Kochance nagle odechciało się wszystkiego. Gdy dziś do niej dzwoniłem, powiedziała, że ma dość bycia kołem zapasowym jak żona nie widzi, że ma dość tego, że widujemy się tak rzadko.
Mamy się niby spotkać w marcu na początku, ale ona mówi, że nie wie, czy da radę znów czekać. Bo ostatnie nasze spotkanie dłuższe niż 10 minut było na początku grudnia. Ona mówi że to już nie na jej nerwy i że samo dzwonienie jej nie wystarczy.
Widzę po niej, że ma dosyć.
Przecież wiedziała że tak będzie, od początku mówiłem, że będziemy się spotykać tylko wtedy, gdy okazja pozwoli. Czasem to może być raz w miesiącu, czasem raz na kwartał.
A ona ma już dość...ja ją poniekąd rozumiem. A z drugiej strony nie ogarniam tego. To już dwa lata jak tak się ze mną "buja". Tak to ujęła. Randek mieliśmy może z 15.
Powiedziała też coś, czego nigdy nie mówiła, czyli że jakby odpuściła znajomość ze mną, to może otworzyła by się na coś innego, fajnego, z kimś dla kogo mogłaby być numerem 1. Nie powiem, trochę mi się zrobiło przykro.
Żona nie odejdzie. Będzie mnie brała na litość, spazmowała, może nawet zagrozi że coś sobie zrobi, gdybym próbował coś zmienić. Ona nie ma już perspektyw. A ja mam wobec niej poczucie obowiązku i winy.
Zostanę z nią bo ona se już nikogo nie znajdzie