Mam problem natury moralnej.
Jestem 5 lat z moją partnerką. Ona zdradzała mnie z kolegą z pracy, była z nim w układzie FWB. To już stara sprawa to było 1,5 roku temu. Na początku jak to wyszło to wiadomo awantura, emocje, po miesiącu się zeszliśmy, zaczeliśmy terapię, którą nadal kontynuujemy, jesteśmy już na zaawansowanym etapie, jest coraz lepiej.
Mocno przeżyłem to co ona mi zrobiła. Wiem, że nie zależało jej na nim i chodziło głównie o seks, on (niestety) był bardziej przystojny niż ja i dużo lepiej "wyposażony".
Jednak przez to 1,5 roku może nie gadamy o tym zbyt często, wybaczyłem jej choć łatwo nie było. Cały czas miałem koszmary jak uprawia seks z tym dużym przyrodzeniem. Terapia i lepsza komunikacja dużo mi pomogło. Jesteśmy szczerzy ze sobą.
I teraz problem moralny....
A więc to ona ma piętno "zdradzającej" w naszym związku, a ja również nie byłem święty, pare razy się prawie wygadałem na terapii, ale udało się nie. Rzecz w tym, że ja przez pierwsze 2 lata związku chodziłem na masaże erotyczne i do prostytutek, nie wiele razy, łącznie maksymalnie 30 razy przez ten okres. Niektóre dziewczyny się powtarzały, więc może było ich 20 łącznie. Większość to masaże, ale kilka prostytutek też było. To zamknięty etap, mineły 3 lata. Jednak czasami mam refleksje aby może o tym powiedzieć? Ale nie wiem czy rozgrzebywac na nowo nasz problem. Ona się nie przyznała, wyszło jak sam się dowiedziałem. Do tego jej przewinienie wydaje się znacznie gorsze, bo ona nawet jeśli to było FWB bez większych emocji, to jednak było z kolegą, musieli mieć jakąś relację, to obrzydliwa zdrada. W moim przypadku to była zwykła usługa, pobawić się, pogadać 20 minut i do domu, bez żadnych relacji. Więc suma win jest zdecydowanie na jej niekorzyść. Jednak mimo to rusza mnie czasem sumienie. I zastanawiam się czy o tym powiedzieć. Boje się, że ona nie zrozumie i będzie chciała zrównać naszą winę.
Jak myślicie? Poruszyć ten temat?