ale przez brak zdolności interpersonalnych) nie mogę znaleźć pracy. Wybieram stanowiska które są (albo wydają się być)minimalnie interaktywne a oni przepuszczają mnie przez magiel pytań jak na managera - opowiedz o sytuacji,kiedy twój udział w grupie przyczynił się do osiągniecia sukcesu, opowiedz, jak twoje zdolności przywódcze przyczyniły się do sukcesu grupy, opowiedz o swoich sukcesach jako mentora.... Nie mam żadnych! Ja po prostu jestem szarą myszą która może wykonywać swoją pracę w ciemnym pokoiku nie wadząc nikomu - tylko że teraz już nikt takich nie potrzebuje.
Jak i za co mam przetrwać do emerytury, nie wyrządzając nikomu krzywdy swoją osobą?
Zupełnie mnie to nie rusza że np nigdy w życiu zaden facet nawet nie próbował się ze mną umówić czy że nie mam tu zadnych przyjaciół i przez 365 siedzę w domu sama...
Skąd pomysł, że krzywdzisz ludzi i czują się źle?
bo tak mówią... skarżą się na mnie do przełożonego, i to własnie mówią
nie wszyscy ale wystarczająco dużo zeby dało do myślenia
Nie umiesz rozmawiać z ludźmi?
To się naucz. Pierwszym krokiem na tej drodze jest zwrócenie swego wzroku na innych i zaprzestanie patrzenia i oceniania siebie oraz porównywania siebie z innymi.
Gdybyś naprawdę zobaczyła inne osoby, to stwierdziłabyś jeden fakt: wokół Ciebie jest sporo osób z podobnymi problemami do Twoich. Że sporo jest osób, które mają podobne obawy, które boją się bycia odrzuconym.
Nie znam nikogo, kto nie przeżywałby strachu, nie miał żadnych obaw. Są jednak dwie drogi postępowania. Jedna - polega na działaniu MIMO strachu, MIMO lęku, MIMO obaw. Te osoby biorą swój strach pod rękę i idą do przodu. Druga - polega na uleganiu lękom i obawom, na ich powiększaniu, na unikaniu.
Z Twych postów wynika, że wybrałaś drugą drogę, że unikasz. Ale dzięki tej metodzie Twój strach rośnie, rośnie też poczucie zagrożenia, wyobcowania, odrzucenia.
Możesz zawrócić z tej drogi. Możesz wybrać tę drugą. Doskonale wiem, że jest to możliwe.
Przeczytaj, proszę, ze zrozumieniem zdania z mej sygnatury. Wielu osobom pomogły one w podjęciu decyzji.
Oj, jest mnóstwo zawodów, które pozwalają pracować z dala od ludzi, w zaciszu domowym, o wybranej porze dnia, itd. A Ty, z tego, co piszesz, problemów z nauką nie masz. Do emerytury jeszcze jakieś 30 lat, więc może warto coś zmienić, zamiast myśleć o samobójstwie?
Naprawdę nie ma nic, co lubisz robić? Podróże? Dobre książki? Opera, kino, teatr, czy choćby jakiś film oglądany na laptopie, z kieliszkiem dobrego wina? Nic a nic?
Nie jesteś zabawna i dowcipna? A ja widzę u Ciebie całkiem fajny, sarkastyczno-ironiczny humorek, który uwielbiam ![]()
Nie umiesz rozmawiać z ludźmi?
To się naucz.
Mówisz jak moja mama. Nie jesteś? To bądź.
To nie jest takie proste.
Próbowałam, przez prawie 40lat nie chciałam zaakceptować faktu ze tak musi być, ale jedyne czym to się skończyło to potwierdzenie moich przypuszczeń.
Są nauczyciele dobrzy, i tacy, którzy zanudzą na śmierć. Starają się, ale i tak nudzą.
Są prezenterzy tacy,którzy potrafią fascynująco opowiadać o wystawianiu zwolnienia lekarskiego przez godzinę, i tacy, którzy położą najciekawszy temat.
Nie zrobisz artysty operowego z kogoś, kto nie ma za grosz słuchu.
Mój problem polega na tym, że jak coś odbiega od schematu czy wyuczonej formułki to mam pustkę w głowie.
Oj, jest mnóstwo zawodów, które pozwalają pracować z dala od ludzi, w zaciszu domowym, o wybranej porze dnia, itd.
np?
16 2012-12-02 21:35:11 Ostatnio edytowany przez brzydulla (2012-12-02 21:37:20)
Naprawdę nie ma nic, co lubisz robić? Podróże? Dobre książki? Opera, kino, teatr, czy choćby jakiś film oglądany na laptopie, z kieliszkiem dobrego wina? Nic a nic?
Lubię, a właściwie lubiłam podróże i ksiązki. Ale w tym roku musiałam się zmusić, żeby coś sobie zabukować i wciąż nie wiem jak ja tam sobie poradzę gdybynie fakt że wydałam mnóstwo kasy to bym odwołała.
Z książkami podobnie - muszę się zmuszać, żeby sie skoncentrować.
No ale to raczej wydatek a nie dochód a przecież muszę z czegoś zyć
Nie jesteś zabawna i dowcipna? A ja widzę u Ciebie całkiem fajny, sarkastyczno-ironiczny humorek, który uwielbiam
raczej potrafię tylko narzekać, jak nie narzekam to nie mówię nic (pustka w głowie)
BabaOsiadła napisał/a:Oj, jest mnóstwo zawodów, które pozwalają pracować z dala od ludzi, w zaciszu domowym, o wybranej porze dnia, itd.
np?
Tłumacz pisemny, projektant stron www, grafik komputerowy, transkrypcjonista medyczny - z rankingu tych najlepiej płatnych.
Wielokropek napisał/a:Nie umiesz rozmawiać z ludźmi?
To się naucz.Mówisz jak moja mama. Nie jesteś? To bądź.
To nie jest takie proste.
Próbowałam, przez prawie 40lat nie chciałam zaakceptować faktu ze tak musi być, ale jedyne czym to się skończyło to potwierdzenie moich przypuszczeń.
Są nauczyciele dobrzy, i tacy, którzy zanudzą na śmierć. Starają się, ale i tak nudzą.
Są prezenterzy tacy,którzy potrafią fascynująco opowiadać o wystawianiu zwolnienia lekarskiego przez godzinę, i tacy, którzy położą najciekawszy temat.Nie zrobisz artysty operowego z kogoś, kto nie ma za grosz słuchu.
Mój problem polega na tym, że jak coś odbiega od schematu czy wyuczonej formułki to mam pustkę w głowie.
Nie, nie jestem Twoją mamą (ukłony dla niej).
Mówię tak, bo znam drogę, którą Ci zaproponowałam - przeszłam ją jakiś czas temu. I doskonale znam wszystkie wykręty, wszystkie argumenty stosowane na usprawiedliwienie trwania w takim stanie, w którym jesteś. ![]()
Pewnie, że to wydatek, ale zawsze przyjemniej się rano wstaje, gdy w perspektywie ma się przyjemny wieczór z książką, czy jakąś weekendową wycieczkę.
A jeśli nie podobają Ci się rady Wielokropka, żebyś się zmieniła, to jest jeszcze inna droga - zmień świat tak, żeby pasował do Ciebie. Nie chcesz (jeśli naprawdę nie chcesz!) rozmów z ludźmi, to nie rozmawiaj. Nie chcesz z nimi pracować - znajdź pracę w domu. I tak dalej.
Tłumacz pisemny, projektant stron www, grafik komputerowy, transkrypcjonista medyczny - z rankingu tych najlepiej płatnych.
Grafik i projektant odpada bo do tego potrzebny jest zmysł artystyczny a ten mam mniej rozwinięty od komara... trankrypcjonista medyczny brzmi nieźle ale chyba poza USA nie istnieje, w Polsce na pewno nie, nie wiem czy w UK...może tłumacz rzeczywiście,mogłabym tu jakąś szkołę zrobić i tłumaczyć teksty medyczne...kiedyś próbowałam dostać taką pracę ale chcieli jakieś certyfikaty i poprzednie prace więc poległam...
