Witajcie
cieszę się, że jest ten wątek - który przeczytałam już prawie od deski do deski. Od kilku miesięcy jestem i drugą i macochą dla dwóch dziewczynek. Nie jest traumatycznie (póki co), raczej (póki co) jesteśmy w miarę zgodnym stadłem. Czasami jestem wygłupiona, bo nie wiem jak mam wobec nich postępować, w szczególności w sytuacjach nieco bardziej kryzysowych, jak np. przy okazji permanentnych awantur przy nauce. Różnię się z moim facetem co do kwestii wychowawczych - ja raczej jestem za dyscypliną i porządkiem, on natomiast im na sporo pozwala, a jak w końcu przegną to na nie krzyczy. Mam raczej spokojne usposobienie i u mnie działa to trochę inaczej - one fiksują, ja najchętniej bym interweniowała od początku, na zasadzie "proszę się tak nie zachowywać", ale nic nie mówię (ojciec twierdzi, że jestem zbyt restrykcyjna), irytacja narasta u mnie dość powoli, u mojego faceta wybucha wtedy kiedy u mnie ma poziom umiarkowany. On wtedy dziewczynki beszta i karze je. Mi jest ich żal, ale nie wtrącam się. Dzieciary są trochę życiowo skołowane - mama je wychowuje a tata do tej pory był głównym zabawiaczem. Wydaje mi się, że od kiedy jesteśmy razem trochę zrozumiał, że jest odpowiedzialny za pomoc im w nauce. Od kiedy siedzi ze starszą (4 klasistką) nad matematyką, to odchodzą w domu takie schizy, że z lubością w tygodniu zostaję wtedy dłużej w pracy, albo w weekend (tak jak w ten) idę do swojego domu. Tym razem miałam dużo pracy "pracowej" i zależało mi, żeby mieć spokój. Bo przy dziewczynkach nie ma spokoju...
Mamy dobre warunki mieszkaniowe, dziewczynki mają swój pokój, komputery, tablety itd. Są zajęcia z dziećmi, ale czasem mogłyby się też zająć z sobą.... Nie mniej ojciec i ja jesteśmy dla nich "atrakcją", więc cały weekend de facto spędzają z nami. Może wszystko to mnie mniej irytuje, bo w domu są miejsca, gdzie mogę się "ukryć"
Odrębny temat to ich matka i kwestia alimentów. Właśnie jesteśmy w trakcie sprawy o ponowne ustalenie wysokości alimentów. Z kasą u nas póki co ok i uważam, że bezwzględnie obowiązkiem ojca jest partycypowanie w kosztach ich wychowania, ale czytanie dokumentów sądowych dobija mnie. Nie jestem prawnikiem, ale pracuje w podatkach i umiem pisać dokumenty "prawne", dlatego pomagałam partnerowi odpowiadać na argumenty byłej żony i przyznam, że mimo że jej nie znam, to kobieta mnie zirytowała.... Dotychczasowe alimenty zasądzone są dość wysokie, ponieważ gdy były zasądzane dziewczynki chodziły do prywatnych przedszkoli plus mieszkają w trójkę w domu o powierzchni ponad 200 m2, co niestety generuje bardzo wysokie koszty utrzymania nieruchomości. Od pewnego czasu razem z nimi mieszka nowy partner ich matki (zatem mieszkają w czwórkę), dziewczynki chodzą do publicznej szkoły. Matka, żeby utrzymać wysokość alimentów pozapisywała dzieci na zajęcia dodatkowe - starsza ma 9 zajęć dodatkowych, młodsza 8. Dodam, że matka w żaden sposób nie uzgadnia tego z ojcem - zapisuje je na zajęcia na które chce, mój partner nie ma na to wpływu. Wygląda to tak, że one ledwo dukają po angielsku, a mają zajęcia z native speakerem za 50 zł za godzinę (każda oddzielnie), zajęcia z akrobatyki, tańców, teatr, żaglówki, gitarę, pianino, basen itp. Jak przyjeżdżają do ojca w trakcie tygodnia (1 popołudnie w tygodniu spędzają u ojca), to młodsza 7 letnia po prostu się pokłada. No cóż .... ja uważam, że uczą się obie kiepsko - młodsza kiepsko czyta, jest niestaranna itd., starsza ma takie sobie oceny - uważam, że jest inteligentna i powinna mieć co najmniej czwórki, ale dzieci nie mają czasu się uczyć oraz ... one tego nie potrafią. Rozmawiałam na ten temat z partnerem wielokrotnie, ale .... to nie moje dzieci, skoro nie potrafią się dogadać z żoną to ja nie będę się wtrącała - rodzicem nie jestem
Argumentacja alimentacyjna po stronie jego byłej żony, była straszna - ojciec zabrał dziewczynki do cyrku, podobały im się występy akrobatów, matka zapisała je na akrobatykę (!!!!), należy zwiększyć dziewczynkom stawkę za wyżywienie, bo jedna ma nadwagę (w związku z czym musi jeść żywność nieprzetworzoną, warzywa i owoce), a druga ma niedowagę, więc musi jeść więcej (!!!!) itd. W dodatku te pisma są tak cholernie złośliwe, a ja przyznam, że jako doradca podatkowy potrafię też dopieprzyć między wierszami, że trochę trzymałam fason i pisałam "merytorycznie", ale okropnie mnie kusiło, żeby jej się za te bzdury odgryźć. Szczerz mówiąc, w kilku kwestiach trochę dałam upust i odpowiedziałam złośliwostką na bezczelność, ale nie w takim stopniu żeby irytować sąd....
