Nie nie nie. Moim zdanie ta książka jest świetna. Niewiele skorzystałam, bo moje szczęście zawsze było dla mnie na pierwszym miejscu, ale może jakaś inna kobieta kochająca za bardzo (bo tak, takie istnieją, choć skojarzyłabym to z określeniem "matka polka", lub męski "pantofel", która ma dla mnie tak samo negatywny wydźwięk) pomyśli sobie: "Robię coś źle. Trzeba coś zmienić. Przecież nie jestem szczęśliwa."
Bo ja mam wrażenie, że to jakoś siedzi w nas, kobietach. Takie dziwne myślenie, że bez faceta to jestem wybrakowana, niepełnowartościowa. Określenie "moja druga połowa" na pewno wymyśliła kobieta, która właśnie czuła się taką niepełną połową CZEGOŚ. No i jak się już trafi mąż, to na pierwsze miejsce go, później dzieci, a JA ciągle spada w rankingu. I kiedy mąż czy dzieci odchodzą, nagle okazuje się, że JA już nie ma. Jego esencją byli inni, więc kiedy ich zabrakło, nie zostało nic. Nie było pasji, przyjaciół, własnych przyjemności, tylko ciągłe poświęcanie tego JA. To jest droga, która prowadzi tylko do autodestrukcji.
"Zołza" to dość mocne słowo, i jeśli ktoś nie czytał książki, to pewnie ma w głowie obraz kapryśnej, złośliwej księżniczki-manipulatorki. Ale książkowa zołza to kobieta, która wie, że właśnie to JA jest najważniejsze. Że owszem, należy dawać, ale trzeba też brać, żeby zachować tę zdrową równowagę, która jest kluczem do szczęścia swojego, jak i bliskich. Że jeśli ja jestem szczęśliwa, to bliscy na tym skorzystają. I tak, istnieją kobiety, które o tym nie wiedzą, popatrzcie na ilość wątków pt. on mnie nie szanuje, on mnie obraża, on mnie bije, on sramto owamto... i to nie są pojedyncze przypadki! Ja siedzę, czytam i rozdziawiam buzię, ale dla niektórych kobiet właśnie tak wygląda "normalność".
I dla nich jest ta książka.