Nie, nie jestem Twoją mamą (ukłony dla niej).
Mówię tak, bo znam drogę, którą Ci zaproponowałam - przeszłam ją jakiś czas temu. I doskonale znam wszystkie wykręty, wszystkie argumenty stosowane na usprawiedliwienie trwania w takim stanie, w którym jesteś.
Jak ciągle próbujesz i padasz to w końcu zabraknie Ci sił...
To przestań próbować. ![]()
Próbowanie nic, oprócz dalszego utwierdzania się w "nicniemożeniu", nie daje. Skuteczną jest zmiana sposobu myślenia i działanie.
Przeczytaj uważnie zdania z mej sygnatury. ![]()
Póki co, trwasz uparcie przy drugim zdaniu.
BabaOsiadła napisał/a:Tłumacz pisemny, projektant stron www, grafik komputerowy, transkrypcjonista medyczny - z rankingu tych najlepiej płatnych.
Grafik i projektant odpada bo do tego potrzebny jest zmysł artystyczny a ten mam mniej rozwinięty od komara... trankrypcjonista medyczny brzmi nieźle ale chyba poza USA nie istnieje, w Polsce na pewno nie, nie wiem czy w UK...może tłumacz rzeczywiście,mogłabym tu jakąś szkołę zrobić i tłumaczyć teksty medyczne...kiedyś próbowałam dostać taką pracę ale chcieli jakieś certyfikaty i poprzednie prace więc poległam...
To były tylko przykłady, jak się wysilisz, to znajdziesz coś dla siebie. Wystarczy chcieć ![]()
To były tylko przykłady, jak się wysilisz, to znajdziesz coś dla siebie. Wystarczy chcieć
pomysłów mi nie brak, gorzej z realizacją... zdobycie nowych kwalifikacji = pójscie od nowa do szkoły,dziennie nie mogę bo z czegoś trezba żyć, zwłaszcza jak się ma kredyt we frankach (chociaż pewnie sprzedam to mieszkanie bo nie zanosi się żeby mnie było stać nawet w nim mieszkać), a wieczorowych czy zaocznych kursów tu w UK za bardzo nie ma... musiałabym zrezygnować z częsci etatu +moje wydatki by wzrosły o koszty szkoły... no i zważywszy, że już zainwestowałam w uczenie 25 lat i wysiłek,jaki mnie to kosztowało to trochę mam odruch wymiotny muszę przyznać (ostatni egzamin to pół roku totalnej izolacji, niespotykania się z nikim i siedzenia w książkach codziennie!)
Przestan jeczec. Nieprawda, ze w UK kursow brakuje. Sama zrobilam A levels, BA i MA kiedy pracowalam, wiec jakos to mozliwe.
Wydaje mi sie, ze szukasz wymowek.
Mieszkam w Anglii i nie mam tu żadnych przyjaciół-
Nie wiem jak przeżyję resztę życia,nie wiem jak znajdę następną pracę jak mi się skończy kontrakt...
W szpitalu akurat pracuję.
Ja co najwyżej mogę wklepywać jakieś dane do komputera czy jeździć na szmacie.
Potrzebuję pracy w której ekspozycja na ludzi byłaby minimalna.
Rozstrzeliłaś swoje wypowiedzi po kilku wątkach. Twój wygląd nie jest taki zły, sądząc z opisu, skup się lepiej
na pracy, z czegoś trzeba żyć.
Źle ci tam, masz problem z kontaktami interpersonalnymi, to wracaj do kraju. Masz skończoną medycynę a lekarzy
u nas brakuje, dużo ich wyjechało do Anglii (tak jak ty), Szwecji i jeszcze gdzieś tam.
Zatrudnisz się w przychodni jako lekarz pierwszego kontaktu i masz do czynienia - nie z grupą ludzi, tylko z jednym
człowiekiem w gabinecie.
Nawet nie musisz nic mówić, on cały czas gada, opowiada co mu dolega.
Potem przytkniesz mu ze dwa razy do pleców zimną słuchawkę stetoskopu, wypiszesz receptę na jakieś
mało szkodliwe specyfiki(np. aspiryna, raphaholin , xenna) i do widzenia, następny proszę.
Po co tu kombinować jakieś kursy, doszkalanie czy zmianę zawodu w tym wieku.
Albo jazdę na szmacie. Bez sensu.
kobieto nie wiesz co gadasz...ja mam 25 lat i w wieku 23 lat mialam raka - czerniak I stopien, kazdego dnia podczas rekonwalescencji myslalam sobie jak to dobrze ze tak szybko mi to wykryli bo pewnie w tym momencie juz bym nie zyla, piszesz jak jakies dziecko a masz prawie 40 lat, ja tez mam problemy w relacjach miedzyludzkich, tez sie nie odnajduje w towarzystwie i nowej pracy ale w zyciu nie pomyslalabym ze chce umrzec. Takze cala mlodosc poswiecilam na nauke dopiero teraz zaczynam jakos zyc. Nie pisz tak prosze skoro nie wiesz o czym mowisz, z calym szacunkiem...
Policytujemy się? Sama mnie sprowokowałaś.
Od zawsze podejrzewałam, że coś jest ze mną nie tak. Już jako dziecko nie umiałam nawiązywać kontaktów.
Jakbym czytała o sobie.
Właściwie jedyne srodowisko w którym się jakoś odnalazłam to była podstawówka.
A, to miałaś dobrze. Ja i w klasie byłam outsiderem.
Nigdy nie wiedziałam co powiedzieć. A jak już powiedziałam,to nie wiadomo było czy śmiać się czy płakać. Jak miałam 10lat to myślałam że z tego się wyrasta. Ale się nie wyrasta. Teraz mam prawie 40 i ciągle mam tak samo...
Tak miałam. Nie wyrasta się. Popatrz jak w niektórych wątkach mnie atakują - dzielę się przemyśleniami, ale wiele osób nie rozumie i wyśmiewa. W życiu mam tak samo. Przyjęłam zasadę: każdemu tyle ile może unieść. I z większością znanych mi ludzi rozmawiam o pogodzie, swoich poglądów nie głoszę, bo się spotykam z ostracyzmem. Nie rozumiał mnie ex, nie rozumie nawet siostra. Jedyną osobą, która mnie rozumie jest mój Kochany. Zanim go spotkałam byłam przeraźliwie samotna. Nawet przed najbliższymi przyjaciółkami nie mogłam być prawdziwa, więc o prawdziwej bliskości nie było mowy.
W liceum i na studiach byłam obok grupy. Nigdy w grupie. Na ostatnim roku kolega w przypływie szczerości popiwnej oświadczył, że zawsze mnie podziwiał - taka jestem dama, zachowuję dystans. Jaka dama? Nie wiem skąd brał się ten dystans, ale ja go nie chciałam, to pewne! Wyniosła? Osoba o wzroście kurczaka? Pewnie że trzymam się prosto, nie mam wyjścia, jeśli mam mówić do ludzkich twarzy a nie rozporków.
A w życiu dorosłym? Jestem brzydka. Mała, gruba, duży biust, krzywe nogi. Tzn obiektywnie może nie jestem strasznie opasła, jestem po prostu niezgrabna - krótkie, krzywe nózki i grube uda zabiją efekt jakichkolwiek diet.
Ha! Dokładnie takie miałam do siebie zastrzeżenia - że uda za grube a łydki gdyby nie miały tłuszczyku, to by się nie dotykały. A teraz mam jeszcze celulit i rozstępy. I co?
Gdyby nie osiągnięcia współczesnej stomatologii to byłam już bezzębna. Dzięki nowoczesnym wypełnieniom jakoś to wygląda ale daleko mi do lśniącego białego uśmiechu.
Mam mocne zęby, ale były krzywe niemożebnie. Nie są białe. I nie będą, bo nie zaryzykuję wybielania.
