Mam 25 lat i od dłuższego czasu – jak chyba każdy człowiek – potrzebuję bliskości. Myślę, że to nic złego, że chciałbym budować relację z kobietą, być z kimś bliżej, normalnie, po ludzku.
Problem w tym, że mam bardzo niską samoocenę. Dużo „zawdzięczam” aplikacjom randkowym, które strasznie ją podkopały. Rzadko dostaję polubienia, ilość jest wręcz znikoma i trudno nie brać tego do siebie. Zaczyna się porównywanie i myślenie, że coś jest ze mną nie tak.
Nie ma też co ukrywać – mam 170 cm wzrostu. Wiem, że dla wielu to niewiele jak na dzisiejsze standardy. Czy to w liceum, czy na studiach, zazwyczaj byłem najniższy w grupie. Do tego mam długie, kręcone włosy. Bardzo je lubię i czuję, że odzwierciedlają mój charakter, chociaż czasem myślę, że może powinienem je ściąć. Jestem raczej wrażliwy – wobec innych i wobec samego siebie.
Kończę właśnie studia i to też mnie dodatkowo dobija. Zawsze słyszałem, że „po szkole”, „po studiach” to już znacznie trudniej kogoś poznać, a jeśli nic się nie wydarzy teraz, to potem może już nie być okazji – i tak do czterdziestki albo wcale. Może to głupie myślenie, ale siedzi mi w głowie i potęguje presję.
Jakimś światełkiem w tunelu jest to, że mam cztery przyjaciółki. To naprawdę fajne, spokojne dziewczyny, do tego ładne, ale właśnie takie „normalne”, a mam wrażenie, że dziś trudno takie spotkać. To trochę pokazuje mi, że jednak da się ze mną dogadać, tylko… no właśnie.
Zastanawiam się, czy w ogóle warto próbować podrywać dziewczyny. Mam wrażenie, że to i tak nic nie da, bo jeśli bym się komuś podobał, to sama dałaby jakiś znak. A nawet jeśli, to taka dziewczyna i tak jest podrywana przez wielu innych – konkurencja ogromna. I tu się gubię.
Sam już nie wiem, co o tym myśleć. Może ktoś był w podobnej sytuacji? Jakieś pomysły, rady albo inne spojrzenie na to wszystko?