Muqin napisał/a:@ Mrs. Happiness, z całym szacunkiem
, ale "mniej optymalny" to jest błąd językowy. "Optymalny" czyli "najlepszy, najkorzystniejszy".
"Mniej optymalny"" czyli "mniej najlepszy", tyle że "mniej najlepszy" od razu zgrzyta jak się przeczyta czy usłyszy, a "mniej optymalny" nie, bo optymalny jest wyraźnie z łaciny, ktora nie jest językiem ojczystym już dla nikogo.
Jak już mówiłam, celowo używam takiego słownictwa w tej konkretnej dyskusji.
Muqin napisał/a:Co wspólnego mają ludzie żyjący tysiące lat temu i na dodatek gdzie indziej zw współczesnymi ludźmi z naszego otoczenia?
Ano część "oprogramowania" czyli instynkt, albo raczej instynkty, bo jest ich więcej niż jeden i niektóre są złożone czyli nadal istniejący bagaż biologiczny gatunku. To jest nam wspólne, to pochodzi od praprzodków i to jakoś tam dziedziczymy w sposób ciągły, to nas nadal łączy ze światem zwierząt, z których żeśmy wyewoluowali. Nadal funkcjonujemy także instynktownie.
Odkąd możemy (technika poszła naprzód
) obserwować zwierzaki w warunkach naturalnych znacznie skuteczniej pojawiają się całkiem ciekawe obserwacje, niektóre dosłownie stawiają na głowie wielosetletnie czasem przekonania o życiu zwierząt, bywa że jest zwrot o 180 stopni czyli okazuje się być zupełnie inaczej niż sądzono, twierdzono czy uważano. Istna kraina niespodzianek.
Na przykład u bonobo wprawdzie nie ma stałych par, ale samce w jakiejś wersji opiekują się potomstwem i ewidentnie odróżniają własne od nie-własneg. Z czego by mogło wynikać, ze w opisanym wzorcu plemiennym z Madagaskaru czy również opisanym matriarchacie sytuacja z opieką nad potomstwem jest kulturowa, nie z biologii wprost pochodzi. Równolegle zaś można się zastanowić, czy w warunkach bezpiecznego bytowania nie zaczynają u nas silniej do głosu dochodzić zachowania instynktowne w materii zwanej opieka nad potomstwem? Tego jest multum i mogę długo, ale dla dobra społecznego włączę hamowanie. 
Zadałam tamto pytanie, bo nie chodzi o to, ile w nas pozostałości po przodkach, ani jak ludzie funkcjonowali wieki temu, tylko co najlepiej sprawdza nam się TERAZ, w naszych czasach, naszych warunkach i w naszym kręgu kulturowym, uwzględniając również "bagaż biologiczny", ale w odniesieniu do bieżących realiów.
Pod tym względem to tak, jakby porównywać dziecko z rodziny wykształconej, zamożnej, które nigdy nie musiało się martwić o swój byt i jest ustawione do końca życia z dzieckiem z tych wspomnianych plemion, żyjące w lepiance i które zamiast robić studia, uczy się jak oporządzać skórę, użyć krowiego łajna do budowy domu, czy jak upolować sobie obiad.
Niebo i ziemia.
Zatem ani ich metody nie sprawdzą się w naszych warunkach, ani nasze nie sprawdzą się u nich na tym konkretnym etapie rozwoju.
Najpierw masz środowisko, potem się do niego adaptujesz, nie odwrotnie.
Możesz próbować zmienić środowisko, ale kolejny proces adaptacji potrwa i nie wiadomo, co z niego wyniknie, ani jak wiele „ofiar” trzeba będzie ponieść, zanim sytuacja się ustabilizuje.
Zresztą to, jak złożonym procesem jest w rzeczywistości adaptacja, można zaobserwować chociażby na przykładzie imigracji z lub do krajów, które mocno różnią się od siebie kulturowo.
Muqin napisał/a:No dobrze, kobieta samotna matka ze świadomego wyboru to w naszym tu i teraz co najmniej kontrowersyjna sytuacja. Jeśli jest samotna, bo ojciec umarł, okazał się przemocowy czy zwyczajnie się oddalił i nie chce to społecznie pół biedy, jej samotne macierzyństwo staje się przynajmniej pojmowalne, zrozumiale - bo chciała jak najlepiej dla dzieci, ino nie wyszło czyli powiedzmy sytuacja mniejszego zła dla dziecka. Ale taka kobieta, co to świadomie, jak napisała Smutna "usuwa ojca z równania" - wychodzi, że jeśli przyjmiemy za absolutny pewnik, że "dla dziecka najlepsza jest rodzina z mamusia i tatusiem" automatycznie wychodzi, że taka kobieta już na wstępie nie chciała dla dziecka jak najlepiej, a dalej ocena "egoistka z problemami" to już oczywistość, mężczyzn się boi albo nienawidzi albo oba na raz, wzorca męskiego w rodzinie dla dziecka brak czyli uszkodzone będzie i można długo.