Włosy? Cienkie, puszące się. Wiecie,co to puszące się włosy? Takie matowe ni to sprężynki ni to nie wiem co. Fryzjerzy potrafią coś z tym zrobić ale przecież nie będę chodzić z każdym myciem do fryzjera.
Włosy można odżywić od środka (jeść żółtka i ryby) a nadać im połysk i śliskość płucząc w occie z kombuczy z wodą (1:1). A co zrobić, gdy siwieją? I to przed 30. Powiem Ci. Pokochać. Za to, że są.
Bo nawet na fryzjera nie zarobię. A ja nie potrafię. Jak to klasyczne beztalenie.
Inni oczywiście urodzili się ze zdolnością zarabiania pieniędzy.
Uśmiech mam szkaradny, 'koleżanki' w liceum przezywały mnie marszczynos. I miały rację. Nie mam zadnych zdolności.
Studia skończyłaś przypadkiem... Tak po prostu przechodziłaś obok profesora i wpisywał Ci wynik egzaminu...
Jestem beznadziejna w sportach. Dopiero ostanio nauczyłam się pływać. Nie potrafię przebić piłki przez siatkę w siatkówce. O koszykówce nawet nie wspomne z 160 cm wzrostu.
Też nie przebijam piłki. I co z tego? To nie jest obowiązkowe. Pływać się nauczyłam będąc dorosłą. A gdybym miała wyliczyć jakiego jeszcze sportu nie umiem, zabrakłoby miejsca na serwerze.
Wiekimi zajęło zdanie na prawo jazdy i wciąż marnie sobie radzę, szczególnie na nieznanym terenie.
W czasach, gdy prawie wszyscy zdawali za I podejściem, mój instruktor kazał mi wziąć dodatkowe lekcje. Na nowym terenie błądzę. Nowa trasa to każda, której nie przejechałam jakieś 100 razy. Mój talent do błądzenia jest przysłowiowy. Technika jazdy? Po milionie km każdemu by się wyrobiła.
Nie potrafię się ładnie ubrać. Nie potrafię wybrać i dobrać gustownie ubrań. Jak już spróbuję to żal patrzeć.
Też nie umiem. I gdyby nie krawcowa, wyglądałabym jak bezdomna.
Najgorsze są kontakty międzyludzkie. Jestem miła dla ludzi i nie zrzędzę tak jak tutaj, ale mimo to odbierają mnie negatywnie. Nie potrafię poradzić sobie w sytuacji konfliktowej. Zawsze chowam się do mysiej dziury i wołam kogoś starszego, niezależnie kto ma rację. Wiecie, są tacy ludzie z którymi jak się porozmawia to od razy człowiek czuje się lepiej, nawet jak nie mają żadnego rozwiązania dla twoich problemów. Zawsze potrafią ojakieś ładnego, stosowane zdanie. Zawsze potrafią znaleźć się w nowej sytuacji. Ja- całkiem przeciwnie. W nowej czy trudnej sytuacji na 99% strzelę jakieś fau pais. Na imprezach stoję gdzieś w kątku i do nikogo się nie odzywam. No bo nigdy nie wiem co powiedzieć. Oczywiście żew ten sposób nie nawiązuję żadnych znajomości i nie mam żadnych przyjaciół.
Zrezygnowałam z pracy pierwszej i drugiej, i trzeciej, i czwartej. Bo nie znoszę sytuacji konfliktowych. Nie rozumiałam jak można nie rozumieć mojego punktu widzenia - przecież jest oczywiste kto wniósł i kogo należy wynagrodzić. Teraz wiem, że ci, co nie rozumieją, nie chcą rozumieć. Chcą zamknąć oczy i krzyczeć swoje racje, aż ich roszczenia (mniejsza o to czy zasadne) zostaną zaspokojone. Zrozum mnie dobrze - robiłam bardzo wiele, w myśl zasady: przejdź jedną milę więcej. Wkładałam całe serce. I na koniec okazywało się, że trudno się ze mną porozumieć.
Ciągle siedzę sama i przegądam internet. Albo ogladam filmy na youtubie.
I bardzo dobrze. Przez internet można też rozmawiać. Poznawać ludzi.
Jak mam z czymś takim żyć? I po co w ogóle żyć? Nie chcę takiego zycia. Nie prosiłam o nie i nie zgadzam się na taką siebie. I obawiam się, że tego nie da się zmienić. Tak jak nie da się nauczyć śpiewać osoby, która kompletnie nie mam słuchu. Jak mam znaleźć pracę? W kryzysie każdy wybiera sobie najlepszych. Ja co najwyżej mogę wklepywać jakieś dane do komputera czy jeździć na szmacie. I nawet jak dostanę taką pracę,to ledwo starczy na skromniutkie przeżycie. A tu 30 lat do emerytury. Trochę smętnie jak się zainwestowało 25 lat w naukę...
Marzę, żeby mieć raka i umrzeć. Albo umrzeć z jakiegokolwiek innego powodu, ale wreszcie umrzeć.
Jest krótki dzień i wciąż go ubywa. Nastroje depresyjne są zwykłe o tej porze. Zrób sobie oczyszczanie wątroby metodą Huldy Clark (przy okazji uzupełnisz magnez) i bierz tran. No i biosteron.
"Rób to, czego się boisz i rób to tak długo, aż uzbierasz całą serię osiągnięć." - Frank Bettger
Jak poczytałam Twoje marudzenie, to sobie uświadomiłam, że ex pakując nas w długi uratował mi życie. MUSIAŁAM iść do pracy. Jako nauczycielka nigdy bym nie spłaciła długów, MUSIAŁAM poszukać czegoś konkretnego. MUSIAŁAM się nauczyć sprzedaży. A że chciałam żyć w zgodzie z sobą MUSIAŁAM bronić własnego zdania, co sprawiło, że MUSIAŁAM odejść z firm, w których pracowałam, uciec od hipokrytów, chamów, leni. Dokąd? MUSIAŁAM stworzyć sobie miejsce pracy, bo bym się wykończyła harując dla innych, którzy nie doceniali mojego wkładu latami, MUSIAŁAM żyć, żeby moje dzieci nie były sierotami itd. A potem, gdy już nauczyłam się tego i owego zrozumiałam, że poradzę sobie bez fałszywych przyjaciół i przymusowych spotkań rodzinnych. Pojęłam co mi daje siłę, a co ją odbiera. Zaczęłam żyć.
Ty jesteś sama, więc nic nie musisz. Masz czas, żeby się rozczulać nad sobą. I robisz to. Po co? Czy nie prościej energię zużywaną na wyszukiwanie swoich wad i tłumaczeń, dlaczego nie może się udać, przeznaczyć na doskonalenie siebie a przede wszystkim na nauczenie się kochania siebie? Nie wiesz. Więc zacznij. Nie próbuj.
Doceń, że urodziłaś się na Zachodzie, biała, a nie czarna w Afryce, w Etiopii na przykład. Doceń, że masz nogi i ręce. Doceń, że jesteś zdrowa. Doceń, że widzisz i słyszysz. Doceń co masz i poczuj wdzięczność.
Określ czego potrzebujesz, gdzie chcesz być i wejdź na drogę prowadzącą do celu. Stamtąd nam pomachaj.
Polecam "Potęgę podświadomości", "Sekret", "Możesz uzdrowić swoje życie".
Pozdrawiam.
Madre slowa!
W koncu studia masz, dyplom dostalas, nauczylas sie plywac, zdalas prawo jazdy. Ciesz sie! Jestes utalentowana dziewczyna ![]()
Co do wygladu, Kochana- sama jestem niska, talii nie mam, biust maly, szerokie ramiona, wlosy blond i jak piora. No i dziwy nad dziwami, nigdy nie bylo problem z facetami. Bycie outsiderem- zawsze. Dopiero w wieku 30 lat poczulam sie dobrze w otoczeniu, bo mi po prostu przestalo zalezec na tym czy kazda Agata, Wania czy Jacek mnie lubia.
