Nie będę owijał w bawełnę – przyznaję się bez bicia: jestem mężem-sknerą. A przynajmniej tak twierdzi moja żona i… po części niestety ma rację.
Problem polega na tym, że od ponad 10 lat jestem mocno związany z inwestowaniem. Zaczęło się jeszcze zanim skończyłem 20 lat. Pierwsze własne pieniądze – jakieś 50–100 zł miesięcznie – zamiast na przyjemności, odkładałem i wpłacałem na giełdę. Kupowałem akcje, później kryptowaluty, trochę złota. Trafiłem na dobry moment, dużo czytałem, uczyłem się strategii, śledziłem rynki i… pojawiły się zyski. To mnie wciągnęło.
Z czasem kwoty rosły. Dziś wygląda to tak, że ponad 60% moich zarobków regularnie idzie na inwestycje, a ja sam łapię się na tym, że oszczędzam na wielu rzeczach tylko po to, żeby „mieć więcej na giełdę”. Teoretycznie inwestowanie to nic złego — wręcz przeciwnie — ale w praktyce zaczynam się zastanawiać, czy u mnie nie poszło to za daleko.
Nie jest tak, że każę żonie jeść najtańszy salceson albo chodzić w używanych ubraniach. Nie żyjemy w skrajnej biedzie. Problem pojawia się gdzie indziej:
– kiedy trzeba kupić nową lodówkę,
– zrobić jakiś mini-remont,
– pojechać na droższe wakacje,
– albo gdy żona mówi, że chciałaby w końcu kupić dom, a nie mieszkać w ciasnym mieszkaniu.
Wtedy zaczynam marudzić, liczyć, odkładać, odkładać „na później”. I tak w kółko: tego nie, tamtego nie, może za rok, może jeszcze poczekajmy. Efekt jest taki, że moja żona coraz bardziej się wkurza i coraz częściej nazywa mnie sknerą.
Próbuję jej tłumaczyć, że to wszystko robimy dla naszej wspólnej przyszłości. Mówię jej, że kupowałem złoto po około 5 tys. zł, Bitcoina poniżej 10 tys., niech spojrzy, ile to teraz kosztuje. Dla mnie to dowód, że miałem rację i że ta strategia działa.
Dla niej to kompletnie nie ma znaczenia. Odpowiada, że pieniądze są „na papierze”, a życie ucieka tu i teraz. Ostatnio powiedziała nawet, że chyba jestem chory i że to już nie jest normalne oszczędzanie, tylko jakieś uzależnienie.
Z jej perspektywy wygląda to też tak, że ja praktycznie wszystko przeliczam na potencjalny zysk albo stratę. Gdy coś kupujemy, w mojej głowie automatycznie pojawia się myśl: „a ile akcji mógłbym za to mieć?” albo „ile by to było Bitcoinów pięć lat temu?”. Nawet jeśli tego nie mówię na głos, ona i tak to widzi — po minie, po westchnieniu, po tym, że chwilę dłużej stoję przy kasie albo zaczynam liczyć w głowie.
Czasami łapię się też na tym, że zamiast cieszyć się chwilą, sprawdzam notowania. Jesteśmy na wyjeździe, pijemy kawę, a ja zerknę „tylko na minutkę”, czy rynek nie poleciał w dół. Wieczorem, zamiast filmu czy rozmowy, odpalam wykresy, czytam analizy, porównuję strategie. Dla mnie to normalne, bo robię to od lat. Dla niej to wygląda tak, jakby giełda była ważniejsza niż wszystko inne.
Do tego dochodzi moja niechęć do wydawania „większych” pieniędzy. Nawet jeśli mamy odłożone środki, nawet jeśli realnie nas na coś stać, ja i tak wolę trzymać kapitał w inwestycjach, bo „pracuje”, bo „szkoda go zamrażać”, bo „rynek właśnie daje okazje”. Dom? Może jeszcze poczekajmy. Remont? Jeszcze rok. Wakacje? Może taniej, może poza sezonem, może krócej.
Żona mówi, że mam obsesję kontroli. Że wszystko musi mieć sens finansowy, stopę zwrotu i uzasadnienie, a spontaniczne decyzje wywołują u mnie fizyczny dyskomfort. I chyba coś w tym jest, bo gdy słyszę o nieplanowanym wydatku, automatycznie czuję napięcie, jakby ktoś chciał mi wyrwać pieniądze z portfela — mimo że to są nasze wspólne pieniądze.
Ona z kolei coraz częściej powtarza, że nie chce żyć „w przyszłości”, tylko teraz. Że ma wrażenie, iż odkładamy życie na moment, w którym w końcu uznam, że „już wystarczy”. Tylko że ja sam nie potrafię jasno powiedzieć, kiedy ten moment miałby nastąpić.
I tak funkcjonujemy: ja z głową w wykresach i tabelkach, ona z poczuciem, że pieniądze zaczynają rządzić naszym życiem bardziej, niż powinny.