Do tej pory jest tak, że jakoś dzielimy obowiązki. Wiem, że część z Was ma inne zapatrywanie jak powinno być, ale gotuję dla nas wszystkich (w tygodniu mój partner też gotuje dla nas, więc jakoś to się "dzieli"), mamy Panią która sprząta dom więc mamy w tym zakresie lżej. Owszem - piorę i prasuję, ale pierze pralka a one ze względu na to, że są u nas co drugi weekend i raz w tygodniu, nie mają dużo prania.
Jestem w ciąży, męczą mnie ich krzyki, awanturowanie się.... lubię je, ale widzę że czasem uciekam. Powiedziałam już partnerowi, że jak urodzi się nasze dziecko, to będę nadal robiła obiady dla nas i dla dziewczynek, ale nie będę już ich zabawiała. Skupiam się na naszym dziecku w takim wymiarze jak to konieczne i tyle. I oczekuję, że on zajmie się potrzebami swoich córek .... dodatkowo oczekuję, że telewizor będą oglądały u siebie i że nie będzie hałasów w domu. Muszą pojąć i zaakceptować, ze w domu jest małe dziecko i skończyć z piskami i pipczeniem jak małe dzidzie (bo tak się dość często zachowują).
To trwa od pół roku, więc moje frustracje nie osiągnęły jeszcze jakiegoś krytycznego poziomu - nawet się do niego nie zbliżyły. Nie mniej drażnią mnie różne "akcje" dziewczynek i mój partner, który jest kumplo-ojcem, a ja uważam, że to błąd. Jestem w ciąży, czasem nie mam siły znosić hałasów - kiedy mówię partnerowi, że męczy mnie to, on mi odpowiada, że nasze dziecko będzie jeszcze bardziej wymagające i hałaśliwe. Ja jednak gdzieś tam w głębi serca, czuję że nie do końca tak będzie... że wobec swojego dziecka będę niestety miała więcej cierpliwości i chociaż lubię dziewczynki i staram się, żeby im było u nas dobrze, to mimo wszystko nie będę w stanie je kochać jak swoje dziecko.... Nie oczekuję też, że dziewczynki będą mnie kochały jak matkę..... Chyba nie mam z tego powodu poczucia winy (i chyba nie powinnam) - staram się tak jak potrafię i w takim zakresie, jak uważam za słuszne.
Chyba na dzień dzisiejszy nie mam jakiegoś bardzo konkretnego problemu, poza tym że od czasu do czasu czuję solidną irytację i nie wiem na ile mogę je zbesztać albo ustawiać, kiedy źle się zachowują. Staram się być jak najdalej kwestii związanych z eks żoną i tego co było między moim partnerem a nią. Zaliczyliśmy już kilka awantur "w temacie" - ostatnio kiedy wspomniał, że jego teściowa obierała jabłka, kroiła je i częstowała go (w domyśle, że ja mogłabym robić podobnie). Akurat trafił na mój ciążowy "gorszy dzień" i przyznam, że opieprzyłam go na czym świat stoi, że naszemu dziecku będę obierała jabłuszka, ucierała i nawet dosładzała, ale staremu dziadowi ani mi w głowie usługiwać. I jak mu tak było dobrze z teściową, to trzeba było siedzieć przy żonie.... Między mną a swoją żoną miał kilka "koleżanek", które myślę że go dopieszczały. Z tego co słyszę, to był "niezłą partią" i kobiety się o niego bardzo starały - na mnie jego status materialny wrażenia nie robi, ponieważ mniej więcej zarabiamy tyle samo. Teraz on jest trochę cwany i rozpuszczony i wyobraża sobie, że wybierze z każdej byłej kobiety to co dla niego najlepsze - powinnam być miłą, usłużną, cierpliwą, dobrą kobietą, która w dodatku w pełni zaakceptuje jego córki. Już też kilka razy ścinaliśmy się w powiązanych kwestiach.
to tyle na początek .... Nie mam z kim na ten temat porozmawiać, bo żadna z moich dobrych koleżanek nie ma takiej sytuacji jak ja - faceta z dwójką dzieci i eks-żoną.
pozdrawiam Was serdecznie