Właśnie spędziłam wspaniałe chwile z M, było naprawdę cudownie. Nie mogę powiedzieć, że byłam z M cały weekend, bo nie mieliśmy możliwości być razem nawet pełnej doby i trochę żal, że weekend dla jego młodszego syna zaczyna się w piątek wieczorem i trwa do niedzieli wieczorem. Jednak ze względu na okoliczności o których napiszę nie będę narzekać, a cieszyć się tym co mam.
Chciałabym podzielić się z wami dwoma spostrzeżeniami o których powiedział mi M.
Po pierwsze odwożąc wczoraj na wieczór synów do dziadków, jego brat uderzył do niego z pretensjami, że w ogóle zostawia synów u rodziców, choć zdarza się to sporadycznie, że powinien też tam z nimi być. Zastanawiam się, czy to zazdrość? Po pierwsze brat M chodził ze swoją żoną 5 lat zanim urodziło się im pierwsze dziecko. Byli ze sobą od szczeniaka, czyli chodzili jeszcze do szkoły, nie pracowali i mieli mnóstwo czasu by cieszyć się sobą. My z M musimy od samego początku dzielić czas przeznaczony na dzieci, pracę i siebie. I nawet nie mamy prawa do tego, by czasem pobyć razem ze sobą? Bardzo zabolało mnie takie postrzeganie mojego związku i ignorowanie moich potrzeb, bardzo się cieszę, że M się z tym nie zgadza, jednak presja rodziny odbija się na nim.
Po drugie, byłam praktycznie w szoku jak M zwierzył mi się, że jego syn celowo grał mi na nerwach, gdyż chciał doprowadzić do tego, by jak powiedział M mieć ojca wyłącznie dla siebie. M zapewniał go, że zawsze, pomimo wszystko będą razem, będzie miał u niego własny pokój i jak przypuszczam nie będzie mieszkał z babą, która będzie mu mówić co ma robić. M otwarcie przyznał się, że młody go zmanipulował, nadal jestem pełna podziwu tej szczerości. Zawsze winy poszukiwałam w sobie, jednak faktycznie gnojek świetnie umie wyprowadzać z równowagi ojca, podobnie postąpił z matką, by mieszkać z ojcem i osiągnąć własne cele. Skoro M jest o tym przekonany to kamień z serca mi spadł. A mówicie mi, że to ja jestem egoistką, że nie potrafię zaakceptować tego dzieciaka.
M pojechał do rodziców, a ja znów zostałam sama w domu, znów potrwa chwilę zanim przestanę tęsknić. Zastanawiam się czy się do tego w końcu przyzwyczaję? Nigdy nie przechodziłam okresu randek, teraz się tego uczę dopiero. M nalegał bym z nim pojechała po jego dzieci, jednak ja nie mam ochoty widzieć się z jego matką, bratem i młodym. Na razie jest mi smutno, muszę się wziąć w garść.
Ewarg, M rozstał się, bo jego żona poznała kochanka, z którym wzięła ślub tak szybko jak tylko mogła. Jestem świadoma, że gdy poznałam M to on jeszcze pomimo wszystko pałał uczuciem do niej, był w stanie wiele poświęcić dla dobra dzieci. Miłość przerodziła się w nienawiść zawsze to jakieś uczucie, podobno to obojętność świadczy o tym, że między dwoma osobami nic nie ma. Kiedy ze sobą spali my nie byliśmy jeszcze na etapie chodzenia ze sobą, bo spotkaliśmy się na jednej randce, ja też widywałam się w tedy z innymi. Nie mam powodu być zazdrosną o niego, M często zapewnia mnie o swojej miłości i o tym, że jestem od niej dużo lepsza w wielu kwestiach. Z tego co pamiętam to opowiadał mi, że podczas rozwodu mieszkali ze sobą i uprawiali seks częściej niż podczas małżeństwa. Ona miała poczucie winy że go zdradza, a on jak mówił chciał być pierwszy przed jej kochankiem, by zaspokoić swoje potrzeby fizyczne. Może to i chore, ale tak właśnie było. Tak naprawdę to znajomość ze mną rozpętała zazdrość jego byłej żony, a jemu znaleźć oparcie, by móc przez to przejść. Jak M już mieszkał ze mną, był to czas komunii jego młodszego syna, zablokował numer ex w swoim telefonie, bo ta wysyłała mu lawiny bzdurnych smsów. Dopiero po dobrych kilku miesiącach zobaczył, że w spamie ma wiadomości od niej z tego okresu, że ta chce jeszcze wszystko naprawić. W tedy dla niego było już za późno, nie wiem, co byłoby gdyby odczytał te smsy wcześniej.
Co do priorytetów to moje dzieci są już duże, praktycznie wyleciały już z domu zatem dla mnie najważniejszy jest mężczyzna mojego życia i mój związek. Dla dzieci jestem w stanie dużo poświęcić, pragnę ich szczęścia, ale przede wszystkim myślę o sobie i o swojej przyszłości. Tak jak już wielokrotnie pisałam, moje małżeństwo rozsypało się, bo dzieci były dla mnie ważniejsze od męża, pewna starsza kobieta uświadomiła mi, że to był błąd, bo w rodzinie najważniejsi są partnerzy. Dzieci można mieć wiele, partnera ma się jednego do końca życia. Kocham moje dzieci, są moim szczęściem, ale tak naprawdę dzieci to obowiązek, przebywanie z M to przyjemność. Dlatego tak bolą jego wybory M, widzę jednak, że to zaczyna do niego docierać. Rodzina jednak ma na niego ogromny wpływ, ja nie zamierzam w to ingerować, sam musi do tego dojrzeć i obrać odpowiedni dla siebie kierunek, ja zaakceptuję jego wybór jakikolwiek on będzie.
Zbliża się długi weekend, biję się z myślami. Myślimy z M o wyprawie rowerowej, miałabym ochotę zabrać też syna, ale nie wiem jak zniosę również pasierba. Pewnie sytuacja sama się rozwiąże, bo mamy jeszcze tydzień na decyzje.