Witajcie.
Po raz pierwszy piszę jako zarejestrowany użytkownik, ale sam temat śledzę od dłuższego czasu. Pozwoliłam sobie przeczytać temat od początku i wypowiedzi niektórych z Was są mi aż do bólu (!) znane.
Wybaczcie, że wyszła mi cała długa historia do czytania jak książka, ale skoro i tak padają potem pytania o wiele rzeczy, to ja może napiszę od razu wszystko ;)
Jestem od ponad roku w związku z mężczyzną. Jest starszy ode mnie 14 lat, dopiero co świętowaliśmy jego 40 urodziny. O jego dziecku dowiedziałam się na samym początku, może nie na pierwszym spotkaniu, ale jednak maksymalnie po trzech tygodniach znajomości. Pierwsze spotkania były jako znajomi i chyba żadna ze stron nie podejrzewała, że to się "przeciągnie".
Sprawa była postawiona jasno (przynajmniej tak to wtedy wyglądało). Facet mieszkał wtedy z tą babką, ale twierdził, że już ze dwa lata ze sobą nie mogą się dogadać, że każde z nich szuka sobie swojego partnera i że w sumie nic, poza dzieckiem, ich nie łączy. Nie mieli ślubu.
Wszystko ładnie, pięknie. Oczywiście do momentu, w którym nie znałam ani tej kobiety, ani dziecka. To chyba taki zwyczajny scenariusz, że zakochany facet zrobi wszystko, ale tylko na samym początku. Sprzątnie, pozmywa naczynia, pocałuje na dzień dobry i na do widzenia. Będzie kochał tęsknił i DOMYŚLI się wszystkiego, nawet niewypowiedzianych pragnień.
A potem poznaje się jego dziecko i wielka d**a. Bo przecież dziecko, które kończy podstawówkę może myć się godzinę (bo mamusia się tyle myła, to nie ma przykładu). Może rano wstać i w piżamie przesiedzieć do za dziesięć ósma (bo tatuś zawsze zrobi kanapki, bo przecież to dziecko, bo przecież za nią się wszystko zrobi, sprzątnie - a kto? no chyba w końcu i tak zawsze ja, bo ja nie odwożę dziecka do szkoły). I tak dalej. Dziecko się wita i żegna buziakiem w usta, do mnie można coś krzyknąć zza drzwi. Jak wyjeżdżam, dziecko może spać na moim miejscu pod moją kołdrą i poduszką. No bo przecież ja wydziwiam, że mi to przeszkadza.
Ostatnio usłyszałam, że "to on przecież musiał zrezygnować z większości, o ile nie z całego swojego życia" jak mnie poznał. Aha. Tylko:
-on dalej mieszka w swoim mieszkaniu (niedługo po tym, jak się poznaliśmy, jego była się wyprowadziła, oczywiście dalej jest tu mnóstwo jej rzeczy i dalej ma klucze i wchodzi kiedy chce -BO TU też MIESZKA ICH DZIECKO, więc dla faceta to żaden problem);
- on dalej pracuje tam, gdzie pracował, a ja zrezygnowałam po wspólnych dyskusjach z pracy;
- on ma tu swoich znajomych i tak dalej (ja miałam cały czas swoich minimum 100 km dalej).
Na początku było super. Jak dobrze, jego życie się zmieniło, jak wspaniale, wreszcie normalna kobieta itd. A potem zaczęły mu przeszkadzać rzeczy, które go denerwowały u byłej (tyle, że teraz wkurza go byle co, na przykład jak wstanę pół godziny później od niego). Usłyszałam tekst, że GNIJĘ W ŁÓŻKU.
Albo, jak zrobiłam sobie śniadanie. Pokłóciliśmy się dzień wcześniej i nie miałam nawet ochoty na niego patrzeć. A co dopiero robić mu śniadanie! Nie jadł do południa, taki był obrażony. Chyba na jedzenie się dorośli nie obrażają? Fakt faktem, często robię nam śniadanie, ale bez przesady... Rączki ma, duży już jest.
I tak dalej. Takie pierdoły, które on uważa za normalność, a mnie doprowadzają do szału.
Nagle musiałam wejść w życie, o którym nie miałam pojęcia. Pewnie, że na własne życzenie, ale jednak jest to wielki stres i trudność. Zawodowo tego nie robię... Nie dość, że trzeba się dopasować do drugiej osoby, to jeszcze do dziecka, które przecież fantastycznie wykorzystuje poczucie winy rodziców (wystarczyło, że dziecko "popłakało" miesiąc za nowym telefonem za prawie tysiąc złotych, a już dostało. Co z tego, że rok temu też płakało, tyle, że za innym...).
I tak dalej. Mam dość, mam dość wszystkiego i wszystkich. Warczę dookoła, szlag mnie trafia i tak się to zaczęło kręcić. Mnie wkurza coraz więcej, jego też. Śpimy odwróceni do siebie, pod dwoma kołdrami i każdy pilnuje swojej połowy łóżka. Dosłownie. Wczoraj był problem, jak poprosiłam, żeby się przesunął. Pokazał palcem deseczkę w łóżku, że tu połowa i że wymyślam.
Dobra, koniec! Mogę tak pisać w nieskończoność, znamy się z półtora roku, jesteśmy jakiś rok, a ja zaczynam wariować.