Wiecej wiary w siebie, wiecej usmiechu, a mniej narzekania.
Zatrudnisz się w przychodni jako lekarz pierwszego kontaktu i masz do czynienia - nie z grupą ludzi, tylko z jednym
człowiekiem w gabinecie.
Nawet nie musisz nic mówić, on cały czas gada, opowiada co mu dolega.
Potem przytkniesz mu ze dwa razy do pleców zimną słuchawkę stetoskopu, wypiszesz receptę na jakieś
mało szkodliwe specyfiki(np. aspiryna, raphaholin , xenna) i do widzenia, następny proszę.
Po co tu kombinować jakieś kursy, doszkalanie czy zmianę zawodu w tym wieku.
Albo jazdę na szmacie. Bez sensu.
No to życzę Ci zeby Cię Twój lekarz 1 kontaktu potraktował tak jak opisałaś.
Policytujemy się? Sama mnie sprowokowałaś.
Odpowiem za 1 zamachem i bez cytatów bo bedzie nieczytelne.
1. apropo bycia outsiderem - niech Ci będzie, punkt dla Ciebie. Chociaż niewykluczone, że tolerowali mnie tylko dlatego, że pisałam za pół klasy klasówki z matmy.
2. nie wiedziałam co powiedzieć: 1:1
3. też nie byłam w zadnej grupie w liceumi na studiach 1:1
4. też mam celulit i rozstępy 1:1
5. mocne zęby, nawet krzywe i żółte to o niebo lepiej, krzywe można wyprostować punkt dla mnie
6. ryby uwielbiam i jem mnóstwo, nie działa; siwa też jestem, w dodatku mój naturalny kolor to mysi, muszę się więc farbować bo inaczej jakiś kot na ulicy mógłby na mnie zapolować. Punkt dla mnie.
7. studia skończyłam bo kułam. Zdolność nie polega na umiejętności kucia ale na umiejętności praktycznego wykorzystania wiedzy. Konkurencja niepunktowana.
8.1:1 w konkurencji sportowa ciapa
9. jazda samochodem 1:1, mam dokładnie tak samo
10.unikam konfliktów i w ogóle nie wyrażam swojego zdania; mimo to jestem często obiektem agresji czy chociaż niechęci ponieważ robię to co mi kazano czy jestem tam gdzie jestem (a oni by woleli żeby to był ktoś inny). Punkt dla mnie.
Marudzę, bo jestem przerażona. Boję się że nie znajdę pracy i nie będę miała za co żyć. Słyszałaś o 'competence based interview'? Taki wynalazek. Każą Ci opowiedzieć, jak rozwiązałaś sytuację konfliktową, jak wykazałaś się zdolnościami przywódczymi, albo jak przekonałaśinnych do swojego zdania itp. Kótko mówiąc wszystkoto czego ja nie potrafię. Bo w sytuacji konfliktowej czyli jak mnie ktoś opieprza,niezależnie, słusznie czy nie, mam po prostu ochotę się rozpłakać. Moje osięgniecie w rozwiązywaniu konfliktów to powstrzymać łzy, grzecznie przeprosić i poprosić kogoś starszego żeby się zajął sprawą.
Wcale nie chcę siebie lubić. Nie taką, jaka jestem.
Czy się użalam? Można to i tak nazwać. Ja nazywam to mówieniem sobie prawdy w oczy. Wolę już tak, niż usiąść wieczorem na kanapie i stwierdzić: ten był niemiły ale to idiota, ten mnie opieprzył ale to palant,w ogóle cały świat jest zły tylko ja jestem fajna bo to JA!
Apropo, chyba wygrałam w licytacji kto jest gorszy.
Dziękuję za życzenia, rozbawiłaś mnie teraz ![]()
Właśnie tak mnie lekarze przez całe życie traktowali
![]()
Do tego jeszcze, cały czas patrzą na dół, na biurko.
Najpierw pisze coś w karcie, potem recepty,
a ja gadam i się rozglądam po gabinecie.
Zapewniam, że wygrałabym tę licytację, drogie Panie ![]()
Brzydullo, krótka piłka: jeśli nie chcesz czegoś w sobie polubić, to pracuj, by to zmienić. Rozumiem, że każdy może mieć gorsze dni, chce się wyżalić i pomarudzić, ale myśli samobójcze z tak błahych powodów to gruba przesada.
No i o to mi chodzi - jak tylko na to ma mnie być stać, to wolę być operatorem mopa, ale za to dobrym...
Pytanie - na co mnie właściwie stać i co mogę robić dobrze? Bo z byciem lekarzem chyba przesadziłam.
Brzydullo, krótka piłka: jeśli nie chcesz czegoś w sobie polubić, to pracuj, by to zmienić. Rozumiem, że każdy może mieć gorsze dni, chce się wyżalić i pomarudzić, ale myśli samobójcze z tak błahych powodów to gruba przesada.
Nie mam myśli samobójczych z powodu wypadających zębów (są w końcu implanty) czy grubych nóg - nie mam faceta więc nikt poza mną ich nie musi oglądać.
Co mnie ostatnio rozwaliło to to że moje ograniczenia w komunikacji spowodują, że nie będę miała za co zyć...
Zmienić? No starałam się. Od 20 pracuję. I nic. Byłam na szkoleniu dt robienia prezentacji, wiem że jasna czcionka na ciemnym tle wygląda lepiej i że nie należy czytać slajdów. No ale jak nie czytam to dukam, uzywam bardzo dużo 'yyy' nie potrafię ładnie klecić zdań na poczekaniu. Pisanie ok, mówienie - ni cholery. Wo dodatku swietnie zdaję sobie z tego sprawę i strasznie się denerwuję, co nie ułatwia zadania.
Chciałam nawet zainwestowaćw psychoterapeutę ale to drogo i nie jestem pewna efektu. Boję się, że to jak z nauką śpiewu czy rysunku- jak nie masz talentu to najlepsza szkoła nie zrobi z ciebie artysty, nawet mizernego.
Własna terapia jest dobrym pomysłem. ![]()
Jednak, by przyniosła efekty, potrzebna jest praca danej osoby nad sobą. Samo przychodzenie na spotkania nic nie da, przyniesie tylko rozczarowanie i kolejne potwierdzenie, że "nic nie da się zrobić w mojej sytuacji". Ale... może właśnie o to chodzi. ![]()
Jeśli zaś chciałabyś poczytać mądre, przydatne książki, daj znać, napiszę tytuły. ![]()
38 2012-12-03 22:49:42 Ostatnio edytowany przez klarek (2012-12-03 22:51:52)
Wiesz co ? Jak jesteś nieudaczniczką, to lepiej nie kombinuj ze śmiercią, czy chorobą. Bo na 100% nie uda ci się i jeszcze kaleką zostaniesz.
A co do psychologi, to bodaj na NFZ można bezpłatnie się zapisać i do tego bez skierowania od lekarza z rejonu.
Własna terapia jest dobrym pomysłem.
Jednak, by przyniosła efekty, potrzebna jest praca danej osoby nad sobą. Samo przychodzenie na spotkania nic nie da, przyniesie tylko rozczarowanie i kolejne potwierdzenie, że "nic nie da się zrobić w mojej sytuacji". Ale... może właśnie o to chodzi.Jeśli zaś chciałabyś poczytać mądre, przydatne książki, daj znać, napiszę tytuły.
napisz, chętnie poczytam...
jeśli chodzi o psychoterapię- mieszkałam do niedawna z psycholożką, młodziutką ale psycholożką, zapytałam ją kiedyś, czysto teoretycznie czy psychoterapia może zmienić osobowość, powiedziała że nie, że może zmienić tylko nastawienie
nie chcę zmieniać nastawienia, cieszę się że jestem świadoma swoich wad,wiem że może trochę wyolbrzymiam i nadinterpretuję, ale dużo w tym prawdy i niestety problem rodzinny, moja mama była identyczna z tą tylko różnicą że ona postanowiła zainwestować w życie przyszłe, i uważa że życie na ziemi to tylko chwila i nieważne jacy jesteśmy mamy tylko się modlić i przestrzegać przykazań
o tyle jej było łatwiej że jej życie zawodowe przypadło jeszcze w czasach komuny gdzie mrówki w biurze siedziały i podliczały słupki, a w przerwach kawkowały i rozwiązywały krzyżówki
Wiesz co ? Jak jesteś nieudaczniczką, to lepiej nie kombinuj ze śmiercią, czy chorobą. Bo na 100% nie uda ci się i jeszcze kaleką zostaniesz.
