Raz.
Mamusie kochają swoich syneczków. A jak Ci w dorosłym życiu nagle muszą na czyjeś awanse zapracować, to mówią, że miłość nie istnieje.
Miłość istnieje - jeśli tylko sam potrafisz ją ofiarować.
I dwa.
Rodzisz się w jakimś środowisku. Adoptujesz się do niego. Dorastasz. Znajdujesz swoje w nim miejsce. Jeśli dobrze sobie radzisz, to miejsce to staje się dla Ciebie komfortowe. Po iluś tam latach i zebranych doświadczeniach wiesz już, jak żyć budując a nie demolując, nie poświęcając wszystkich w jakiejś wydumanej krucjacie. Wtedy jesteś gotowy, żeby dać od siebie komuś innemu coś wartościowego. Na świat przychodzi twój syn. Nadajesz mu imię i wiesz, że któregoś dnia dostanie od Ciebie znacznie więcej niż gorycz, przegraną i kilka rewolucyjnych haseł. I twoja żona też to wie. To dobra kolej rzeczy.
Są kobiety, które pragną rozrywki. Ale są i takie, które szukają solidnego partnera, ojca dla swoich wymarzonych dzieci. Czy uważasz, że Twoje obecne przekonania to dobry materiał do życia w związku? Czy sam chciałbyś mieć takiego ojca? Człowieka, który majaczy bo jest niekochany? Czy sądzisz, że kobiety tego nie widzą?
Raz.
Miłość matki do dziecka to inny rodzaj miłości, wynika on z hormonów wyprodukowanych w trakcie ciąży, a podchodząc do sprawy bardziej naturalistycznie jest to było nie było miłość do jakiejś cząstki siebie(dziecko jest stworzone wszak w połowie z komórek matki). A co do zapracowania na awanse, to powiem tak - w pewnym momencie każdy człowiek chyba dochodzi do takiego punktu, że chciałby też móc robić coś dla kogoś, bo taki przykład mogę sobie pojechać do kanionu Kolorado i go zwiedzić, ale co mi z tego jak nie mam się z kim podzielić wrażeniami, pokazać zdjęć itp... Mogę ugotować super obiad, ale po co, dla siebie? - to ja pójdę do Turka i kupię kebaba oszczędzając na czasie. Ja i myślę, że nie tylko jest w stanie tą miłość ofiarować, ale cóż znaczy miłość jeśli ktoś jest brzydki, a jeszcze do tego biedny to już w ogóle.
Dwa.
A ja proponuję rozpatrzyć inną sytuację. Rodzisz się w jakimś środowisku. Masz ojca, który niczego ciebie nie nauczył i matkę, która tak cię kochała, że niczego nie wymagała. Jesteś w swoim środowisku pariasem bez pieniędzy, znajomości i tego typu rzeczy. Początkowo masz złudzenia, że chcieć to móc, ale szybko się okazuje, że nieważne jak inteligentny nie jesteś to bez wspomnianych znajomości czeka ciebie tylko praca w pobliskiej fabryce za najniższą krajową. Wmawiasz sobie na początku, że to tylko chwilowe. Mija rok, mija dwa, tracisz złudzenia. Rzekomą inteligencję przeklinasz, bo nie pozwala ci cieszyć się tym, że masz pełny żołądek, a w telewizji po raz 10ty leci film ze Stevenem Seagal. Kontakty z kobietami też tylko utrudnia(analizowanie wszystkiego, zwłaszcza słów, które nic nie znaczą, brak zdolności do gadania o pierdołach)
Wtedy też wiesz, że żadnej krucjaty nie będzie, bo nikt za tobą nie pójdzie. Tracisz złudzenia definitywnie, staczasz się w otchłań licząc, że znajdzie się pomocna dłoń, która by ciebie mogła z niej wyciągnąć. Ktoś dla kogo jesteś kimś ważnym, kimś więcej niż żywym robotem, trybikiem w życiu machiny. Kto przywróciłby złudzenia, nadzieję, może sprawił, że postawisz wszystko na jedną kartę, rzucisz tą robotę i pojedziesz gdziekolwiek, by zaszaleć, robić to o czym zawsze marzyłeś. Tylko, że to nigdy nie nadejdzie. Nikt nie zainteresuje się przeciętniakiem(bo już niekoniecznie brzydalem) z najniższą krajową.
