I ja mam tak samo
Pozwolę więc dołączyć się do tego wątku. U mnie sprawa wygląda tak, że nigdy nie byłam w związku z bardzo zaangażowanym chłopakiem, więc nie byłam nastawiona na branie, ani też nie byłam w żadnej mierze rozpieszczona.
W obecnym związku wygląda to tak, że na codzień jest czułość w sensie przytulanie, całowanie, ale nie ma już romantyzmu i nutki pikanterii. Owszem, zawsze świetnie spędzało nam się czas, mamy wiele wspólnych zainteresowań, w większości przypadków jednakowe poglądy na wiele spraw i godzinami moglibyśmy rozmawiać. Mój chłopak choć na początku naszego związku rzadziej się ze mną widywał (np. raz na tydzień przez pewien okres, potem 2-3 razy w tygodniu), to stwierdził jakiś czas temu, że teraz to najchętniej spotykałby się ze mną codziennie. Nasz związek trwa już trochę, bo 5 lat, więc jest to szmat czasu.
Tak jak napisałam, brakuje w tym związku niestety pikanterii. Kobiety rządzone raczej hormonami
mają taką huśtawkę nastrojów. Raz mniejszą, raz większą. Nie chodzi o to, że są to jakieś rozkapryszone histeryczki, ale wiadomo, że kobieta raz potrzebuje więcej, raz mniej zabiegania o nią, romantyzmu. Z kolei mężczyźni są przez cały czas dużo bardziej zrównoważeni emocjonalnie i zadowalają się już choćby tym, że z nimi jesteśmy. Tak też jest i w moim związku. O ile na początku było jako takie zabieganie, o tyle teraz czuję się w tym związku jakbym była nie kobietą, ale przyjaciółką lub gorzej, czasami nawet świetnym kumplem, z którym można pograć w gry komputerowe czy wyjść na piwo. Ostatnio podjęłam próbę uświadomienia mojemu chłopakowi, że czuję się mało atrakcyjna w jego oczach, bo komplementy jakie mi mówi to np. fajna, sympatyczna. Czasami padają z jego ust słowa "ładnie dziś wyglądasz", ale w jego wykonaniu wyglądają jakby powiedział "ale dzisiaj pada". Straciłam więc poczucie, że jestem atracyjna, z czym na początku związku nie miałam problemów. W moim wątku napisałam, że przyczyniło się do tego to, że przez pierwszą połowę naszego związku często mówił o swoich poprzednich związkach i uroiłam sobie, że na nich bardziej mu zależało. Kiedy wyznałam mu moje rozterki skończyło się to tylko awanturą, że się czepiam, że coś tam kiedyś powiedział. Ale problem tkwi nie w samych już słowach, tylko w tym, że one spowodowały u mnie poczucie mniejszej atrakcyjności w jego oczach, co zresztą widzę na codzień, bo czuję się bardziej jak kumpel. W tej chwili jesteśmy pokłóceni, nie wiem naprawdę czy uda nam się ten związek jeszcze poprawić, bo z tego co mówił w sytuacjach, kiedy opuszczały go poprzednie dziewczyny starał się coś robić, w naszym przypadku już od ponad tygodnia prawie się nie odzywa.
Rozumiem was więc dziewczyny i dziwię się czemu niektórzy mężczyźni tacy są? Z czego to wynika? Znam bowiem zupełne przeciwieństwa, które są nieraz wykorzystywane przez kapryśne partnerki. Zauważyłam też, że kapryśne, próżne i zapatrzone w siebie dziewczyny mają o wiele łatwiej, ponieważ są tak zakochane same w sobie, że nie mają takich jak my przemyśleń. Zazwyczaj przez dłuższy czas udaje im się robić z facetem co im się tylko zamarzy poprzez fochy i obrażanie, a nawet jesli jakiś nie wytrzyma, to znajdą sobie kolejnego. My zaś z powodu naszych rozważań i rozkładania wszystkiego na czynniki pierwsze mamy dużo cięższe związki i najczęściej trafiamy na mężczyzn skrytych, zamkniętych w sobie i dumnych. Mało tego, twierdzę nawet, że taka zapatrzona w siebie panienka byłaby w stanie wykrzesać więcej nawet z takiego skrytego w sobie, bo łatwiej jej okazać obojętność, strzelić focha, a my boimy się, żeby nie zranić partnera, żeby nie powiedzieć czegoś przykrego i żeby nie naciskać.