A co do psychologi, to bodaj na NFZ można bezpłatnie się zapisać i do tego bez skierowania od lekarza z rejonu.
Nie wiem czy kiedykolwiek się zdobędę żeby coś sobie zrobić ale jak samo się zrobi i zachoruję to odmówię leczenia
Mieszkam w UK, mam wrażenie że tutaj po prostu dają receptę na tabletki
Marudzę, bo jestem przerażona. Boję się że nie znajdę pracy i nie będę miała za co żyć.
Znałaś kogoś, kto umarł z głodu? Bo ja nie. A znam masę osób. Niektórzy popełniają błąd za błędem, nie wyciągają wniosków, a i tak żyją, ha, czasem lepiej ode mnie, choć ja się już tyle nauczyłam (na błędach oczywiście).
Słyszałaś o 'competence based interview'? Taki wynalazek. Każą Ci opowiedzieć, jak rozwiązałaś sytuację konfliktową, jak wykazałaś się zdolnościami przywódczymi, albo jak przekonałaśinnych do swojego zdania itp. Kótko mówiąc wszystkoto czego ja nie potrafię. Bo w sytuacji konfliktowej czyli jak mnie ktoś opieprza,niezależnie, słusznie czy nie, mam po prostu ochotę się rozpłakać. Moje osięgniecie w rozwiązywaniu konfliktów to powstrzymać łzy, grzecznie przeprosić i poprosić kogoś starszego żeby się zajął sprawą.
No cóż... Trening czyni mistrza. Jesteś mistrzynią wycofywania się. Skąd ja to znam...
Mój brat był pupilkiem mamy, siostra ulubienicą babci. Ja byłam niczyja, bo ojciec - jak na złość - nie faworyzował nikogo. Nie miałam szans. Zawsze czułam się głupsza i gorsza. A już mówić wprost o uczuciach? O tym, że boli? Nigdy. Najważniejsze to udawać, że wszystko gra, bo jak coś wywloką, to zrobią wiwisekcję i na koniec podsumują. W szkole, w domu - podobnie. Na pochyłe drzewo... I ten wiatr w oczy.
Jak się upomnieć o siebie, gdy patrzą w oczy i mówią, że nie, nie masz racji, nieważne co czujesz, najwyraźniej źle czujesz, nie powinnaś tak się czuć, bo nie ma powodu... W pracy dokładnie to samo. Albo udają idiotów, albo są idiotami - na jedno wychodzi, porozumienia nijakiego z nimi nie będzie.
Opowiadali, że świat jest fair, że wszyscy kochają grzeczne dziewczynki, że zawsze w porę przychodzi dobra wróżka. Jaka wróżka? Jakie zauważanie? Jaka sprawiedliwość? Ani widu ani słychu.
No więc świat nie jest fair, jak dajesz, nie ma doceniania ani wdzięczności, głupcy wierzą w cudze obietnice, zamiast w moje działania. Najbliższy przyjaciel wbija nóż w plecy. Trzeba to przyznać, jak trzeba popłakać nad tym i rozstać się ze złudzeniami.
Świat nie nagradza nas za to, jakie jesteśmy, tylko za to, co robimy. Jeśli czegoś nie umiemy, zawsze możemy się nauczyć. Jak? Robiąc to. Nawet koślawo i obrzydłacznie. Po co? Po to, żeby żyć a nie wegetować.
Wcale nie chcę siebie lubić. Nie taką, jaka jestem.
Czy się użalam? Można to i tak nazwać. Ja nazywam to mówieniem sobie prawdy w oczy. Wolę już tak, niż usiąść wieczorem na kanapie i stwierdzić: ten był niemiły ale to idiota, ten mnie opieprzył ale to palant,w ogóle cały świat jest zły tylko ja jestem fajna bo to JA!
Chodzi właśnie o to chcenie.
Masz w głowie najwspanialszy komputer na świecie. Nawrzucałaś tam wirusów i źle działa. Zamiast wyrzucić wirusy, upierasz się, że muszą tam zostać. I nie lubisz siebie, bo są. Pomyśl logicznie. Czy to może zadziałać?
Mogę podać Ci receptę, ale zaczyna się od wyrzucenia wirusów. I kółko się zamyka.
Nie mówiłam o rybach, lecz o tranie. Omega 3, większa dawka.
A może lubisz móżdżek? Też by pomógł.
Kierując uwagę na swoje niedostatki, skupiając się na nich, powiększasz je. Odmawiając uwagi swoim dobrym stronom, pomniejszasz je. Pamiętasz pompkę z Akademii Pana Kleksa? Twoja uwaga jest jak ta pompka.
Gdy nie jesteś wdzięczna za to, co masz, nie tylko nie dostaniesz więcej, ale stracisz co masz. Taki umysł! Takie ciało! Wszystko na swoim miejscu. Doceń. Doceniaj nieustannie. A przede wszystkim korzystaj póki możesz.
Jak staniesz przed Bogiem i on zapyta: dlaczego odrzuciłaś mój dar? Dlaczego nie korzystałaś z mózgu, który ci dałem? - co odpowiesz? Jesli nic nie zrobisz TERAZ to naprawdę będzie obciach.
Przypomnij sobie przypowieść o talentach. Skoro pracujesz w UK, to znasz 2 języki biegle. Talent? Jasne! Więc masz przynajmniej jeden. Gdybyś się skupiła na tym, co umiesz robić, wyszłaby tego wielka lista. Gdybyś napisała drugą pt. Czego się łatwo i szybko nauczę - powstałaby druga wielka lista. A trzeciej (co jest poza moim zasięgiem) nie warto tworzyć, bo po co?
Wiesz lepiej ode mnie, że brak Ci serotoniny. Możesz ją tworzyć myślami. Spróbujesz?
(...)jeśli chodzi o psychoterapię- mieszkałam do niedawna z psycholożką, młodziutką ale psycholożką, zapytałam ją kiedyś, czysto teoretycznie czy psychoterapia może zmienić osobowość, powiedziała że nie, że może zmienić tylko nastawienie
nie chcę zmieniać nastawienia, cieszę się że jestem świadoma swoich wad,wiem że może trochę wyolbrzymiam i nadinterpretuję, ale dużo w tym prawdy i niestety problem rodzinny, moja mama była identyczna z tą tylko różnicą że ona postanowiła zainwestować w życie przyszłe, i uważa że życie na ziemi to tylko chwila i nieważne jacy jesteśmy mamy tylko się modlić i przestrzegać przykazań(...)
Oczywiście, że żadna terapia osobowości nie zmieni. Na szczęście. ![]()
To, co można za jej pomocą zrobić, to poradzić sobie z uczuciami, które są powodem wycofania się i ucieczki do swej dziupli - bo tylko tam jest bezpiecznie.
Proponowane przeze mnie książki (kolejność przypadkowa):
Janet Woititz, Lęk przed bliskością
Anna Dodziuk, Pokochać siebie
Sondra Ray, Zasługuję na miłość
Alice Miller, Gdy runą mury milczenia
Alice Miller, Bunt ciała
Colin Tipping, Radykalne wybaczanie
Pema Cziedryn, Kiedy życie nas przerasta
Pia Melody, Toksyczna miłość
John Bradshaw, Toksyczny wstyd
Susan Forward, Szantaż emocjonalny
M. James, D. Jongeward, Narodzić się, by wygrać
Richard Bach, Mewa
Andrzej Samson, Mit szczęśliwego dzieciństwa
Thich Nhat Hanh, Gniew
Osho, Dojrzałość
Osho, Wolność
Wojciech Eichelberger, Ciało i dusza
Ewa Woydyłło, Sekrety kobiet
Oczywiście, że żadna terapia osobowości nie zmieni. Na szczęście.