A co mógłbyś przekazać synowi? Nawet będąc totalnym przegrywem, masz swoje doświadczenia i mimo wszystko wiesz, że twoje życie w innych okolicznościach mogłoby być inne. I od najmłodszych lat uczysz go, by nie popełniał twoich błędów, a nawet jeśli jesteś już całkiem zgorzkniały to twoje "I tak ci się nie uda" będzie lepsze niż kompletny brak ojca. Bo to jest zmora naszych czasów. Taki syn może tym się załamać, a może na przekór chcieć udowodnić ojcu, że jemu się uda. Lepsze to niż wychowywanie przez mamę, która chroni synka przed złym światem, a gdy w końcu klosz opada okazuje się, że jest tam niemowlę w męskiej skórze. Może i to jest miłość, ale w moim mniemaniu nadopiekuńcza, toksyczna i w gruncie rzeczy egoistyczna.
Są kobiety, które pragną rozrywki. Ale są i takie, które szukają solidnego partnera, ojca dla swoich wymarzonych dzieci. Czy uważasz, że Twoje obecne przekonania to dobry materiał do życia w związku? Czy sam chciałbyś mieć takiego ojca? Człowieka, który majaczy bo jest niekochany? Czy sądzisz, że kobiety tego nie widzą?
Proszę mi wybaczyć, że po tylu niepowodzeniach na tym polu czasami opuszcza mnie entuzjazm. Cóż, czy jestem dobrym materiałem na związek? Nie wiem, nikt mi nie dał szansy, abym się wypróbował. Bez fałszywej skromności, uważam, że są gorsi ode mnie i ci gorsi nie mają z tym problemów. Moim zdaniem jeśli człowiek nie zaznał w swoim życiu czegoś to naturalnym jest, że chce komuś bliskiemu to dać. Jeśli ojciec nie miał pieniędzy w młodości, chce zapewnić je swoim dzieciom, a jeśli nie miał miłości chce, by jego dzieci czuły się kochane i ich matka też. Tylko, że miłość obcego kobiety i mężczyzny nie istnieje, więc dla kobiety faktycznie nie jest to dobro, które warto byłoby mieć. I tyle. A co do przekonań, to te mogą ulec zmianie. Tylko potrzebna jest do tego jakaś solidna podstawa.
Widzę, że kuleje u ciebie umiejętność czytania ze zrozumieniem. Napisałem dokładnie to samo co ty, przeczytaj mój post jeszcze raz. To chyba oczywiste, że przyjaciele raczej się nie dotykają w intymny sposób, ani tym bardziej nie całują się ze sobą. Poza tym kobieta nadal myśli o swoim ex, a to oznacza, że ten nowy facet może być według niej kimś gorszym od byłego chłopaka. Nie wie tego dokładnie, ale to czuje. Spotyka się z nowym facetem być może dlatego, że nie chce czuć się samotna po rozstaniu, potrzebuje mężczyzny, który będzie wysłuchiwał jej żali i narzekań na ex, brakuje jej męskiego towarzystwa i nie chce, aby koleżanki poznały prawdę. Przyczyn może być milion, ale to nieistotne. Istotne jest to: ,,Nie, to nie przebiegało w ten sposób. Moje rany z poprzedniego związku nadal nie są do końca wyleczone. Sama nad tym pracuję, wychodząc z założenia, że najpierw muszę posprzątać własne podwórko, zanim kogoś na nie wpuszczę. Dotyku fizycznego nie było''. Friend Zone jak nic.
Nigdy się nie łudzę, ponieważ jestem cynikiem. Ale nie odrzucam całkowicie - tak jak to robi wielu facetów - możliwości ucieczki z Friend Zone. Uważam, że w niektórych przypadkach da się awansować na chłopaka dziewczyny z pozycji jej przyjaciela. Oczywiście nie stanie się to z dnia na dzień, bo wymaga tygodni, a nawet miesięcy kombinowania i stalowych nerwów.
Myślę, że nie ma się o co spierać, bo w jednym się zgadzamy - chłopak wpadł we friendzone. Po prostu rozbawiło mnie nieco to zdanie, które przytoczyłem, ale w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Czy z friendzone można wyjść? Pewnie tak, ale wymaga to zmiany postępowania, a więc wracają tytułowe poradniki. Tylko powtórzę - jeśli facet będąc sobą zasłużył tylko na bycie kumplem = mentalne wykastrowanie(bo tak to należy nazywać, jeśli facetowi zależy, a laska proponuje mu przyjaźń to znaczy tyle, że nie widzi w nim faceta) to czy jeśli osiągnie swój cel udając kogoś innego będzie szczęśliwy. Być może, wszystkiego można się nauczyć.