No i stało się 
Nie wiem od czego zacząć więc może od początku... - ostrzegam - będzie długie opowiadanie... i ryzykuję podając dużo szczegółów...
wczorajszy dzień był - pomimo wrażeń z dni poprzednich - znośny... spokój, mąż w pracy?, spotkanie z koleżanką, zakupy, powrót do domu, kolacja (wspólna bo przecież cały dzień był poza domem i na pewno nie jadł nic ciepłego)... do czasu jak mąż nie przeprowadził rozmowy telefonicznej z "konsultantem bankowym"... popełnił jakiś błąd i się zdenerwował... tak się nakręcił, że państwo tylko czyha na błędy obywateli, że wszyscy chcą tylko jego finansów - łącznie ze mną! - i nastąpił powrót do tematu intercyzy... kto mi podpowiedział takie rozwiązanie, dlaczego nie chcę podpisać, dlaczego............ dlaczego......... dlaczego.............. - stał nade mną i próbował wymusić odpowiedź.... rzekłam, że wszystko co na ten temat miałam do powiedzenia powiedziałam poprzednio więc nie zamierzam się powtarzać... byłam spokojna - jeszcze................
ale jego to nie satysfakcjonowało, wręcz doprowadziło do "białej gorączki"... no i koszmaru ciąg dalszy............... że utrudniam mu życie, że przeszkadzam jego rodzicom, że ich blokuje, że powinnam się wymeldować z nie swojego mieszkania, że nic nie wniosłam do naszego małżeństwa, że mam wyłączyć tv bo on płaci za kablówkę, że siedzę na jego łóżku, że korzystam z nie swoich rzeczy, sprzętów, że przeze mnie ma same straty, że go torturuję psychicznie, że zakłócam jego spokój, że co ja tu w ogóle robię ....................... (nie wszystko jest tylko jego - dużo też wniosłam w nasze małżeństwo)...
nie wytrzymałam... rozpłakałam się.... wstałam z jego łóżka aby pójść do łazienki...(miałam wielki problem z chodzeniem - strasznie bolą mnie mięśnie krocza - nigdy tego nie miałam, nie mogę siedzieć, chodzić, sprawia mi to ogromny ból ale on miał to w du... powiedział z ironią "co rodzisz???")... ale jakoś doszłam do toalety ale on nie pozwolił mi zamknąć drzwi... ukucnęłam... ulitował się...
szlochałam.... nie potrafiłam zapanować nad emocjami... wyszłam wc a on co... kontynuował...
wysłałam sms do rodziny aby po mnie przyjechali bo już nie wytrzymuję... próbował wyrwać mi telefon... pytał z kim się teraz komunikuję... wpadł w szał...myślał, że go nagrywam... nagle wykrzyczał "wynoś się stąd !!!!!!!!!!", powtórzył to jeszcze raz................
powiedziałam, że go nie nagrywam, że napisałam aby po mnie przyjechali, że mam już go dość, że nie chce już tu mieszkać, że nie chcę tu przebywać, że doprowadza mnie do takiego stanu... nie uwierzył od razu... ale gdy pokazałam mu telefon uspokoił się trochę... zaczęłam się pakować, prosił abym została... że on mnie nie wyrzucił... że to cofa... ale ja nie reagowałam... wpadłam w taki stan, że nie potrafiłam się już kontrolować i... wyrzuciłam mu wszystko... że to on rozbił małżeństwo bo się nagle odkochał, że to on romansował ze swoją "podopieczną", że to on mnie okłamywał, że wychodzi do pracy a spotykał się z nią, że to on jej wypisywał czułe słówka, że to on chciał z nią zniknąć - ale choroba mu w tym przeszkodziła, że to on ma teraz mnie i dziecko z głowy - w końcu będzie miał spokój, wolność i wygodę... wylatywało to ze mnie jak nigdy...
a on co... że wymyśliłam sobie wszystko, że przecież nie pojechał z nią... i nie widzi problemu... że te czułe słówka nic dla niego nie znaczyły... po prostu ot tak sobie pisał... i przeszedł do kontrataku... że to ja miałam niejasne układy z pracodawcą, bo na zwolnieniu chodziłam do pracy (dbałam o swoją przyszłość, poza tym L4 trzeba było dostarczać)... że pozwalałam sobie na różne komentarze na swój temat, że się nie szanowałam...
w między czasie - nie pamiętam dokładnie w którym momencie - dzwoniła do mnie mama - nie odbierałam telefonu bo i tak nie byłam w stanie z nią rozmawiać - zadzwoniła do niego - odebrał po którymś tam razie... rozmawiał z nią... spokojnie!!!.. jakby nigdy nic... powiedział, że płaczę i nie wiem dlaczego... moja mama nie uwierzyła mu, powiedziała, że sama się w ten stan nie wprowadziła, że nie ma sumienia bo mnie stresuje (jestem w 9 m-cu ciąży), że powinien dać mi spokój, mi i dziecku - bo przecież na nim się to wszystko odbija... że powinniśmy dać sobie czas bo może nie dotarliśmy się w małżeństwie... na to on "to co mamy uprawiać fikcję?" - mama odp. że nic na siłę, ale nie w taki sposób...
potem zadzwoniła do mnie - zapytała czy ma naprawdę przyjechać - powiedziałam, że nie chcę już tutaj być... i przyjechała... na do widzenia powiedziała mu tylko, że nie ładnie tak wyrzucać żonę z ciąży z domu... wyszłam, zamknęłam drzwi nie patrząc się już na niego... tylko płakałam...
wsiadłam do samochodu i myślałam, że to już koniec tego horroru... ale zadzwoniła siostra...myślałam, że chciała się zapytać czy już wracamy ale niestety nie... powiedziała, że przed chwilą rozmawiała z teściową, która na nią nakrzyczała, że nie pozwoli krzywdzić syna, że już dawno powinnam się wynieść z jej mieszkania, że oni też mają prawników, że nie pozwoli na awantury na klatce... poskarżył się mamusi zaraz po tym jak wyszłam z domu...
gdy wjeżdżaliśmy do rodzinnego miasta to przypadkiem widziałam, jak jego rodzice jadą w przeciwnym kierunku - do "swojego mieszkania"... była już północ!!!
nie śpię całą noc... trochę się uspokoiłam - już tak nie płaczę... żal mi tylko dziecka, bo znowu narażony został na ogromny stres... dzisiaj mieliśmy umówioną wizytę na usg - mąż chciał zobaczyć syna! - nie pojadę tam... chociaż do lekarza może się wybiorę bo te bóle mnie bardzo niepokoją... może to z przeciążenia...
nie chciałam aby się tak to zakończyło - najgorszy sposób - tyle niedopowiedzeń, tyle żalu, obrazy, kłamstw, przykrych słów, stresu, płaczu... będzie ze mną walczył - nie da mi spokoju - mamuśka go podburzy!
jak on może mówić, że to ja go wykańczam psychicznie, że to ja go doprowadzam do szału, że to wszystko moja wina...
ja go tylko pokochałam i wpatrzona byłam w niego jak w obraz, wszystko dla niego bym zrobiła... a on... to nie on... taki zły, agresywny, bezwzględny... to nie ten sam człowiek...
jest mi cholernie przykro...