Do założenia tematu skłoniła mnie rozmowa (ochrzan) od mojej mamy, która twierdzi, że daję mojemu chłopakowi zdecydowanie zbyt dużo swobody w życiu. Bo mieszkamy w innych miastach (1,5 godz. pociągiem, widujemy się 2 razy w tygodniu) i gdy do niego jadę, to, o zgrozo, on nie odbiera mnie z dworca i to NA PEWNO zaowocuje tym, że nie będzie mnie szanował w przyszłości. Ale ja nie czuję się upośledzona, żeby mnie co tydzień musiał odbierać. Jeśli przyjeżdżam późno, czy mam dużo rzeczy- to mnie odbiera i pomaga. Zresztą dworzec jest połączony ze stacją metra, a z metra mam może 300m do niego.
Dalej: że pozwalam mu zostawać dłużej na uczelni, np. ja wracam do domu o 21 a on chce zostać jeszcze kilka godzin i mi to nie przeszkadza. Że gdy ja nie idę na koncert, on może iść. No i punkt koronny, Sylwester: no bo jak to, żeby Sylwestra spędzać osobno, on w klubie a ja w domu. Argument, że to była moja decyzja, bo nie lubię klubów i mam dużo nauki zupełnie nie dociera, jej zdaniem on w takim wypadku powinien zostać ze mną.
Dla mnie to głupota i robienie z partnera dziecka albo niewolnika. Sama cenię sobie niezależność i nie lubię, gdy ktoś się do mnie "przykleja", więc taki układ mi bardzo odpowiada.
Jakie są dla was granice wolności w związku w codziennym życiu? Wszędzie jesteście razem, razem obchodzicie wszystkie święta, czy pozwalacie sobie od siebie odpocząć? Czy uważacie, że takie drobnostki mogą niekorzystnie wpłynąć na przyszłość związku?