Czarna kotka
pewne sformułowania może brzmią drastycznie, ale przy odrobinie dobrych chęci można sobie wyjaśnić o co chodzi. Przypomina mi się historia ciotki mojej przyjaciółki. Teresa jak miała 40 lat poznała 50 letniego wdowca, który miał 5-tkę pełnoletnich dzieci - 2 córki i 3 synów. Było już kilka ładnych lat po śmierci ich matki, kiedy zdecydował się oświadczyć Teresie. Z 5-tki dzieci, dwójka ją zaakceptowała, trójka nie - okazywała jej jawnie wrogość, robili z niej hm ... jakby łowczynię majątku (bez przesady, facet jako kolejarz nie miał nic konkretnego). W momencie jak urodził się ich przyrodni brat, zachowywali się jakby go nie było. Nigdy nie przynieśli bratu żadnego prezentu, niespodzianki - nawet po dzieciach, ponieważ Michał był w wieku dzieci swojego rodzeństwa (tylko ta dwójka, która zaakceptowała jego matkę, odwiedzała ich, przynosiła ubranka i zabawki po dzieciach itd.). Dzisiaj chłopak ma ponad 30 lat, jest lekarzem, matka dobiega 70-tki, ojciec przekroczył 80 lat. Jakiś czas temu Teresa chwilowo zaniemogła, a ponieważ jej siostra zmarła na raka, było podejrzenie, że może to również nowotwór. I nagle .......... wszyscy się nią zainteresowali, w panice, że kto zajmie się ojcem jak Teresa zemrze. Ojciec niby na fleku, ale jak się ma 80 lat to trudno planować co będzie w przyszłym miesiącu, a zatem... może ojcem powinien się zająć Michał, jako najmłodszy syn, a tak naprawdę póki co najmniej ustawiony, młody lekarz tyrający na rodzinę na specjalizacji. Na szczęście okazało się, że to nie rak, Teresa wróciła do domu i nadal opiekuje się swoim już lekko stetryczałym mężem. I co z tej historii jest najważniejsze - to że po 30 latach ona jako żona została zaakceptowana przez ową trójkę pasierbów, która nie lubiła jej "dla zasady", bo się "wpieprzyła" w życie ich rodziny. Nagle okazało się, że była ważna, bo się zajmowała ojcem, opierała go, gotowała, jeździła do lekarza jak chorował na raka prostaty itd. Czysty pragmatyzm spowodował, że nastawienie jej pasierbów zmieniło się o 180 stopni i w końcu zaczęli się do niej zwracać jak do członka rodziny.
Moja koleżanka z którą siedzę "face-to-face" w pracy, powiedziała, że poza własnym synem, nie akceptuje żadnych innych dzieci - nie lubi, drażnią ją, generalnie dzieci nie są fajne i sama się długo zastanawiała nad macierzyństwem. Dlatego, tak jak dorośli nie są w stanie się polubić i zaakceptować, bez konkretnego powodu, tak rozumiem kobiety, które nie będą lubiły i akceptowały obcych dzieci. Ale nie chcę mówić za koleżankę, która ma kwestię przemyślaną i skoro tak ma, to najważniejsze że diagnozuje problem i minimalizuje "ofiary". Uważam też, że nie można diagnozować czyjegoś problemu po jednym poście bez kontekstu, całej historii itd. dlatego, może i brzmi drastycznie, ale rozumiem ile trzeba samozaparcia, żeby znosić w domu pasierba, który np. okrada, spiskuje, dokucza itd. A niektóre historie z pasierbami w roli głównej są cokolwiek drastyczne.... Nie wiem czy ciężko sobie wyobrazić, ze poza patologicznymi macochami, funkcjonują patologiczni pasierbowie....
Przyznam również, że ja powiedziałam również mojemu M, że zapewne nie będę kochała jego córek tak jak swojego syna "w drodze", ale ... czy ja żądam, aby pasierbice kochały mnie jak matkę ... nie .... i nie aspiruję, a nawet bym się źle czuła, bo to zobowiązanie, którego nie chcę. Nie sądzę też, żeby pasierbice kochały swojego przyrodniego brata bardziej niż siebie nawzajem. Może będą zazdrosne i będą go nienawidziły - pytanie co np. eks im powie (skoro już potrafiła powiedzieć córkom, że tata nie daje jej pieniędzy na ich utrzymanie, co jest wierutnym kłamstwem, jak się później okazało, jej rzekomo chodziło o to, że tata nie daje jej pieniędzy do ręki, tylko przelewa na konto (wtf), tylko córki ją źle zrozumiały... to czemu nie może powiedzieć córkom, że ojciec więcej pieniędzy poświęca na Jasia, albo że kocha bardziej Jasia, bo go ma w domu), pytanie czy ojciec zachowa odpowiedni balans (a wiem coś o tym bo mam 10 lat młodszego brata i też było mi czasem trudno zaakceptować, że teraz on pochłania większość czasu mamy itd., paradoksalnie myślę że mogą być nawet zazdrosne o mój czas...). A może to mój Jaś nie będzie lubił swoich sióstr, które nie mają żadnych obowiązków, dostają wszystko co chcą itd., podczas gdy on będzie miał obowiązki, będzie musiał się uczyć dobrze, będzie miał gorszy pokój na parterze przerobiony z gabinetu, będzie miał matkę, która nie pozwoli ojcu go rozpuszczać itd. Trudno powiedzieć... ale dzięki temu, że jest to forum, możemy sobie o tym pogadać, więc nie róbcie smrodu wokoło tego wątku....