zazdrosna już wyjaśniam jak to jest z naszymi dziećmi i wnukami :
ja mam dwóch synów, żonatych i dzieciatych. To od nich mam 4 wnucząt. Najstarszy mój syn ma 5letniego chłopca i dwie córeczki - bliźniaczki (siedem miesięcy). Młodszy syn ma dwu miesieczną córeczkę Oboje są na swoim. Od jednego syna dzieli mnie 3 godziny jazdy samochodem a od drugiego prawie 1500km. Tak wiec wizyty są nie za częste. Młodszy póki nie było dziecka to i częściej zajrzał ale teraz to ja/my jeździmy do nich średni raz w miesiącu.
Mąż ma trzech synów: - jeden jest również żonaty (kontakt z nim ograniczony - opisywałam przyczyny konfliktu) - nie ma jeszcze dzieci.
- dwóch dużo młodszych - I i III rok studiów 300km od domu. No i właśnie ci młodsi od gimnazjum mieszkają z nami (około 8 lat). Wcześniej też byli z nami w każdy weekend, wszystkie święta i prawie całe wakacje, ferie a i w tygodniu nie raz zajrzeli bo coś tam potrzebowali od taty. Mama po rozwodzie przestała się nimi zajmować. Sytuacja przerosła ją. Potem wyprowadziła się 400 km od nich i widuje się z nimi dwa-trzy razy w roku przez weekend. Nie zaprasza do siebie. Mają tylko kontakt telefoniczny. Tak jej dobrze, wygodnie i nie moja sprawa. Kobieta nie płaci na nich alimentów. Da im parę groszy pod choinkę i na tym koniec. Męża rodzice nie żyją a byli teściowie są w podeszłym wieku i od dawna sami wymagają opieki. Tak więc mąż nie miał na kogo liczyć w opiece nad synami a najważniejsze było dobro dzieci. Nasz dom stał się ich domem. Dzwonią i mówią kiedy wracają do domu, nie pytają czy będziemy bo wracają do siebie, do swojego domu. To mnie radzą się jak mają coś ugotować, jak usunąć plamę, co kupić dziewczynie w prezencie itp. To ja uczyłam ich prasować koszule i spodnie no i w ogóle pomagam wejść w dorosłe życie. Chłopaki zżyli się ze mną. Owszem, najważniejszy jest dla nich tato. Kochają mamę i to bardzo.
Mój mąż nie robi różnic pomiędzy dziećmi. Pomaga zarówno swoim jak i moim (jeździł i pomagał przy budowie mojemu młodszemu, szykuje pokoje i jedzenie jak mają zawitać dzieci i nie ma dla niego znaczenia czy to moje czy jego. Jeździł 150km na lotnisko po moją synową i wnuka, kupuje mojemu wnukowi prezenty i bawi się z nim. Na razie zajmuje się jednym wnukiem bo pozostała trójka to niemowlęta. Ale chodzi i wybiera ze mną sukienki dla dziewczynek.
Zresztą męża synowie też lubią się z moimi i chętnie spędzają z nimi czas, pytają się co słychać... Robią dla siebie prezenty gwiazdkowe i w ogóle..... Nie wspomniałam o synowych - są pełnoprawnymi członkami naszej rodziny i nie ma różnicy czy to syn czy synowa czy dziewczyny synów - są po prostu nasze a my ich. Nie krytykujemy synowych, nie oceniamy, nie zwracamy im uwagi... pełne zainteresowanie i zaufanie.
Tak więc jesteśmy już jedną rodziną. I mam tylko nadzieję, że mama moich pasierbów po raz kolejny nie namiesza aby skłócić nas ze sobą (bo tak zrobiła z najstarszym). Choć moja synowa mówi, że chłopcy są tak do mnie przywiązani, że raczej nie dadzą sobie zrobić wody z mózgu jak ich starszy brat.
No to rozpisałam się.
Dodam, że jeszcze kilka lat temu ( gdy chłopcy byli w szkole i na co dzień w domu to miałam z nimi nie jeden zatarg. Nie raz kłóciliśmy się z mężem o nich. Czułam się wykorzystywana. Jak pisałam mąż nie wymagał od synów niczego. Wszystko robił sam i oni myśleli, że ja też będę wokół nich skakać a ja buntowałam się. Teraz, kiedy są w akademiku to rozumieją o co mi chodziło. Wracają na święta czy weekend i najpierw pytają w czym maja pomóc, sami biorą się za pranie swoich rzeczy, pomagają w zakupach, w kuchni. Nawet zawiozą zakupy mojej mamie a ostatnio naprawiali jej baterię w łazience i ustawili kanały w telewizorze. Czego więc więcej chcieć?
Mam nadzieję, że i u was wszystko ułoży się. Ale samo nic się nie zrobi. Nas wszystkich kosztowało wiele wysiłku nauczyć się żyć ze sobą. Też mieliśmy kryzysy. Pamiętam jak było mi ciężko, jak wściekałam się, że nie mogę obejrzeć filmu bo pasierbowie oglądają mecz...że muszę wracać z pracy do domu i podstawić pod nos obiad nastolatkowi który godzinami gra na kompie i tyłka nie ruszy aby pomóc i jeszcze ma pretensje że o coś proszę jakbym nie mogła zrobić sama bo inni nie muszą pomagać albo bo mama na pewno nie kazała by im robić ...bo tato się zmienił.... Jak złościłam się, że musimy wracać kilka dni wcześniej z urlopu bo chłopcy chcą przyjść do taty...albo jak musiałam cały długi weekend siedzieć w domu bo jego dzieci coś tam... Oj było tego dużo, bardzo dużo. Ale było, minęło....