tego się właśnie obawiam...cały czas próbuję się oszukiwać, że to nerwy emocje - ale nie jestem naiwną gąską oddaną bezwarunkowo mężczyźnie, tkwię w tym toksycznym związku wbrew zdrowemu rozsądkowi i karmiąc się nadzieją, że los się odwróci - a przecież wiem, że się nie odwróci.
Doris pytałaś czy były powody takiego zachowania - oczywiście wg niego były. Byłam upierdliwa czepiałam się jak zwykle, buty stały krzywo a w tym konkretnym przypadku - zwróciłam uwagę, że źle się bawi z dzieckiem (nie umie za żadne skarby odczytać słów i intencji naszego dziecka czy powoduje jego nerwy płacz i frustrację przez co paktycznie każdy wieczór zamienia się w krzyk i nie dociera do niego, że skoro nie ume się z nim bawić to niech się nie bawi. Dawno przestałam być wulgarna - wypaliłam się też w tej materii. Po prostu kilka razy jednego wieczoru zrobiłam mu jakąś prozaiczna uwagę - powiedział że skoro jestem taka jebnięta to on idzie na piwo -a że nie znalazł kompana to usłyszałam, KILKANAŚCIE RAZY bym zdechła na raka. Taka oto miła sytuacja. Zaraz po ślubie uderzył mnie w głowę potem jeszcze mało nie oskalpował po pijaku. Zawsze jednak uwaza ze to moja wina wina mojego charakteru itd.
W miedzyczasie jest "boski" wyrozumiały zaangażowany w zycie rodzinne - oczywiście nie w brudna robotę - ale już dawno zaprzestałam mu to wypominać i grzecznie robię co do matki służącej należy - ba nawet sukienki mi szyje bo tak mnie wielbi. Piecze dla mnie chleb - bo mam problem z kupnym w sklepie, pomaga mi w pracy czasem na własne wrecz zyczenie wyręcza.
Cud - miód
Jak było? cieżko powiedzieć. Ja mam cięzki charakter - jak pisałam życie mnie nie rozpieszczało - mam dosyć posuniętą nerwice i mnóstwo kompleksów - zawsze na dystans do ludzi - nie prosiłam o ten związek nigdy. Siłą wtargnął w moje życie był bardzo zdterminowany i ....idealny. To ja byłam podła, pomiatałam nim, czasem nawet uderzyłam powietrze obok jego głowy albo zabiłam muchę na ramieniu. Nie chciałam tego związku - wiedziałam, że jesteśmy nazbyt różni - że ja jestem "ciężka" a on ukochany kobiet....najzdolniejszy na świecie, uwielbiany przez przyjaciół kazdyj nacji - jadnym słowiem optymistyczny światowiec - (podkreślę że bez kasy) takie dziecko kwiat bez korzeni. Chyba na moje przekleństwo postanowił się korzenić w moim towarzystwie - nie jestem ze stali - pracował nade mna kilka lat i owszem bywały dramaty ale z reguły inicjowane przez mnie z różnych powodów.
Cóż pracuję w budżetówce - zarabiam 1500 pln, wynajmujemy mieszkanie. Nie mamy zadnych oszczędności tylko jego alimenty jeszcze na głowie. Co mogę zrobić? Nie mogę wrócić do rodziców - brak warunków dla mnie i dla małego - co dopiero mówić o współnym sobie fajnym życiu...cholera nie mam pojecia jak mam to ugryźć, kocham go tam głęboko w sercu, ale wiem, że nie mogę z nim być - boję się tej myśli - a boję się bo nie wiem jak.
i może "zdechnę na raka"