Mrs.Happiness napisał/a:Napisałam o tym, bo patrząc z boku odniosłam wrażenie, że właśnie ten układ, gdzie kobieta prowadzi, lepiej zarabia, np. ma własne mieszkanie itp. podobałby Ci się najbardziej.
To już trochę zbyt daleko idące wnioski, co najwyżej konkretna kobieta może być bardziej okrutna i bezwzględna niż konkretny mężczyzna.
Brak ślubu akurat nie chroni faceta przed oskarżeniami o molestowanie, czy inne formy przemocy. W kwestii małżeństw obstawiałabym raczej, że głównym powodem jest to, że NIE TRZEBA ich zawierać, by mieć tak naprawdę wszystko - tak z perspektywy mężczyzny. Dziewczyny dają seks, zamieszkują z partnerami, rodzą im dzieci itp. Mało kto lubi bez potrzeby komplikować sobie życie 
Wierz mi, że nie tylko dla mnie taki układ byłby pasujący, wielu innych mężczyzn też by tak chciało choć się do tego nie przyznają.
Dlatego napisałem, że takie rzeczy się zdarzają, nie dotyczą ogółu.
Wiem, w kwestii ślubu bardziej miałem na myśli ewentualne konsekwencje rozwodu. W większości przypadków są one dla mężczyzny dużo gorsze. Zwykle to kobieta dostaje opiekę nad dziećmi, połowę majątku, a nawet mieszkanie należące do mężczyzny. Prawo w kwestii rozwodów, opieki nad dziećmi czy ojcostwa jest dalekie od dobrze skonstruowanego. To prawda, że brak ślubu dla kobiety może być kiepskim układem, a tak jest też z powodu słabych przepisów. To w ogóle nie powinna być kwestia opłacalności. Ślub to powinien być jedynie rytuał mający na celu oficjalne połączenie dwójki ludzi w jedną rodzinę. To przede wszystkim powinno być jak najbardziej równe.
Mrs.Happiness napisał/a:Czy ja wiem, czy taki relikt? Trochę takich związków znam. Co więcej, w moim związku też bywały już różne kombinacje. Początkowo tak się oboje trochę "czailiśmy", bo nie wiedzieliśmy, co jest fair, co nam pasuje. Były jakieś ambitne plany zbierania paragonów, żeby się "uczciwie rozliczać". Finalnie się okazało, że mieliśmy górę paragonów, których nikomu z nas nie chciało się nawet wyciągnąć z pudełka, więc poleciały do kosza i na tym się skończyły eksperymenty. Na ten moment pojęcia nie mam, na kogo przykładowo idzie więcej kasy miesięcznie na jedzenie. Ani mnie, ani partnera to kompletnie nie interesuje. Rozwalają mnie ludzie, którzy potrafią w wieloletnim związku mieć osobne półki w lodówce, ja bym się czuła jak ze współlokatorem, a dla mnie to by zabijało rodzinną atmosferę, której szukam w związku.
Ludzie też kiedyś mocno kombinowali, gotowało się głównie w domu, nie było tyle usług w pobliżu, więc nie chodziło się regularnie do fryzjera, kosmetyczki, na paznokcie, nie było smartfonów, laptopów, itp.
Da się
Oczywiście nie każdy ma taką możliwość, ale na etacie też można nieźle zarabiać.
Ja też znam parę takich związków, w sensie kobieta nie pracuje, a mężczyzna utrzymuje całą rodzinę. Patrząc na ich związki nie chciałbym być na ich miejscu. To całkowicie zrozumiałe i rzekłbym logiczne. Nawet w moim związku mimo iż trwał ledwo pół roku i nawet nie zdążyliśmy razem zamieszkać staraliśmy się żeby wszystko wychodziło jak najbardziej równo. Też mieliśmy pomysł zbierania paragonów ale szybko nam przeszło i po prostu liczyliśmy na oko. Na jednej randce ja płaciłem, na drugiej ona. Jak coś kupowaliśmy dla siebie to za swoje pieniądze i ewentualnie dokładaliśmy sobie jakieś małe sumy. Jestem bardzo ciekaw jakby to wyszło gdyby przyszły nam codzienne wydatki ale jak wiesz nie zdążyliśmy się tego dowiedzieć. Podejrzewam, że byłoby podobnie jak u was, a z czasem ta granica "po równo" by się dalej przesuwała aż byśmy o niej zapomnieli. Oczywiście nie licząc jakichś dużych wydatków. Też nie ogarniam takich ludzi, którzy wszystko wyliczają, a znam takie małżeństwa i do dziś nie wiem jak oni potrafią funkcjonować w czymś takim.
To prawda ale koszty życia były zdecydowanie niższe niż dziś. Ja nie chodzę regularnie do fryzjera tylko zwykle raz w miesiącu albo i rzadziej. Do kosmetyczki czy na paznokcie też nie. Podejrzewam, że większość ludzi, a na pewno mężczyzn ma podobnie. Smartfona i laptopa kupuję się zwykle raz na kilka lat. Nawet bez tych wszystkich wydatków z minimalnej nie dałoby się utrzymać w pojedynkę. W czasach dziadka dało się to zrobić, a nawet raz w roku pojechać maluchem na wakacje. Dziś minimalna nie starczyłaby ani na malucha ani na wakacje utrzymując się w pojedynkę.
Znam dosłownie kilka osób, które na etacie zarabiają 10k lub więcej. Tyle, że wszyscy są grubo po 40 więc mają wieloletnie doświadczenie w danym zawodzie i wszyscy pracują w jakichś wąskich specjalizacjach, które wymagały lat nauki i sporo pieniędzy. Oczywiście nie wszyscy z nich doszli do tego sami.
