Cześć dziewczyny!
Czytam Was od kilku dni, wreszcie postanowiłam się odezwać. Od ponad dwóch lat jestem w związku z moim EM. Jestem tą drugą, jeszcze nie żoną (ślub mamy w przyszłym roku) i prawie macochą dla 9 - latka mojego EM. Generalnie czytając, ile kosztuje Was użeranie się z byłymi żonami, powinnam być szczęśliwa, bo ex byłego podjęła decyzję o rozwodzie i dziś mimo, iż jest sama, nie miała chyba od rozwodu żadnego faceta, to jednak jest spokojna - nie manipuluje dzieckiem, sama się nie wtrąca. Po prostu cud, miód i orzeszki - w porównaniu do tego, co Wy musicie przechodzić. Jednak sam fakt, że istnieje i że muszę jej pośrednią obecność w naszym życiu znosić, czasami mnie trochę dołuje. Drugą kwestią są wysokie alimenty i koszty utrzymania młodego - raz się je udało obniżyć (dogadali się, ale była to walka na twarde argumenty z przeszłości), ale stwierdzam, ze mój EM chyba naprawdę miał zaćmienie przy rozwodzie, że godził się na każdy jej kaprys (dla dobra syna).... no cóż dziś się musi z nią użerać, kiedy wydaje na utrzymanie ponad 2 tys miesięcznie, a jak prosi o jakieś ubrania dla młodego, to dostaje odp., że jakby miała mieć ubrania w takiej ilości, żeby dać EM cokolwiek, to musiałaby je dokupić. Dodam, że ona bardzo dobrze zarabiam, obecnie być może nawet lepiej od EM. Ehhhhh, rozumiem, ze samica i dba o młode, chyba każda matka ma taki instynkt, ale dlaczego nie można szczerze powiedzieć, że na to i na to potrzebuję tyle i tyle i po prostu taka kwota wychodzi, w związku z czym nie dostawać mniej na dziecko ... Nie jest to łatwy związek, ale chyba nie aż tak trudny, skoro była EM jest raczej emocjonalnym klocem i niewiele ją rusza, dlatego nie okazje w stosunku do mnie żadnych emocji - nie sądzę, by była o cokolwiek zazdrosna i całe szczęście dla mnie i mojego EM. Dlatego w sumie nie powinnam (oprócz kwestii finansowych) specjalnie narzekać. Młody już do mnie przywykł, mamy dobry kontakt, wypowiada się o naszej trójce w kategorii rodzina, wnioskuję, z jego zachowania, że dobrze czuje się w moim towarzystwie - ale chyba jak każda tutaj macocha, chcąc nie chcąc, tworząc wspólne gospodarstwo z EM uczestniczę w jego wychowaniu i mam związane z tym obowiązki. Czasami dopadają mnie pesymistyczne myśli, czy naprawdę chce mi się mierzyć z problemami, które dotykają rodzin patchwork i czy damy sobie radę z tym, co przed nami? np. wiek dojrzewania młodego + (mam nadzieję, już niedługo) nasze wspólne dziecko. Stany typu, że on miał już dziecko z inną i że przeżywał usg, szkoły rodzenia, pieluchy, wspólne wakacje, spacery, kolki itd. chyba mam za sobą, w każdym razie etap główny mam za sobą, czasem mi się przypomni, ale staram się tym nie przejmować. EM ciągle powtarza mi, że mnie kocha, że przecież nasze dziecko, to będzie nasze pierwsze wspólne dziecko, więc dlaczego miałby się nie cieszyć tak samo, kiedy urodził mu się syn. Staram się wymazać tamtą babę (mimo, iż EM ma z nią kontakt mailowy, smsowy w sprawie syna) z pamięci, nie porównywać się, nie myśleć o tym, co było - EM też mnie o to prosił, jak sam powiedział, to jest skończony etap, zamknięta księga, a ja mam się koncentrować na naszej przyszłości. Zaliczyłam w ciągu dwóch ostatnich dni zjazd, bo w weekend była komunia syna EM i miałam tę babę przed oczyma w kościele łącznie jakieś 2,5 h. Przywitałyśmy się z uśmiechem słowami cześć, tak samo się pożegnałyśmy, było generalnie miło, jeśli można taką sytuacje w ogóle tak określić, przywitałam się także z byłymi teściami EM - też jakoś było, chociaż ta była teściowa generalnie na stałe ma wypisany jakiś okropny grymas na twarzy. Wyszło ok, ja się specjalnie nie stresowałam, poznałam byłą w grudnia 2015 i nie denerwowałam się na to spotkanie, ale chyba po tym weekendzie uwolniły się jakieś uczucia, emocje, które trzymałam w podświadomości. Dobrze, że już po
i że przed długim weekendem - to NASZ weekend, więc tym razem wyjeżdżamy sami połazić po górach
pozdrawiam Was serdecznie
D