Kjim, ale ja nie mówię, że ojciec ma walczyć dzieckiem. Tylko hm... no kurde, odesłać dzieciaka, bo ma nienormalną matkę? To jest smutne po prostu. Napisałaś: Może kiedyś jak dorosną, zachcą z ojcem porozmawiać i dowiedzieć "dlaczego je zostawił". Może. A może nie. Gdyby mnie ktoś zostawił, raczej bym nie szukała. Ktoś inny by może szukał. Może by zrozumiał tłumaczenia ojca, a może nie. Czy naprawdę matka buntująca dziecko jest powodem, by się od tego dziecka odciąć? I wcale nie miałam na myśli tego, żeby dziecku tłumaczyć, że mama jest zła. Mój ojciec raz mnie "zranił". Nie zrobił nic złego, ale potraktował niesprawiedliwie w stosunku do mojego brata. Mój brat miał hm... okres okropnego zachowania, od małego (jeszcze przed rozwodem, więc to nie to, że rekompensowanie czegoś dziecku) miał podejrzenie ADHD, ogólnie dużo problemów sprawiał. I mój ojciec, jako że kary nie skutkowały, postanowił pokazać "świat" mojemu bratu. Zabrał go do Egiptu, na Wyspy Kanaryjskie, do Turcji, na Cypr itd. I tłumaczył przy tym, że fajnie się zwiedza, ale na to muszą być pieniądze, że jak chce kiedyś tak sobie jeździć, to musi się uczyć, potem mieć dobrą pracę. Fakt, że do mojego brata to przemówiło i może nie stał się od razu aniołkiem, ale stał się jednym z lepszych uczniów w klasie + jest bardzo pracowity, w wolnych chwilach dorabiał, na wakacjach pracuje, bo ogarnął, że posiadanie pieniędzy = przyjemności. Ale ja też byłam dzieckiem i mimo że miałam obiecany wyjazd do Austrii na narty, nie pojechałam, bo akurat nie miał ojciec pieniędzy. W porządku, nie ma to nie ma. Ale parę miesięcy później ojciec zabrał mojego brata znowu. I wtedy nastąpiło moje wielkie nieodzywanie się. I moja mama się nie wtrącała wtedy. Nie mówiła, że ojciec taki owaki. Porozmawiała tylko z nim, że mimo że nie sprawiam problemów i jestem grzeczną dziewczynką
, to nadal jestem dzieckiem i względy wychowawcze wobec mojego brata do mnie nie przemawiają. Ale też nie naciskała na mnie na siłę. Ojciec dzwonił, przeprosił, przyjechał, zmienił to. Ale to była sprawa między mną a ojcem, moja matka mogła wytłumaczyć ojcu, jak się czuję, ale nie siedziała i nadawała, jaki to on zły, mimo że zachował się nie w porządku. Raczej dążyła do naszej zgody.
Ewarg napisał/a:Ja już widzę jak mama zostawia swojego drugiego męża w domu samego i jedzie z twoim ojcem na lotnisko czy na wesele..... Ja już widzę jak w święta druga żona twojego taty spędza samotnie święta bo jej mąż spędza je ze swoimi dziećmi i byłą żoną.
No bardzo podoba mi się ich wspólny urlop............
Bosz, a gdzie ja napisałam, że mają obowiązek wspólnych świąt i urlopów? O obecność na weselu poprosiła moja ciotka, fakt, przez ojca, bo wiedziała, że są w dobrych stosunkach, ale to jej zależało na jej obecności i jakby ojciec z kimś był, to mogła poprosić ją sama. Lubią się, zna całą rodzinę, wesele jej syna, syn też moją matkę lubił, mogła to zrobić i bez angażowania ojca w to. Świąt wspólnych ostatecznie nie było i nikt tego nie żądał, ani żadne z rodziców, ani ja i mój brat. Po prostu, dziadek miał nie robić Wigilii, siostra ojca w takim układzie miała jechać do brata, który mieszka daleko, a mojemu ojcu się nie chciało, więc moja matka go zaprosiła, żeby nie siedział sam, bo i czemu nie? Jakby miał żonę, to przecież nie byłoby powodu, żeby go zapraszać, spędzał by święta z nią, a my byśmy go najwyżej normalnie odwiedzili. Wspólny urlop? Nie wspomniałam o czymś takim, spędzili razem Sylwestra w GRONIE SWOICH ZNAJOMYCH. Bo tym razem to moja mama nie miała planów. Jakby mieli drugie połówki, to Sylwester byłby pewnie z nimi. To nie są rzeczy, o których pisałam jako o wymaganiach. Aczkolwiek fajnie mieć rodziców, którzy się zwyczajnie nie żrą tylko lubią. A ojca odwoziła na lotnisko za każdym razem, jak leciał na wakacje z moim bratem. Mógł wynająć auto, ale po co? Nie lepiej sobie pomagać? To takie straszne, że po rozwodzie ludzie się nie gryzą?
kjim napisał/a:To Ty tak uważasz teraz z pozycji dorosłej kobiety. Żadne małe dziecko nie powie, że ma nienormalną matkę. Baaaa, żyje w świecie, który ta matka mu stworzy i ten właśnie świat dziecko uważa za normalny.