JohnyBravo777 napisał/a:Wielu chlopcow by sie niemesko ani niepewnie nie czulo gdyby ich zona duzo zarabiala - cieszyliby sie i grali w gry komputerowe caly dzien.
Wiec z tego rodzaju chlopcami takie kobiety sa kompatybilne. Tylko, ze one nie chca miec kolejnego dziecka zamiast faceta.
Meski mezczyzna moze czuje sie w takiej sytuacji niemesko - ale to uczucie nie powoduje u niego checi odejscia tylko chec dorownania kobiecie.
I w tym nie ma nic zlego.
Natomiast problem lezy w tym, ze meski mezczyzna nie chce zmeczonej i zestresowanej kobiety, ktora w ciagu dnia pracuje a po pracy potrzebuje odpoczynku.
I dlatego twoje wybory rozwalily twoje wszystkie zwiazki.
Ja pracuje zarobkowo. Dobrze zarabiam. Moglbym utrzymac kilka osob. Po jakiego kija bylaby mi zmeczona zona, ktora tez sie stresuje w pracy? Aby widziec troche wiekszy numerek jak otworze aplikacje bankowa?
Moja zona pracuje w domu. Na spokojnie. Nasze mieszkanie wyglada lepiej niz kawiarnie i inne miejsca, w ktore chodzi sie dla przyjemnosci i relaksu.
Mamy 3 posilki dziennie, zdrowe, pelne kolorow, z dobrych skladnikow, przygotowane z miloscia przez kobiete, ktora po 14 latach zwiazku zna moj smak na wylot, potrafi gotowac lepiej niz w najlepszych restauracjach do ktorych chodzimy bo to dla niej sztuka.
Kiedy potrzebuje rozladowac stres, nawet nie musze o tym mowic lub o cokolwiek prosic - bo moja zona, dzieki temu ze jest wypoczeta a jej glowa pozbawiona ciezaru problemow spowodowanych ciagla presja i wspolpraca z trudnymi ludzmi w pracy zarobkowej - sama widzi czego potrzebuje i ma sile aby mi to dac.
Wiec to wszystko sprowadza sie do tego kogo sie szuka.
Jesli kobieta szuka zagubionego chlopca, ktory sobie plynie przez zycie to jej praca zarobkowa jest OK i sobie przepali kilka/nascie/dziesiat lat zycia tylko rozwiazujac problemy obcych ludzi wspolpracujac z ludzmi, ktorych toleruje bo musi.
Jesli kobieta szuka zaradnego mezczyzny, to pracujac zarobkowo nie ma nawet startu z kobieta, ktora od wielu lat motywuje zamiana schronienia przed natura w cieply i szczesliwy dom - bo ta druga nie tylko ma czas i energie aby zaspokajac najwazniejsze potrzeby zaradnego mezczyzny, ale tez ma lata doswiadczen w nauce jak to robic - cos czego kobieta pracujaca zarobkowo nie nadrobi "bo jej sie odmienilo".
Czyli według ciebie jeśli mężczyzna zarabia mniej od kobiety nie jest nawet mężczyzną tylko chłopcem? Zaczynamy na grubo.
Za te twoje definicje "męskiego mężczyzny" wiele osób by się wkurzyło łącznie ze sporą częścią manosfery. Wysłuchałem sporo wypowiedzi na przykład Jacka Masłowskiego i nie pamiętam by wspominał, że zarobki wyższe od kobiety definiują mężczyznę. Tak samo nigdzie jeszcze nie słyszałem by kobieta zmęczona i zestresowana po pracy była dla jakiegoś mężczyzny problemem. Chyba każdy mężczyzna jakiego znam cieszy się z faktu, że jego partnerka/żona pracuje i właśnie nie musi sam ogarniać utrzymania całej rodziny.
Wybacz ale układ jaki opisujesz ze swojego przypadku brzmi bardziej jak niewolnictwo albo relacja pracodawca-pracownik niż partnerstwo. Ty zarabiasz, ona nie więc jest od ciebie zależna. Nawet użyłeś określenia "pracuje" w domu jakby była tylko twoją pracownicą. Gdybyś nagle zniknął z jej życia lub stracił źródło dochodu ona zostałaby z niczym, ty zresztą też bo zniknęłoby jedyne źródło dochodu. Obie strony powinny dawać sobie poczucie bezpieczeństwa, również finansowego.
Kiedy potrzebujesz rozładować stres ona od razu jest gotowa do pracy. Brzmi to trochę jak przedmiotowe traktowanie, jak narzędzie do rozładowywania twojego stresu. Nadal nie bardzo tu widać partnerstwo działające na równych zasadach.
Mężczyzna poświęcający lata na rozwiązywanie problemów innych współpracując z ludźmi, których jedynie toleruje jest w porządku, a kiedy kobieta to robi już nie jest? On ma zasuwać by ona nie musiała dzięki czemu on ma zaspokajanie swoich potrzeb, a ona przetrwanie. To brzmi jak czysto biznesowa relacja oparta jedynie na tym co się komu opłaca.
Podsumowując według tego co piszesz kobieta istnieje po to by zaspokajać potrzeby mężczyzny, rozładowywać jego stres będąc od niego niemal całkowicie zależną i zdaną na jego łaskę. Koło równego partnerskiego układu to nawet nie stało, o jakiejś sprawiedliwości nie wspominając. Z tego co do tej pory widziałem raczej rzadko układ gdzie tylko jedna osoba pracuje dobrze się kończył.