No i wczoraj sprawa się trochę posypała. Wzięliśmy dziewczynki na badanie usg "połówkowe", które zostało ustawione specjalnie tak, aby mogły w nim wziąć udział i zobaczyć braciszka. Najpierw młodsza była trochę przestraszona, ale potem bardzo pozytywnie reagowały i były zaciekawione. Lekarz też był fajny pokazywał im i opowiadał co widać na monitorze, liczył paluszki, itd. Oczywiście młode wróciły do domu i opowiedziały matce - bez złych intencji... myślę że dla nich to przeżycie. I trochę mleko się rozlało....
Wieczór to seria sms, które zaczęły się mniej więcej od tego, że nie życzy sobie, żeby M sprawy prywatne załatwiał w czasie widzeń i że ja mogę sama chodzić na usg albo umawiać się na inne terminy. Odpowiedź - usg było specjalnie ustawiane pod dzieci, tak aby mogły zobaczyć braciszka i się oswoić z myślą że się pojawi, poza tym w czasie ojca, to on decyduje co ważnego dzieci z nim robią. Potem już się turlało samo - to że temat zabolał i go "używa" aby "dotknąć" M wynikało jednoznacznie z tonu sms. Padały w nim słowa "kochanka", dzieci "legalne i nielegalne" itd.... Ponieważ M czytał mi sms, a ja raczej nie mam emocjonalnych problemów z tym, że kobieta próbuje "dopieprzyć", więc dość długo odpowiadaliśmy bardzo spokojnie. Oczywiście w którymś momencie pojawiły się z jej strony złośliwości typu "dla dzieci legalnych byłeś beznadziejnym ojcem, a taki dobry jesteś dla dziecka kochanki" itp. W końcu sms-y, których nie chcę nawet przytaczać bo były kąśliwo-durne, zeszły na temat "jak ja byłam w 7 miesiącu ciąży brałam udział w próbach polowych". Ki diabeł ..... okazało się, że eks wobec psa-championa miała ambicję uczynienia z niego reproduktora i latała w ciąży na próby polowe.... dla mnie - wyższy poziom abstrakcji... nie wpadłabym na coś takiego osobiście, a przymuszona do prób polowych po prostu bym inicjatora "inicjatywy" obśmiała... No cóż ... po kilkunastu normalnych ripostach, które odnosiły się raczej do rozsądku i argumentów "merytorycznych" nadeszła chwila, kiedy z pewną dozą satysfakcji pozwoliłam sobie na złośliwe odpowiedzi, po których zapadła tak długo oczekiwana cisza. Kobieta żołądkowała się nazywając mnie kochanką (no cóż - jestem nią, poznaną przez M 6 lat po rozstaniu z nią, mam 39 lat i naprawdę nie jest dla mnie problemem nomenklatura), sama z kochankiem żyjąc pod jednym dachem w ukryciu (bo miałoby to wpływ na wysokość alimentów - np koszty utrzymania domu dzieliłyby się na 4 a nie na 3). Więc odnośnie kochanki odpisaliśmy, że dzieci wychowywane w rodzinie patchworkowej, z partnerami rodziców zdążyły już się oswoić więc tragedii nie ma, ale M cieszy się że matka jego dzieci narzuca wysokie standardy moralne w tym zakresie, przy czym śpieszy ją uspokoić, że w stosownym momencie kwestie niesformalizowane doczekają się szczęśliwego finału ..... Następnie okazało się, że eks już się zorientowała z internetu kim jestem - to chyba też zabolało ją, bo pokończyłam dobre szkoły, mam dobrą pracę (w tej samej firmie od ponad 15 lat), jakieś tam publikacje branżowe... No i zaczął się przytyk do liceum katolickiego, do którego chodziłam, co u mnie wywołało śmiech, u M atak irytacji. Po jeszcze kilku beznadziejnych sms, M zapytał o co jej chodzi i co ją boli, że wtrąca się w nieswoje sprawy, robi jakieś wycieczki do przeszłości, która jest dawno zamknięta, że ma się z nim kontaktować w bieżących sprawach dotyczących ich wspólnych córek, natomiast inne aspekty jego życia, chyba powinny być poza zakresem jej zainteresowań i niech żyje własnym życiem itd ....