Wyrwałaś z kontekstu. Napisałam dalej: Ale na dłuższą metę hm... nie chciałabym kiedyś powiedzieć "miałam niezrównoważoną matkę, która wykorzystywała mnie w swoich chorych rozgrywkach, a ojciec w końcu machnął na to i na mnie ręką". Kiedyś - w sensie, jak będę już dorosła i zdam sobie sprawę z tego, że matka mnie krzywdziła swoim zachowaniem, a ojciec to olał, żeby mieć święty spokój. Nie miałabyś o to żalu?
kjim napisał/a:przedstawiasz się właśnie jak tak roszczeniowa nastolata. Co to ma znaczyć, że macocha "Byłaby mi obojętna"? Co to ma znaczyć , że "sama nie chciałabym jej specjalnie poznawać", "byłaby mi obojętna, nie obchodziłaby mnie" i "przeszkadzałoby mi, gdyby ze względu na nią ojciec coś zmieniał w podejściu do mnie. " No to faktycznie bije od Ciebie empatia i miłość do ojca i chęć by ON BYŁ SZCZĘŚLIWY :-)
"Nie chciałabym, żeby ona ode mnie czegokolwiek wymagała. Mogłybyśmy sobie pozostać przy kulturalnym "cześć" i tyle" -----> NO TO FAKTYCZNIE TAKA MACOCHA JAK JA NIE MOGŁABY CI ZŁEGO SŁOWA POWIEDZIEĆ I MOGŁABYM TYLKO PRZYTAKIWAĆ WSZYSTKIM TWOIM FANABERIOM (jeśli bys je miała), SKORO TY OD RAZU ZAJKŁADASZ , ŻE ONA NIE MOGŁABY NICZEGO OD CIEBIE WYMAGAĆ.
Kjim, nie chodziło mi o to, że ma przytakiwać moim fanaberiom. Tak, byłaby mi obojętna, nie wiem, czemu doszukujesz się w tym negatywnego znaczenia. Obojętna w takim sensie, że nie miałabym wobec niej negatywnych odczuć, ale też nie chciałabym się
z nią specjalnie zaprzyjaźniać. Jest partnerka, ojciec jest szczęśliwy, to super. Tyle mi wystarczy. Z wymaganiami chodziło mi o to, że nie uważałabym, że ma się - nie wiem - zajmować mną. Nie chciałabym, żeby uważała, że ma wobec mnie jakieś zobowiązania, że ma mnie traktować niemal jak swoje dziecko, czy coś. Wolałabym, żeby się mną hm... po prostu specjalnie nie interesowała? Nie wiem, jakbym miała mieć macochę, to chyba dla mnie wymarzoną relacją byłaby taka trochę koleżeńsko-znajoma, nie wiem, jak to określić. Bez bliższych kontaktów, ale i bez niechęci. Dlatego właśnie "cześć - cześć", jakieś grzecznościowe "co tam u Ciebie", wymiana prezentami na święta i wszystko. I nie wiem, jakim fanaberiom miałabyś mi przytakiwać, bo ja generalnie fanaberii wobec ojca od dłuższego czasu nie miewam.
Mało jestem w domu, rzadko widuję ojca, co ta macocha miałaby do mnie mieć? Owszem, teraz jak przyjadę, to życzę sobie, żeby ojciec poświęcił mi czas, ale to jest 3x w roku (Boże Narodzenie, Wielkanoc, wakacje), więc chyba byś mnie zniosła w takich dawkach?
Zwłaszcza, że właśnie niespecjalnie miałabym zapędy do "rodzinnych" posiedzeń, z ojcem najczęściej wychodzę albo aktywnie spędzam czas. Ale to, że zabierze mnie na ognisko, na konie, na narty raz na jakiś czas, jak już przyjadę, chyba nie byłoby solą w oku? Zwłaszcza, że alimentów i tak nie płaci na mnie, a teoretycznie by się należały, więc budżetu by nie uszczuplił.
A tak trochę zmieniając temat, bo mi się skojarzyło z nartami i kosztami. Jeździliśmy od dziecka, cała moja rodzina, łącznie z dziadkiem. Potrzebuję dobrych nart, poprzednie zniszczone. Koszt rzędu 1000 zł, rodzice zdecydowali, że mi kupią. Jak podchodzicie do takich nadprogramowych wydatków, których alimenty nie obejmują? Niekoniecznie narty, ale coś jednorazowego dodatkowego? Oczywiście, o ile jest to kwota leżąca w możliwościach męża.