Przeczytałam cały wątek... trochę zeszło. Postanowiłam Wam przedstawić "swojego" gada... Minęły trzy tygodnie od całej afery. Byłam kochanką, jestem mężatką, nie mam dzieci. Jestem ze swoim mężem ponad 10 lat. On ma żonę, dwójkę dzieci. Wiem, wiem, że źle zrobiłam. Nie jest też tak, że nie myślałam o jego żonie. Z naszych rozmów wynikało zawsze, że ja bardziej o niej myślałam niż on. Może dlatego, że to dobra kobieta. Wzięła na siebie wszystko, kiedy on latami realizował swoje ambicje. Podobnie było w moim przypadku, mój mąż, to bardzo dobry człowiek.
Przeczytałam wiele historii, doszłam do wniosku, że takiego padalca to tu jeszcze nie było. Wszystkie historie są schematyczne. Wszystko się wywala, on ogon pod siebie i do żony. U mnie też się wywaliło. Prawdę odkrył mój mąż. Jako, że człowiekiem szlachetnym jest, to chciał pozwolić "miłości" odjeść. Zresztą, tak zachowuję się faceci.... Przynajmniej Ci, którzy mają swój honor.
Ja nigdy nie powiedziałam wprost, że chcę od męża odejść, chciałam raczej to skończyć. Sytuacja w której miałabym mu to powiedzieć była dla mnie kompletnie nie do przeżycia. Ten moment w którym mu to mówię, jego smutne oczy. Nie mogłabym. Byłam raczej tą "wycofaną" stroną w tym układzie. Mój misiaczek przeciwnie. On już chce, już jest gotowy. Jedyny problem to dzieci - bo z żoną to już nic. Żona, to w ogóle nie problem (w sensie, żeby ją zostawić). Szczerze w to nie wierzyłam. Feralny wtorek, widzę się z moim "bejebe", pyta mnie, czy już... Już, już chcesz??? Zbyłam to żartem, jak zawsze. Wyznania miłości. Liczba smsów na każdy m-c. Około 1000. Kocham, pragnę, nie umiem żyć bez Ciebie... Nigdy nikogo tak nie kochałem... Jesteś kobietą mojego życia. Chciałbym się z Tobą ożenić. Mieć dziecko... bla, bla bla.... Wszystko. Pełen wachlarz kompletnie nic nie znaczącego shitu... Ale, dziewczyny... To działa i dobrze o tym wiecie. Powtarzane miesiącami, kilaka razy dziennie i w kółko sprawia, że zaczynasz się zastanawiać. A może trafiłam na miłość swojego życia... Ten tekst - poznałem Cię za późno. Szkoda gadać - klasyka....
Ale teraz ok. Mąż się dowiaduje, informuje mnie, że wie. Już ma wynajęte mieszkanie. No afera jednym słowem.
Dzwonie do Misia, mówię o wszystkim... Miś zszokowany, ale dobra... trzeba coś z tym zrobić. Mówi, że powie żonie następnego dnia.
I tu zaczyna się historia trochę jakby oryginalna.
Następny dzień. Pan waleczny przyjeżdża do mnie. Załamany przed tym co go czeka. Zastanawia się nad podziałem majątku, co z psem, gdzie będziemy mieszkać itp. Szykuje się na rozmowę. Tak, żeby w razie czego ułatwić mi ewentualną próbę porozumienia się z moim mężem (nie ma co ukrywać, że misiu mężowi do pięt nie dorasta) dzwoni do niego z informacjami następującymi: Kocham ją (mnie), zajmę się nią, chcę z nią być (sic!). Mąż załamany godzi się z faktami. Wszyscy na telefonach. Ja ryczę, on ryczy... Tragedia.
Pan odważny jedzie do domu zmierzyć się z rzeczywistością. Jego żona, wydawało by się kobitka z charakterem i swoją dumą (z tego co mi o niej opowiadał). Mówi jej, że ją oszukuje od długiego czasu, że kłamie, że jest w związku z kobietą którą UWAGA ...KOCHA!!! Tak, powiedział to swojej żonie.
No a żona - zostań! Długa rozmowa, wywołanie u niego poczucia winy. Postraszenie (będziesz miał problemy z dziećmi)... i misiu zostaje.
Informuje mnie następnego dnia. Super... ja jestem w kompletnym dole. Mąż wie, ze wielka miłość (z jego ust), mnie nikt o zdanie nie pyta...
Pytam misia czy małżonkę uświadomił, co to było, co chciał zrobić i jakie miał plany wobec mnie... No nie... robi to kolejnego dnia (przynajmniej tak twierdzi)... żona nic (nie pytajcie mnie co jest ni tak z tą kobietą, to jest już tylko i wyłącznie jej problem). Chciałam tylko, żeby wiedziała, że nie mierzy się tylko z nic nie znaczącym romansem. Informuje misia, że sama ją uświadomię, co za chłopa ma w domu (mis - ok, nie ma sprawy - dał mi jej adres e-mail)... W sumie maila napisał on, bo były w nim przede wszystkim jego słowa... Totalnie obnażyłam jego prywatność - nawet się nie wkurzył.
Cały tydzień dobijał kobitę wszystkimi szczegółami - pozwolił na to mi. Żona nic - cierpliwe zakopała całą swoją godność w ogródku i tak trwa.
Mis teraz jest mężem przykładnym, poza tym że się ze mną kontaktuje, jeździ robić mi zakupy. Ale żona - nic, no specjalnie zadowolona nie jest...
Ja tam misia już nie chcę. Zwłaszcza, że ostatnią ostatnią rzeczą które żona nie wie, jest to, że jakieś kilka lat temu misiowi na wyjeździe zdarzyło się przez przypadek po imprezie zaliczyć jakąś panienkę... No czyli żałującego idealnego męża to nie pierwszy raz. Ale tą wiadomością już jej nie poczęstuje. Wystarczy, że musi z nim żyć. I kolejną kochankę za chwilę akceptować.
Wiem, że źle zrobiłam. Wszyscy cierpią, poza nim i to jest naprawdę wq.....jące!!! Żona położyła się i skomle o jego uwagę. Już nie ma ani charakteru, ani poczucia własnej wartości. On ma 100% władzy i co by nie zrobił, zostanie mu wybaczone...
No teraz to mnie też już nie zna. Nie pisze mi miliona smsów, nie chodzi ze mną do lekarza jak wcześniej. Nie błaga o wybaczenie i nie mówi o wielkiej miłości swojego życia... Przeszło mu... Po drodze przez przypadek zniszczył mi życie. Kompletnie. Jej też...
I niech nie mówi... Bo nie chcę gada...