M nie jest dobry "w te klocki" tj. na sms eks reaguje bardzo bardzo emocjonalnie. Ja nie.... Nie robię nic złego, jej córki traktuję bardzo dobrze - jakby były moimi bratanicami, nie mam sobie nic do zarzucenia w kontekście tej kobiety. Dbam o to, żeby M w korespondencji nie robił jej głupich emocjonalnych przytyków, które świadczą o tym, że temat dla niego też jest nadal bolesny (bo jakby tak się głębiej pochylić, to po tym małżeństwie wyszedł jak wrak, więc nie dziwota, że kontakty z eks powodują u niego skrajnie negatywne emocje). Nie pozwalam M żeby obrażał matkę swoich dzieci, również ze zwględu na córki - żeby nie mogły mu kiedyś zarzucić brak szacunku do matki. Nie znałam M nawet jak już miał orzeczony rozwód, więc nie rozbiłam jej małżeństwa, jestem totalnie osobą trzecią, do której ma żal bo .... jej córki mnie bardzo lubią, bo mówią o mnie dobrze, bo cieszą się na informację o rodzeństwie itd. Nie traktuję oczywiście dzieci jako oręża, żeby dopiec eks (w ogóle nie myślę takimi kategoriami), ale skoro ją boli to, że staram się być dobrą macochą dla dziewczynek, no to musi sobie z tym poradzić.... Ale jak tak się zastanowić, to z moich doświadczeń wynika, że kilka kanalii, które w życiu poznałam, najbardziej bolała "cnota" - czyli coś co bym określiła jako dobre, rzetelne, pozytywne podejście do świata, ludzi itd. Ich krew zalewała, kiedy ktoś był "inny" tj. nie dawał się wkręcić w bagno i upodobnić do nich. Taką też mam na tą sytuację taktykę. Poza tym dziewczynki też czują często, że staję po ich stronie w relacji z M i kiedy M się na nie irytuje, to proszę go, żeby się uspokoił i nie denerwował na dzieci, tylko spokojnie im wyjaśnił czego od nich oczekuje. Potem czasami tłumaczę dziewczynkom, dlaczego tatusia tak złości jak np mówią mu o występie w przeddzień - bo bardzo chce być w szkole na akademii, ale często nie jest w stanie tak zorganizować w pracy albo innych zajęć, żeby w tym terminie się pojawić i dlatego prosimy, żeby jak tylko wiedzą o takim przedsięwzięciu, to dawały znać. Wtedy tatuś postara się tak poprzestawiać inne obowiązki, żeby się pojawić. Dziewczynki reagują pozytywnie, bo myślę że czują się traktowane poważnie, zadbane i że tacie zależy na kontakcie. Oczywiście eks ma własną, najgorszą z możliwych teorię na temat M, jego poczynań i oczywiście na mój ....
Eks jest w przekonaniu, że M dał się usidlić na ciążę
Ciąża to był jeden z większych szoków w moim życiu, bo byłam przekonana, że temat jest już pozamiatany i generalnie jest z nim problem.... No ale przecież nie będę się z tego tłumaczyła eks
W mojej głowie, na jej przytyki, powstawały baardzo złośliwe odpowiedzi, ale primo - nie chcę bagna, secundo - nie chcę dla M korespondencji, która go tyle kosztuje. Są inne bolączki eks związane z moją ciążą - to przede wszystkim wysokość alimentów, na którą kolejne dziecko może mieć wpływ. I ... zupełnie fałszywe przekonanie eks, że ja się tą ciążą "umościłam". A to jest abstrakcja, bo M ma taki sam poziom dochodów jak ja i doprawdy, gdybym się kierowała tego typu czynnikami, to wybierałabym inaczej. Ale pod tym względem M i eks się akurat dobrze dobrali - oboje są bardzo materialistycznie nastawieni i sprawy finansowe też są solą w oku "eks". Mój M ma też takie czasami odzywki, które mnie wnerwiają, bo świadczą o wysokim poziomie stresu finansowego, ale pracuję nad nim, że najważniejsze jest zdrowie, żeby się dzieci dobrze chowały itd, a jak nas stać na chleb, dom, wakacje itd to znaczy, że wszystko jest dobrze.
Sory, za przydługi post, ale nie mam się tym z kim podzielić, bo w moim otoczeniu sama młodzież z którą nie będę roztrząsała takich tematów, a przyjaciółki do albo stare panny (jak ja do czasu poznania M), albo mężatki 