Dlaczego na szczęscie?
Nie widzę żadnych korzyści, które mogłyby wyniknąć ze zmiany osobowości.
Znałaś kogoś, kto umarł z głodu?
Ja też nie ale znam ludzi którzy zaczęli popadać w spiralę długów z powodu braku pracy. Cudowna perspektywa. Nie mów że to nie może się zdarzyć.
Jak się upomnieć o siebie, gdy patrzą w oczy i mówią, że nie, nie masz racji, nieważne co czujesz, najwyraźniej źle czujesz, nie powinnaś tak się czuć, bo nie ma powodu...
No własnie, jak? Co np odpowiedzieć komuś kto, mówi że nie chce w ogóle z tobą rozmawiać tylko z Twoim szefem, że czuje się zbywany ponieważ przyszło mu być załatwiony przez 'tą panią' -czyli mnie; nie że ja go zbywam tylko firma (szpital) go zbywa ponieważ wysyła mnie do załatwienia jego sprawy? Taki tylko przykład jeden z wielu...
Jeśli czegoś nie umiemy, zawsze możemy się nauczyć. Jak? Robiąc to. Nawet koślawo i obrzydłacznie. Po co? Po to, żeby żyć a nie wegetować.
Zważywszy na charakter mojej pracy, słysząc że ktoś czuje się gorzej po spotkaniu ze mną, nie nalezy się raczej poddać dla dobra innych?
Chodzi właśnie o to chcenie.
Dlaczego mam chcieć lubić coś/kogoś kto ma tyle wad?
Kierując uwagę na swoje niedostatki, skupiając się na nich, powiększasz je. Odmawiając uwagi swoim dobrym stronom, pomniejszasz je.
Mam jakby wrażenie że na moje życie bardziej wpływają moje niedostatki niż zalety.
Jak staniesz przed Bogiem i on zapyta: dlaczego odrzuciłaś mój dar? Dlaczego nie korzystałaś z mózgu, który ci dałem? - co odpowiesz? Jesli nic nie zrobisz TERAZ to naprawdę będzie obciach.
Jak by Ci to powiedzieć -mózg to nie wszystko. Nie żeby mój był jakiś tam wspaniały ale tabliczki mnożenia nauczyłam się szybko. Problem w tym, że mózg do tabliczki mnożenia a umiejętność egzystowania wśród ludzi to dwie rózne sprawy. Moja obserwacja współczesnego swiata mówi mi, że ilość certyfikatów ma mniejsze znaczenie niż umiejętność tzw 'sprzedania się'.
Nie widzę żadnych korzyści, które mogłyby wyniknąć ze zmiany osobowości.
Jak to nie? Ja widzę milion - gdybym tylko mogła przestać być takim niekomunikatywnym sieroctwem...
Możesz być komunikatywną, świetną babką - to zmiana zachowania, nie osobowości.
Możesz zmienić sposób patrzenia na siebie, na innych - to nie zmiana osobowości, lecz zmiana sposobu myślenia.
Możesz zmienić swą samoocenę - to też nie jest zmiana osobowości.
brzydullo,
MOŻESZ. I uwierz mi, te zadnia z mej sygnatury są kluczem. ![]()
Zamiast szukać odpowiedzi na pytanie "Czy mogę być osobą pewna siebie?", zapytaj "Co mogę zrobić, by być pewną siebie?" i znajdź odpowiedź.
A znalazłabyś sposób żeby zostać Prezydentem Stanów Zjednoczonych? Albo artystką na Broadwayu? Nie znam Cię ale mam przeczucie że nie.
Biedne dzieci z Etiopii nie znajdą sposobu żeby studiować na Harwardzie...
Kilka milionów ludzi nie znalazło sposobu żeby uciec ze stalinowskich łagrów...
Celowo wybieram takie ekstremalne przykłady ale chcę przez to powiedzieć że Twoja sygnatura nie jest do końca prawdziwa.
Faktem jest, że jesteśmy ograniczeni przez własne mozliwości i przez świat który nas otacza
I nie jesteśmy równi - niektórzy mają większe możliwości...
JAK mam stać się bardziej komunikatywna? Jestem np na przyjęciu - takie trochę służbowe, trochę nieformalne - stoję sobie czy siedzę w grupce ludzi których znam z pracy ale się z nimi nie przyjaźnię. Oni sobie rozmawiają, żartują, śmieją się...ja bym bardzo chciała coś powiedzieć ale mam totalną pustkę w głowie...
brzydulla,
współczuję Ci takiej decyzji na życie.
Oczywiście, że można znaleźć argumenty potwierdzające zdania: "NIC nie można zrobić", "Jestem skazana na takie życie". Można uciec w dyskurs filozoficzny. Można grać w dość popularną grę "Tak, ale...".
Nie będę przekonywała Ciebie na siłę.
Nie będę walczyła z Tobą, o Ciebie, wbrew Tobie.
Pokazałam drogę, którą możesz iść, jeśli chcesz.
To jest Twoje życie, to Ty jesteś za nie odpowiedzialną, to są Twoje wybory, to są Twoje decyzje, to Ty ponosisz ich konsekwencje.
Łatwo jest mówić: 'to nie bądź', 'to się zmień'. Trudniej w praktyce to zrobić.
Moja mama nigdy nie próbowała. Zawsze mówiła: ja jestem beztalenciem, nigdy nie zrobię prawa jazdy, nigdy nie nauczę się tego czy tamtego.
Ja nie chciałam się zgodzić z takim podejściem. Miałam stracha przed prawem jazdy ale pomyślałam: inni mogą dlaczego ja nie. Zdałam w końcu, chyba za 5 razem. I nie jestem dobrym kierowcą. Gubię się na nieznanym terenie, nie potrafię jednocześnie znajdować drogi i interpretować przepisów.
I sytuacja się powtarza - egzaminy zdaję, większość lepiej niż prawo jazdy ale jak przyjdzie do użycia nabytej wiedzy w praktyce to już się robi problem. Od 20 lat rozbijam sobie o to łeb i po prostu zaczęłam dochodzić do wniosku że podejście mojej mamy było słuszne. Co z tego że inwestuję kupę czasu i nerwów w zdawanie testów skoro potem nie umiem tego wykorzystać?
To nie tak że dopiero wystawiłam łepek ze skorupki jajka, pierwszy raz się potknęłam i płaczę że nic mi się nie udaje. Ja mam za sobą 20 lat starania, jeśli liczyć tylko dorosłe zycie, starania które najczęściej kończyły się praktycznymi porażkami i dlatego tak łatwo nie chcę uwierzyć w 'to się zmień'
Łatwo jest mówić: 'to nie bądź', 'to się zmień'. Trudniej w praktyce to zrobić.
Czy w którymkolwiek poście napisałam, że jest to rzecz prosta? Że bezbolesna? Że zmiany w nas samych następują, gdy pstrykniemy palcami?
WIEM, mam to wypisane na własnych czterech literach, że jest to trudne.
WIEM, mam to wypisane na własnych czterech literach, że jest to bolesne.
WIEM, bo jestem żywym dowodem, że praca nad sobą jest możliwa. Że przynosi efekty. Że efekty są proporcjonalne do włożonego wysiłku, wylanych łez, i potu.
WIEM, że pracę można rozpocząć jedynie wówczas, gdy przestaje się nad sobą użalać, gdy przestaje się usprawiedliwiać, gdy przestaje się jęczeć nad sobą.
WIEM, że pracę nad sobą można zacząć, gdy jest się zdeterminowanym, gdy dotknęło się własnego dna.
ZNAM przyczyny kiepskiego myślenia o sobie, ale też wiem, że takie myślenie można zmienić.