Pisałam, że świadome i zaplanowane usuwanie ojca z życia dziecka jest egoistyczne i nadal to podtrzymuje. Właściwie ten egoizm (gdy napisałam, że trzeba być bardzo egoistycznym człowiekiem, by bez solidnego powodu odbierać dziecku możliwość posiadania ojca) i okłamywanie dziecka (np. że ojciec nie żyje) były jedynym, co można by podciągnąć pod „ocenę moralną” w moich wypowiedziach. Choć z mojej strony nie padały określenia typu „egoistka z problemami”.
Muqin napisał/a:Z tym wzorcem męskim i żeńskim jest wątpliwie - już dorosły dzieci wychowywane w rodzinach jednopłciowych i okazuje się, że ani dwóch tatusiów ani dwie mamusie nie przekładają się automatycznie ani na orientację dziecka ani na jego problemy w relacjach w życiu dorosłym dające się przypisać brakowi wzorca płci w rodzinie najbliższej. Co do tej wersji rodziny jednopłciowej miałam, przyznam, ogromne wątpliwości gdy się to zaczynało. Wychodzi jak wychodzi, przełożenia statystycznie zauważalnego to nie ma.
Tylko tu masz kolejną opcję „dwóch stabilnych opiekunów”, mimo że jednej płci. Czyli to jest bliższe „matka + ojczym” albo „biologiczny ojciec + macocha”.
Zwłaszcza, że ani dwie kobiety ani dwóch mężczyzn nie jest w stanie siebie wzajemnie zapłodnić. Więc nawet gdy matka = wynajęta surogatka, a ojciec = dawca z banku spermy, to ta postać brakującego biologicznego rodzica gdzieś tam w tle „majaczy”.
No ale skoro już poruszony został temat rodziców jednopłciowych, to…
Tak grzebiąc ciut głębiej, psychologia rozwojowa opisuje po prostu różne style funkcjonowania – ten bardziej opiekuńczy / regulujący (częściej kojarzony z matką) oraz styl bardziej eksploracyjny / aktywizujący (częściej kojarzony z ojcem).
Style te nie są biologicznie przypisane do płci, mimo że społecznie dany styl jest częściej kojarzony z mężczyzną lub kobietą. W każdym razie, wynikają one z osobowości, więc w związku jednopłciowym może być ktoś, kto pełni rolę „ojca” nawet jeśli nie jest mężczyzną i ktoś, kto pełni rolę „matki” nawet jeśli nie jest kobietą.
A że partnerzy często spontanicznie różnicują role nie tylko w związkach heteroseksualnych – jest to (z perspektywy psychologii rozwojowej) dość prawdopodobny scenariusz, że przy odpowiednim doborze partnerów dziecku przekazane zostaną oba wzorce.
Natomiast ciężko o to, aby jeden człowiek zapewnił oba style funkcjonowania, bo nasz charakter nie jest płynny i pewne cechy mogą się nawet wzajemnie wykluczać.
Dodam, że osobiście nie mam ugruntowanego zdania na temat wychowywania dzieci przez związki jednopłciowe, nadal wewnętrznie czuję pewien sprzeciw, gdy pojawia się kwestia adopcji, mimo to ciężko zignorować dane, a na chwilę obecną mówią one to, co napisałaś, czyli że dziecko może się dobrze rozwijać także w rodzinie z dwiema matkami czy dwoma ojcami. Aczkolwiek dostrzegam fakt, że ma ono utrudniony dostęp do, jakby to określić… świata płci – zwłaszcza w ujęciu kulturowym, bo podział na to, co jest przyjmowane za kobiece i co jest przyjmowane za męskie, widzi poza domem, w jego domu jakiś podział też występuje, ale oparty na innych zasadach. No i odbiór społeczny bywa mocno negatywny, co może odbić się na dziecku.
W naszym kręgu kulturowym to mimo wszystko nadal coś nowego i może upłynąć sporo czasu zanim przestanie być postrzegane jako mocno kontrowersyjne i nienaturalne.
Muqin napisał/a:Jasne, badania to badania, od dawna nie mam bezkrytycznego zaufania do tzw. badań. Każde typu psychologicznego da się zrobić "pod tezę". Tu sceptyczna nadal jestem, ale zdecydowanie mniej, a przykłady indywidualne z realu skłaniają mnie raczej do wersji optymistycznej czyli że wydolna, zgodna rodzina jednopłciowa jest dla dziecka ok nie mniej niż dwupłciowa. Czyli jak to AI podsumowało "stabilna , wspierająca rodzina z dwojgiem opiekunów jest optymalna.
Moje zaufanie do badań również nie jest bezkrytyczne, a statystyka nie znaczy przecież, że coś sprawdzi się lub nie sprawdzi w 100% przypadków, tylko że jest zauważalna jakaś tendencja.
Natomiast też nie uważam się za osobę na tyle kompetentną, aby te badania czy statystyki podważać. Tym bardziej, że gdy się w nie wczytać i nad wnioskami z nich płynącymi zastanowić, to one jak najbardziej mają sens. Są również zgodne z moimi osobistymi doświadczeniami i obserwacjami.
Może poza rodzinami, w których rodzice są tej samej płci, bo osobiście nie znam ani jednej takiej rodziny, w związku z czym nie miałam okazji ich poobserwować „na żywo” (a wiedza z filmów i seriali jest mało wiarygodna) i wysnuć własne wnioski.