Cześć Dziewczyny!
Jestem kandydatką na macochę i w związku z tym, że nie do końca potrafię się w tym odnaleźć, zaczęłam szukać w sieci porad dla partnerek dzieciatych facetów, no i tak trafiłam na to forum...
Moja sytuacja wydawałoby się, że nie jest taka najgorsza - 13-letni syn mojego partnera jest pozytywnie nastawiony do kolejnych związków ojca, a to chyba połowa sukcesu. Ale niestety dla mnie wcale nie jest tak różowo... Mój partner rozwiódł się kilka lat temu, po rozwodzie miał jeszcze partnerkę, która była "miłością jego życia", ale źle go traktowała, nie potrafiła do końca zaakceptować faktu, że ma syna i ostatecznie po kilku latach wspólnego życia rozstali się.
Nas niestety nie połączyło ze sobą równie płomienne uczucie - zaczęliśmy się spotykać na przyjacielskiej płaszczyźnie, później okazało się, że fajnie dopasowaliśmy się pod względem preferencji seksualnych, a potem to już jakoś poszło i zaangażowaliśmy się uczuciowo. W końcu doszliśmy do momentu, w którym trzeba zadecydować czy myślimy o sobie poważnie i czy planujemy jakąs wspólną przyszłość (ślub i dzieci to baaaaaaaardzo daleka perspektywa). No i mam ogromną rozterkę. Jestem osobą, która nigdy nie chciała być z mężczyzną, który już ma dzieci - powodów jest dużo. Po pierwsze na razie nie chce mieć swoich dzieci i nie wiem czy kiedykolwiek będę chciała je mieć. Po drugie mam trochę zwichrowaną historię, jestem bezdzietną singielką, ale życie mnie już wystarczająco mocno doświadczyło i moim marzeniem jest trwały i stabilny związek z kimś, kto naprawdę będzie mnie kochał i będę w jego życiu tą najważniejszą osobą. Chciałabym być z kimś, u czyjego boku znalazłabym nie tylko szczęście, ale i spokój.
Mój partner jest fantastycznym facetem i wspaniałym ojcem. Poświęca synowi wszystko co ma - każdą wolną minutę, każdą wolną złotówkę, co tylko może. I z jednej strony bardzo mi to imponuje, a z drugiej zastanawiam się czy ja się po prostu odnajdę w związku, w którym na pierwszym miejscu jest syn, a potem długo, długo, długo nic i ewentualnie partnerka. On oczywiście twierdzi, że to są różne miłości i mamy w jego sercu równorzędne miejsca, ale to są tylko słowa... Za którymi nie idą czyny. Rozumiem, ze nie jestem jego wielką miłością i syn jest i będzie najważniejszy, ale przytłacza mnie to drugie, wyraźnie gorsze miejsce w jego życiu. Nie chcę kiedykolwiek stawać między nimi, nie chcę też otrzymywać czegoś kosztem dziecka, ale wszystko wskazuje na to, że jeśli zdecyduje sie na poważny związek, to będę musiała walczyć "o to, co moje". Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji - zwłaszcza, że nie jestem jeszcze taka stara (mam 30 lat) i mogłabym ułożyć sobie jeszcze życie z kimś, kto nie musiałby dzielić swojego zaangażowania pomiędzy mnie, a dziecko. Rozmawialiśmy o tym poważnie, powiedział że ze mu zależy, chce sobie ułożyć życie, mieć jeszcze jedno dziecko, ale chce być też dobrym ojcem. Po tej rozmowie zaplanowaliśmy wspólne wakacje, on ma teraz trudną sytuację materialną, więc zadecydowaliśmy, że wyskoczymy gdzieś na kilka dni samochodem i on z synem też gdzieś samochodem wyskoczy. Po czym wczoraj mi oznajmia, że leci z synem na egzotyczne wakacje na inny kontynent... I po prostu mi wszystko opadło. Nie powiedziałam ani słowa, bo przecież nie będę się awanturować, że chce zabrać dziecko w fajne miejsce - ale jak pomyślałam, że ze mną chce się tłuc x kilometrów samochodem, mimo że moje zdrowie średnio na to pozwala, to poczułam się naprawdę podle. Tym bardziej, że podobnych sytuacji było już wiele.
Dziewczyny, czy to ma sens? Wchodzić w taki związek i głośno sie domagać jakiegoś równouprawnienia i walczyć o swoje czy dać sobie spokój? Pytam Was, bo macie więcej doświadczenia i może ja nie powinnam się unosić, tylko uzbroić w cierpliwość w nadziei, że on widząc moje zaangażowanie i to że traktuje nasz związek poważnie, będzie mi potrafił okazać, że naprawdę jestem kimś ważnym w jego życiu? Bo na razie to czuję, że życie w trójkącie mnie przerasta i chyba nie jestem na tyle dojrzała, żeby zaakceptować taki układ. Nie chce żyć na huśtawce i bujać się od wspaniałych chwil razem, do poczucia żalu, że moje potrzeby są zawsze na drugim miejscu 