Jak?
Co mam zrobić kiedy siedzę jak niemota w towarzystwie i nie wiem co ze sobą zrobą zrobić?
Jak mam ulepszyć umiejętność wypowiadania się?
Jak nauczyć się mówić właściwą rzecz we właściwym momencie?
Tylko nie mów 'polub siebie' bo to nie ma znaczenia. Kiedyś nie nie lubiłam siebie -gdzieś tak do 30 rż. Chyba po prostu wierzyłam, że z tego wszystkiego wyrosnę. Ale wcale nie było inaczej.
Przestań być skoncentrowaną na sobie.
Skieruj swój wzrok na innych. Zobacz, ale naprawdę zobacz, innych ludzi.
Nie używaj innych do kolejnego (negatywnego) oceniania siebie.
Zlikwiduj wewnętrznego krytyka (albo choć zahamuj jego działalność).
Zmień optykę patrzenia, zauważaj pozytywy, zamiast negatywów.
Rozepnij się - może zafunduj sobie relaksacyjny masaż całego ciała (tak raz w tygodniu).
Wielokropek ma racje. Jezeli zbyt koncentrujemy sie na samych sobie zaczynamy byc egocentryczni i insularni, co rzadko jest hitem w towarzystwie. Malo osob chce spedzac czas z kims kto tylko siebie, nawet w najbardziej tylko negatywnym swietle, widzi.
Czy nie przyszlo Ci do glowy, ze te ciekawe osoby, ktore spotkalas w zyciu, nie chcialy kontynuowac znajomosci, bo czuly sie jak maszynki do zabawiania Ciebie? Tylko pomysl, jezeli nic z siebie nie dajesz, i zamiast okazywac zainteresowanie drugiej osobie, tylko w glowie maglujesz jaka Ty okropna jestes, nie jest to meczace?
Inna sprawa, to kultywowanie jakiegos hobby. Jezeli ja mam goraca dyskusje na temat liberalizmu (polityczna filozofia to moj "konik"), to naprawde malo mnie obchodzi czy ktos z kim gadam jest piekny, modnie ubrany czy pelen gracji. Interesuja mnie jego/jej argumenty, wiedza i doswiadczenie w temacie. Wierz mi, znam calkiem pare osob, ktore mozna opisac jako "trudne", a ktore po prostu lsnia kiedy debatuja.
Ja nazywam to mówieniem sobie prawdy w oczy.
No i dobrze, powiedziałaś sobie prawdę w oczy. I co dalej masz zamiar z tym zrobić? Spróbujesz coś z tym zrobić czy nadal będziesz w tym tkwiła?
Możesz zastosować (przynajmniej spróbować) którąś z rad dawanych Ci przez kobiety wyżej albo znaleźć inną metodę.
Możesz też nic z tym nie robić i tylko się dalej użalać. Bo teraz, po powiedzeniu "sobie prawdy w czy", to już będzie tylko użalanie się.
Sądząc po Twoich postach z tego (i nie tylko tego) wątku, kobieta z Twoim potencjałem ma duże możliwości.
Zwróciłam uwagę na jeszcze jeden fragment Twego postu, na ten:
(...)Tylko nie mów 'polub siebie' bo to nie ma znaczenia. Kiedyś nie nie lubiłam siebie -gdzieś tak do 30 rż. Chyba po prostu wierzyłam, że z tego wszystkiego wyrosnę. Ale wcale nie było inaczej.
Wbrew temu, co napisałaś, polubienie siebie zmienia optykę. ![]()
Nie znam ani jednej osoby (a znam ich bardzo dużo), która lubi siebie (a nie tylko mówi, że siebie lubi) i kiepsko myśli o sobie. Lubienie siebie i negatywny (uogólniony) stosunek do siebie są pojęciami sprzecznymi.
Wyrośniecie z czegoś zakłada brak wpływu na sytuację, zakłada, że rzecz dzieje się poza naszą wolą, poza naszym działaniem. Takie "samosię" jest fałszem.
Czy nie przyszlo Ci do glowy, ze te ciekawe osoby, ktore spotkalas w zyciu, nie chcialy kontynuowac znajomosci, bo czuly sie jak maszynki do zabawiania Ciebie? Tylko pomysl, jezeli nic z siebie nie dajesz, i zamiast okazywac zainteresowanie drugiej osobie, tylko w glowie maglujesz jaka Ty okropna jestes, nie jest to meczace?
Nie sądzę, że magluję to w czasie spotkań towarzyskich. Na pewno nie takich, kiedy sama dobrze się bawię. W sensie śmieję się z dowcipów innych.
Wtedy nie mam czasu o tym myśleć. Ale jak towarzystwo umawia się ponownie i mnie już pomijają,to zaczynam się zastanawiać, analizować i dochodzę do wniosku: no tak, znowu tam siedziałam przez x godzin i nic nie powiedziałam. Albo,co gorsza, powiedziałam ale nie było to ani smieszne ani mądre.
nadal upieram się że lubienie siebie niewiele zmienia
tzn z pewnością osoby które lubią siebie czują się lepiej niż ja nawet jeżeli nikt czy prawie nikt ich nie lubi
nie spotkaliście nigdy osób które np opowiadają mało śmieszne czy świńskie dowcipy, czy ciągle pouczają wszystkich czy np opowiadają przydługie historie z mnóstwem dygresji i bez pointy? a mimo to lubią siebie i wypowiadają się głośno w każdym towarzystwie? czy nie myslicie sobie czasem żeby lepiej było, żeby miały więcej samokrytycyzmu i nie nudziły innych swoimi wypowiedziami?
jak miałabym do wyboru,być taka jw a taka jak jestem to wolę być taka jak jestem
analiza własnych doświadczeń z przeszłość pozwoliła mi na większość większość świadomość własnych niedostatków, zysk taki że powoliła zmniejszyć ilość przykrych doswiadczeń, cena to niska samoocena
poprawa samooceny zmieniłaby mnie tylko w krzykliwą nudziarę, powtarzam do znudzenia - w czasach, kiedy jeszcze nie miałam tak niskiej opinii osobie wcale nie miałam obiektywnie lepszego życia, co mi nie wychodzi teraz nie wychodziło mi wtedy
wolę być taka jak jestem
Brawo! O to chodzi. Już widzisz, że jesteś:
1. Związana z rzeczywistością.
2. Mądra.
3. Zdolna do empatii.
No. To widzisz, że jednak masz całkiem fajne cechy. Może mogłabyś polubić taką babkę? Co prawda strasznie dużo ma kompleksów, ale wyjdzie z tego, trzeba ją tylko otoczyć miłością i być dla niej łagodniejszą.
Oto historyjka, którą przeczytałam dziś:
Jedzie facet tramwajem i myśli:
żona - zołza
przyjaciele - oszuści
szef - idiota, sadysta
praca - beznadziejna
życie do dupy.
A Anioł Stróż stoi za jego plecami i zapisuje to wszystko myśląc: ale dziwne życzenia i to codziennie, ale cóż mogę zrobić, muszę je spełnić...
I komentarz do niej: nasze myśli wibrują we wszechświecie i same się realizują. Dbaj o to, żeby były dobre.
Wiem, że możesz powiedzieć: nie rozumiecie mnie, nie mam nikogo, nikogusieńko ciężko mi. Nie byłam Tobą. Możliwe, że nie wszystko rozumiem. Ale moje życie nie było usłane różami. Teraz mi lżej, ale był czas, gdy byłam na dnie. W zupełnej rozpaczy, nie było światełka w tunelu. Polecano mi książki, nie byłam w stanie się skoncentrować, żeby przeczytać. W końcu zdecydowałam się na chemiczny spokój.
Gdy zapada noc i nie widać ani gwiazd, ani księżyca, wiemy jednak, że ranek nadejdzie. Bo przeżyliśmy noc wiele razy. Ty może po raz pierwszy masz TAKĄ ciemność. My Ci tylko mówimy, że po TAKIEJ nocy też nadchodzi dzień i że bywa piękniejszy, niż którykolwiek wcześniej.
