panie drogie, wiem, że to zabrzmi niedorzecznie, ale on sie zdziwił, że tajlandia to seks turystyka. ja to wiem, bo czytywało sie ksiązki huelle coś tam (wiecie, tego od cząstek elementarnych) a on nie czytywał
myslę, że jak kogoś ten temat nie interesuje to mógł nie wiedzieć.
i to nawet nie jest tak, że problemem jest zakomunikowanie mu, że mam swoje zdanie na temat tajlandii i dla mnie ten wyjazd ma taki a nie inny manifest.
problem jest gdzie indziej - mój mąz też to wie, bo napisał mi, że to nie wyjazd jest problemem.....
problemem jest moja rekacja. mój poziom emocji. moja złość. to jest problem. nie tajlandia, nie inne wisienki na torcie. bo on faktycznie mógł nie wiedzieć o tym i faktycznie mógł nie wpaść na to, że ja mam takie zdanie.
natomiast jestem prosta więc zakomunikowałam, że dla mnie ten wyjazd jest nie przyjęcia i oznacza taką a nie ina interpretacje..
tylko że dwa lata temu ja bym to olała. miałabym pewność, że on, w domu rozpusty, rozpustnikiem nie będzie.
I nie chodzi o to, że ja uważam, że on po Tajlandii będzie latał z wywalonym jęzorem - chodzi o to, że biorąc pod uwagę zdradę mojego - dotychczas uczciwego i lojalnego męza - wiem, że są sytuacje, zachowania i style zycia, które sprzyjają sprzeniewierzeniu się własnym wartościom. I mój mąz to własnie zrobił. a zatem z mojego moralnego i odpowiedzialnego punktu widzenia, mówię nie wszelkim zakumuflowanym formom osłabiania więzi, moralności i tyworzenia sytuacji, które, w grupie, usprawiedliwiają okreslone zachowania..
na jakiej podstawie pisze coś takiego??
prosze bardzo
mój szanowny małzonek - inteligentny, bystry i elokwentny zawsze wzbudzał sympatię - u pań i panów. i ja naprawde nie mam nic przeciwko... a co mi tam, niech sobie ego podbudował....
ale w jego pracy jest tak, że ten ma dupe na bolku, ten się zabawia na wyjeżdzie, tradycyjnie na częstych wyjazdach kończą kolacyjkami i obchodami pubów....
więc mój szanowny mąz wywnioskował, że w zasadzie to jakaś norma jest - a konsekwencji w sumie żadnych.....
dziunię wziął do wyrka, bo na imprezie firmowej, na której więcej facetów było niz babek.. kolega kręcił się koło dziuni.. i mój małzonek -w końcu samiec alfa beta i lambda -postanowił pokazał koledze, że będzie skuteczniejszy...
był. by ł aż tak, że lalcia bez skrupółów zaproponowała rozwój znajomości.
mój biedny zagubiony małżonek stanął przed dylematem - z jednej strony super zabawa, pewne przyjęte normy w grupie, koniecznośc wykazania się, głupota.. no żeby zrezygnowac z takiej okazji..... a z drugiej kochana zona w domu.... no cóż....
atrakcyjność pokusy, okazja czyni złodzieja, zona się nie dowie....
nie usprawiedliwiam go tekstami w rodzaju, że dała wziół ani nic takiego- głupi nie jest, wie co robi.....
i potem co - z jednej strony głupio spławić bo STAŁA się NIEBEZPIECZNA - w końcu wiedziałą coś, czego nikt wiedzieć nie powinien, więc istniało ryzyko, że może być zagrożeniem dla stabilizacji zycia mojego męża... więc - trzeba byc miłym, co nie??
ale jak tak przez miesiąc był ostroznie miłym, to się okazało, że te esemesiki, wiadomości, to nawet niezła zabawa jest... i przecież,..... jak to nie dotyczy żony... to czemy nie skorzystać jeszcze raz????
z jego słow i pewnych danych, które przewertowałabym, tych razów było trzy... no może wiem nie wszystko, może cztery. przeanalizował jego kalendarz, pocztę i wszystkie dane, jakie były mozliwe.....
