Mam 30 lat i od dawna jestem sama. Z zewnątrz wszystko wygląda poprawnie. Praca stabilna, samodzielność, własne sprawy ogarnięte. Nikt nie powie, że sobie nie radzę. A jednak jest we mnie poczucie, że czegoś istotnego w tym życiu brakuje.
Samotność nie przyszła nagle. Wchodziła powoli, między kolejnymi etapami życia. Studia, praca, przeprowadzki, krótkie relacje, które kończyły się zanim zdążyły się naprawdę zacząć. Zawsze wydawało mi się, że jeszcze nie ten moment, że najpierw muszę stanąć pewniej na nogach, bardziej dojrzeć, poukładać siebie. Czas mijał, a ja coraz częściej zostawałam sama.
Najtrudniejsze nie są wieczory ani weekendy. Najtrudniejsze są drobne chwile, które nie mają gdzie się podziać. Brak osoby, do której można napisać bez powodu. Brak wspólnego śmiechu z rzeczy zupełnie błahych. Brak tego poczucia, że ktoś czeka – nie z obowiązku, tylko z potrzeby.
Nie czuję się gorsza ani przegrana. Czuję się zmęczona byciem silną non stop. Samotność nauczyła mnie samodzielności, ale też odebrała spontaniczność i lekkość. I coraz częściej myślę, że bycie samej przez chwilę może być wyborem, ale bycie samej zbyt długo zaczyna być ciężarem, który nosi się w ciszy.