Nigdy bym nie zamieniła obecnego stanu świadomości na iluzje PRZED. Nie wiem ile takich nocy przede mną. Marzę, by nabrać sił przed następną. By zdążyć.
Jeśli wyszło, że jestem zarozumiała, przepraszam. Nie to było moją intencją. Ułomne słowa, kaleki język - nie umiem powiedzieć wszystkiego tak jak czuję. Nie umiem PRZEŁOŻYĆ, PRZETŁUMACZYĆ uczuć i myśli na słowa.
Ale wiedz, że jestem po Twojej stronie. Jesteś mądra, zdolna do refleksji. A ja tak często spotykam buców! Nie masz pojęcia jakie to cenne rozmawiać z Tobą, choćby w ten sposób, na Forum.
Weź się w garść. Możesz. Daję Ci uroczyste słowo honoru, że to nie przekracza Twoich możliwości intelektualnych ani emocjonalnych. Co widać, słychać i czuć.
Po kolei, nie wszystko naraz.
Pierwsze zadanie: poćwiczyć uśmiech. Uśmiechnąć się ciepło do każdej napotkanej osoby. Dasz radę. Trzymam kciuki.
nadal upieram się że lubienie siebie niewiele zmienia
tzn z pewnością osoby które lubią siebie czują się lepiej niż ja nawet jeżeli nikt czy prawie nikt ich nie lubi
nie spotkaliście nigdy osób które np opowiadają mało śmieszne czy świńskie dowcipy, czy ciągle pouczają wszystkich czy np opowiadają przydługie historie z mnóstwem dygresji i bez pointy? a mimo to lubią siebie i wypowiadają się głośno w każdym towarzystwie? czy nie myslicie sobie czasem żeby lepiej było, żeby miały więcej samokrytycyzmu i nie nudziły innych swoimi wypowiedziami?jak miałabym do wyboru,być taka jw a taka jak jestem to wolę być taka jak jestem
analiza własnych doświadczeń z przeszłość pozwoliła mi na większość większość świadomość własnych niedostatków, zysk taki że powoliła zmniejszyć ilość przykrych doswiadczeń, cena to niska samoocena
poprawa samooceny zmieniłaby mnie tylko w krzykliwą nudziarę, powtarzam do znudzenia - w czasach, kiedy jeszcze nie miałam tak niskiej opinii osobie wcale nie miałam obiektywnie lepszego życia, co mi nie wychodzi teraz nie wychodziło mi wtedy
Dziewucho jak cie czytam to mam ochotę wypalić sobie oczy kwasem. Jeszcze nie widziałem nikogo, kto tak użalałby się nad sobą, a miał ku temu tak mało powodów.
Ty po prostu uwielbiasz płakać nad sobą. Marudzenie i jojczenie sprawia ci przyjemność. Szukasz okazji, które dałyby ci nowy, kolejny powód do jojczenia.
Nie każdy jest duszą towarzystwa - nie każdy być musi.
Nie każdy zna milion wybornych kawałów - nie każdy musi.
Nie każdy jest chodzącą przedsiębiorczością - nie każdy musi.
I tak wymieniać można jeszcze długo. Każdy ma jakieś wady i zalety, a mimo to większość nie płacze tak nad sobą.
Chcesz coś zmienić? Zacznij od nastawienia.
Nie każdy jest duszą towarzystwa - nie każdy być musi.
Nie każdy zna milion wybornych kawałów - nie każdy musi.
Nie każdy jest chodzącą przedsiębiorczością - nie każdy musi.
Nie każdy musi. Ale jak znaleźć pracę będąc taką nieporadną sierotką? Jak mnie przepuszczą przez magiel pytań o przykłady moich zdolności przywódczych i prezentację (prezentacja to teraz prawie standard) to odpadam w 1 turze, a żeby być jakimś np.data entry clerkiem czy nawet sprzątać nie mam odpowiedniego doświadczenia, musiałabym sfałszować CV.
Nie obraź się ale napisze Ci jak to wygląda, przynajmniej dla mnie.
Uważasz się za osobę nieporadną życiowo, nietowarzyską i na dodatek brzydką. Brakuje ci pewności siebie. Nie lubisz osoby jaka jesteś. I kurczowo się tego trzymasz zamiast zrobić coś żeby to zmienić. Tchórzysz i idziesz na łatwiznę. Przecież po co podejmować jakiekolwiek działania, zwłaszcza, że nie będą łatwe. Prościej jest narzekać!
I proszę Cię, jeśli zdecydujesz się coś na to odpowiedzieć to daruj sobie teksty w stylu "łatwo powiedzieć, trudniej zrobić". Nikt Ci tu nie mówi , że to jest łatwe. Ale chyba lepiej się trochę wysilić niż męczyć do końca życia, nie uważasz?
"Pozostaje jeszcze inna specjalizacja w tym co już robię. Do tego musiałabym zdać LEP czyli przekrojowy egzamin z całej medycyny, dostać etat bo rezydenturę można dostać tylko raz w życiu (gdyby to było w jakimś innym rejonie to znowu,wynajmowanie sprowadziłoby mnie na poziom wegetacji),no a potem morderczy egzamin specjalizacyjny. Po ostatnim jakoś mnie odrzuca.To już wolę zostać jakimś data entry clerk."
Lenistwo, kolezanko. Probujesz za wszelka cene udowodnic samej sobie i nam jaka Ty biedniutka sierotka jestes, ze nic sie nie uda, ze wszystkie drogi zamkniete, a prawda jest taka, ze jestes niesamowitym leniwcem i tchorzem.
Mam dosyc wysluchiwania takiego malkontenctwa (bo Ty nie pierwsza na tym forum tak jeczysz). Albo wez sie za siebie, albo przestan ludziom glowe zawracac.
64 2012-12-05 14:25:56 Ostatnio edytowany przez allegra90 (2012-12-05 14:27:08)
Droga Autorko wątku, weszłaś już na te forum, trochę nam napisałaś o sobie, więc coś tam Ci się chce. Ale nie ukrywajmy - nie zmieni to Twojego życia. Możemy dawać Ci tu setki rad, ale jak Tobie nie będzie chciało się wcielić ich w życie, to nic one nie pomogą. Wielu ludzi codziennie robi rzeczy, których nie lubi, których im się nie chce, które im nie wychodzą. Większość osób robi to dla kogoś, być może wtedy jest łatwiej. Jednak skoro wolisz narzekać niż działać to dziwisz się, że ludzie tak Cię traktują, skoro SAMA sobie nie chcesz poświęcić czasu?
Skoro masz problemy z rozmową z innymi ludźmi to zastanów się, czego tak naprawdę się boisz. Ich komentarzy? Odrzucenia? Może że sobie coś pomyślą? A co Cię to ma obchodzić co sobie pomyślą! Jednak jakieś elementarne zasady w relacjach międzyludzkich obowiązują, może zobrazuję to przykładem.
Osobiście znam jedną osobę, mężczyznę, który jest właśnie takim outsiderem. Kilka razy próbowałam nawet z nim ot tak porozmawiać na uczelni, ale 1. czułam się jak intruz, bo nawet nie patrzył w moją stronę 2. zaraz wygłaszał litanie narzekań na temat/osobę, o której wspomniałam 3. był strasznie ironiczny. Może akurat jemu taka sytuacja odpowiadała, ale moim zdaniem człowiek w pewnym momencie wpada w takie zgorzknienie z różnych powodów, że jak czegoś z tym nie zrobi, to nie nawiąże normalnej relacji.
Mi się wydaje, że brzydullla tutaj wszystkich podpuszcza i ma niezłą zabawę.
Nie chce mi się wierzyć, żeby tak zakompleksiona osoba, o tak niskiej samoocenie drążyła tak długo ten temat jakim to ona jest nieudacznikiem. Po paru krytykach dałaby sobie już spokój.