i co dalej?? mój mąz zaczął plątac się coraz bardziej
po pierwsze trzeba było osłabić znaczenie tego, co się stało, więc trzeba pokazać, że ja ogólnie jestem wyluzowany i to coś nie miało dla mnie znaczenia - stąd - o czym pisałam wam już, umawianki na randeczki w ciemno z kolegą, który chciał przerznąc koleżankę wysy łającą zdjęcia w bieliznie..... mniam mniam....
a potem ja się dowiedziałam
i się dalej nie potoczyło
ale nie mam wątpliwości, że zatrzymałam pewien proces.
pewnie za dwa trzy momenty nie było by odwrotu, nie zgodziłąbym się na żadne próby naprawiania związku...
ale się skończyło....
teraz?? od ponad dwóch lat - mój mąż nie zrobił nic, żebym mogła okreslić, że nie skończył tej znajomości, że coś kręci - a uwirerzcie - intensywnie szukałąm, czując podświadomie, że jakbym coś znalazła... to byłby spokój i ulga i wreszcie krok do przodu zamiast stania w miejscu.
ale przez te dwa lata bardzo - a może niedużo - zmieniło się we mnie...
czy to był jednorazowy wyskok mojego męża? czy on się uczy na błędach? czy nie zamierza mnie więcej zranić? przez dwa i pół roku - obiektywnie moge powiedzieć, że nalezy do tych, co popełniają błędy, się na nich uczą, potrafią określać swoje priorytety i sie ich trzymać.
no naprawde dziewczyny. zniósł i znosi wszystko.. jak złoto...
teraz pisze do mnie, że jest zdryzgotany, że mineło tyle czasu, a we mnie impuls wyciąga wzystko - tak samo intensywnie jak dwa lata temu.. tu cytat: " oczywiście, moge się tylko domyslać, co sie w tobie kotłuje, ale w takich chwilach czuję też, że samo to, że jestem jest wielkim bólem dla ciebie"
i wy wiecie i ja to wiem, że to prawda.
granica życia po zdradzie, wybaczenia lub nie nie zalezy od zachowan zdradzającego - ja mam tutaj przykład na to, że mój zdradzający mąz, w chwili obecnej i przez ostatnie dwa lata jest perłowy...
ale wola zycia po zdradzie i koniecznośc przeżycia tej zdrady spoczywa na osobie zdradzanej. a ja nie potrafie ze zdrada zyć.
bo ta zdrada nie dotyczyła mojego męża, jego relacji.. ona DOTKNĘŁA MNIE
ona zamknęła w moim zyciu pewien rozdział.... ona uniemozliwia mi otwarcie nowego....
czy jestem nawina mysląc, że pokocham znowu??
zjawiłam się na tym forum rok po zdradzie, szukając podobnie doświadczonych kobiet, które mi powiedzą - tak, da się pokochać... kilka takich znalazłam, tak deklarowały. teraz czasami tu wracają, jak aga333 i piszą, że chyba jednak cos się wypaliło.. albo jak misiekpuszysty, który pisze, że jej sie tak nie chce -że słabe to jest....
bo prpoblemem jestesmy MY - zdradzani...
bo ja na zdrade sie nie nadaję. Może dlatego, że zawsze byłam dumna, pewna siebie i wierzyłam, że świat ofiaruje mi to, czego zechcę?/ a świat zabrał mi to, co dla mnie było najważniejsze- moją zdolnośc zaufania i kochania. dał mi ostrożność, analizę ryzyka, niepewność i dmuchanie na zimne.
dał mi niewiarę w miłość, nauczył nienawiści, która wywala trzewia na zewnątrz, pokazał, jak mroczna może byc moja dusza....
może świat dał mi pieprzone człowieczeństwo??? wiecie - WSZYSTKIE UCZUCIA _ I NIEBO I PIEKŁO....
wiecie, czemu nie zmieniam swojej sytuacji -bo gdzies w środku głęboko, boleśnie obawiam się - że te uczucia, które ofiarowuje mojemu męzowi - to wszystko na co mnie stać....
że z wewnętrznego, głęnbokiego poczucia mojej ufności, miłości, czułości i intymności dla mojego męża -zostało to co mam teraz.
więc czy go kocham?
a czy umiem kochać?
i to jest t