Mrs.Happiness napisał/a:Dopiero co pisałeś, że szwagier go nie zwolni, bo „drugiego takiego jelenia nie znajdzie”, a teraz nagle twierdzisz, że Shini miał dawać z siebie więcej? Bo nie jest ważna byle jaka wypłata, skoro to rodzinna firma?
Szwagier shiniego nie zwolnił. Poczekał aż termin umowy dobiegł końca i zawiesił działalność. A to całkowicie zmienia postać rzeczy. Kompletnie.
Nigdy nie prowadziłaś własnej działalności, prawda? Ani nie zajmowałaś żadnego stanowiska decyzyjnego, nie ponosiłaś odpowiedzialności biznesowej, a jedynie prywatną, co? To widać. Bo dziwią cię rzeczy, które są normalne w tych realiach. Zapytaj Berta dlaczego ma z żoną rozdzielność. Małe, rodzinne firmy, w których pracuje dosłownie kilka osób są specyficzne. Ich największą bolączką są koszty stałe jak składki (i generalnie podatki). Bo niezależnie od wszystkiego je zapłacisz musisz. Nawet jak nie masz z czego. Dlatego najczęściej to wygląda tak, że pracuje pół rodziny, reszta eksploatuje szarą strefę (bo nie ma prawa zakazującego pomagać rodzinie za darmo). I ludzie się rotują w sposób jak to opisałem wcześniej - najpierw firma na synka, potem na córkę, potem na matkę, ojca, babkę, dziadka, stryjna i tak w koło. Właśnie dla preferencyjnych warunków na start i dotacji. Albo zakłada się spółki zoo, bo wspólnicy są zwolnieni ze składek ZUS. Tak się to kręci w tym światku. Bo to pozwala oszczędzić kilka tyś zł każdego miesiąca (jak masz minimalną krajową to pracownik dostaje ok 3,5tyś netto, ale ogólny koszt pracodawcy ze wszystkimi składkami, podatkami i całą resztą to ponad 5,8tyś) i zdobyć kapitał z dotacji i różnych programów rozwojowych. W większości wypadków wystarczy, aby jeden klient zwlekał z płatnościami i możesz utracić płynność finansową. Bo za materiały zapłacisz musisz, składki i podatki też. A potem bujasz się pół roku z chujem, który nie chce płacić lub płaci ci jakimiś śmiesznymi kwotami co kilka tygodni. Jak robisz szafkę na buty to pies to jebał, bo to drobne. Ale jak robisz komuś pół mieszkania to robi się z tego kilkadziesiąt tyś na jednym tylko zleceniu. A wciąż musisz mieć w kieszeni kapitał na materiały na kolejne zlecenie, na rachunki (prąd), paliwo i tak dalej.
Shini początkowo kreował narrację, jakoby im się powodziło - klienci 'milionerzy', ciągłe wyjazdy z dostawami (też używał tego jako wymówki swego czasu przecież, ze on nie może bo nigdy nie wie ile będzie pracował i gdzie będzie z dostawami), normalna umowa o pracę od pierwszego dnia. I wydawało się że szwagier go rucha na hajs. Wszak minimalna krajowa przy płynności finansowej pozwalającej na legitną umowę i tacy bogaci klienci? Tak - to śmierdziało. Wielokrotnie o tym pisałem, ze szwagier go rucha na hajs. Bo rzeczywiście to sprawiało wrażenie, że szwagier się bogaci m.in jego kosztem. Zwłaszcza w sytuacji ogólnego rozwoju branży, w której warsztaty produkcyjne 2-3osobowe mają obrót średnio w wysokości ok pół banki rocznie przy zarobkach na pracownika przekraczających 7tyś zł netto (wygooglana średnia dla takich zakładów produkcyjnych w okolicach dużych miast). Ten jeden niuans - zawieszenie działalności w tej samej chwili co koniec umowy shiniego zmienia absolutnie wszystko. Nikt nie zawiesza działalności, która przynosi realny zysk bez względu na sytuację na papierze.
Shini nie miał nic do powiedzenia, bo.....sam nic nie mówił. Niczym się nie interesował, nic go nie obchodziło. Wiecznie nic nie wiedzący, wiecznie się wszystkiemu dziwiący. Jak dziecko we mgle. Takich ludzi nie da się traktować poważnie i partnersko. Z jego pracą u szwagra wychodzi na to, że jest/było to samo co z jego studiami. "Bezwartościowe", choć jak się dopytało jaki kierunek i uczelnia to się okazuje w praktyce, że to jedna z najbardziej rozwojowych branż w PL ostatniej dekady z zarobkami pod tytułem "sky is the limit". No ale skąd to shini bidulek moze wiedzieć? Studia wybrał sobie sam, ale nikt mu nie powiedział co może po nich robić...nie napisał do biura karier, nie wysłał nigdzie cv, nie zrobił żadnego szkolenia, nie wziął udziału w żadnym sympozjum czy konferencji. Nic. Ale przecież to nie jego wina. Inni źli. Bo mu nie powiedzieli. Nie pokazali. Nigdy do roboty się nie przyłożył, niczego nie spróbował, nie wykazał żadnej inicjatywy - ale winny szwagier, który tak się dorobił, że zawiesił działalność i zapewne będzie teraz żyć jak krezus popijając drineczki w tropikach...
A tak szczerze - zapytałabyś sama z siebie o cokolwiek pracownika, który leci po absolutnym minimum, nie jest zainteresowany rozwojem i pracuje fizycznie, choć jego koordynacja wzrokowo-ruchowa jest tak zła, że nawet nie potrafi sobie samemu ogolić głowy maszynką, czy kozłować piłki? W pracy, która wymaga koordynacji i dokładności? Przecież 90% pracodawców takich ludzi się pozbywa zaraz po okresie próbnym.
Szwagier zawiesił działalność w momencie terminowego skończenia się umowy shiniego a ty kupujesz narrację biduleczka shiniego o bogaceniu się szwagra jego kosztem.