Mrs.Happiness napisał/a:Teraz już rzadko się odzywam w tym temacie, bo gadamy prywatnie
Czyli te pochwały nt zachowania się autora dotyczą kontaktu pv?
Ja się odnosiłem do zauważalnego schematu na forum. Z jednej strony ogromne skupianie się na swoich problemach, negowanie jakichkolwiek rad ludzi chcących pomóc i zero jakiejś wesołości, radości.
W normalnym życiu takich ludzi się unika, bo są niesamowicie obciążający, toksyczni.
Być może na pv jest inaczej, być może w realu też, ja się odnoszę do tego co tutaj.
Mrs.Happiness napisał/a:Wielokrotnie czytałam, że go „ojojuję”, czy tam traktuję jak mamusia i inne „ciekawe” wnioski na swój temat.
Nie dawały Ci do myślenia, jeśli padały wiele razy? Zgaduję, że głównie z męskiej strony?
Mrs.Happiness napisał/a:Pisałeś w liczbie mnogiej „udostępniają”, a niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.
Zatem… tak, poczułam się wywołana do tablicy.
Ok. Faktycznie, byłaś w gronie osób które się kiedyś głęboko pochylały nad autorem, którym mógł wylewać swoje żale i które były gotowe wysłuchać i pocieszyć, ale które niczego nie wymagały. Czyli takie rozmawianie 'po babsku', z którego nic nie wynika. Że nie wynika, wystarczy spojrzeć na datę pierwszego postu, ilość wiadomości w temacie i zestawić z sytuacją autora kiedyś i dziś. Jakie problemy kiedyś i jakie dziś.
Napisałem 'po babsku', bo Wy kobiety lubicie sobie tak regulować emocje, rozmawiając i Wam to pomaga. My mamy trochę inaczej, czego zdajecie się nie rozumieć. Wasze zachowanie w tym temacie nie pomaga realnie, a moim zdaniem przeszkadza.
Jednak nie odnosiłem się do Ciebie, bo jak napisałem, nie widziałem Twoich postów w ostatnich wiadomościach, które czytałem.
Mrs.Happiness napisał/a:Według mnie czasem sama życzliwa rozmowa i świadomość bycia akceptowanym mogą przynieść dużo dobrego, a to akurat jestem w stanie mu zaoferować.
To prawda, do pewnego momentu.
Dlatego trzeba obserwować co ktoś robi z daną mu uwagą, czy wykorzystuje by poprawić swój stan, czy chodzi jedynie o chwilową poprawę samopoczucia, co jest na dłuższą metę szkodliwe.
Mrs.Happiness napisał/a: A że mam kreatywny umysł, to ciężko mnie było przegadać. Im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej „walczyłam”.
Dlatego rozumiem z czym Shini może się mierzyć.
Ale to on tu przyszedł po pomoc, bo sobie nie radzi. Przynajmniej teoretycznie.
Zachowywałaś się w taki sposób, kiedy potrzebowałaś pomocy I ktoś chciał Ci pomóc?
Mrs.Happiness napisał/a:Niemniej to taki mechanizm, który da się odwrócić i nauczyć się wymyślać rozwiązania zamiast przeszkód. W każdym razie mi się udało całkiem nieźle nad nim zapanować. Nie uważam siebie za jednostkę unikatową, dlatego szczerze wierzę, że inni też mogą dać radę.
Oczywiście że tak, to nie jest coś niemożliwego czy bardzo trudnego, praca nad swoim nastawieniem i przekonaniami. Ktoś, kto naprawdę ma problem, chwyci się wszystkiego by sobie pomóc.
Mrs.Happiness napisał/a:To się grzecznie proszę zachowywać!
Najpierw bije, potem krzyczy. I jeszcze by grzecznie chciała, a przecież wie do kogo pisze. Że rozrabiać on lubi.
No nie da się z nimi
WesołaDziewczyna007 napisał/a:Mrs.Happiness napisał/a: niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.
Można uczestniczyć w rozmowie dla własnego dobrego samopoczucia, a można dla dobrego samopoczucia rozmówcy. Najlepiej jest, kiedy jest zachowana równowaga, ale czasem niestety nie jest to możliwe.
W normalnym życiu takich równowaga bywa zachowana, choć czasem bardziej w jedną lub w drugą.
Kiedy mamy do czynienia z sytuacją, gdy jedna osoba skupia się z reguły na negatywnych aspektach życia, epatuje tym na innych, wykazuje słabe albo żadne zainteresowanie pomocą a wręcz neguje z góry jej skuteczność, trwa to przez lata, to jest zachowanie toksyczne.
Ale gdy te same osoby w kontakcie pozostają i próbują dalej, znaczy to że same mają problem.
Jeśli zaś dochodzi do sytuacji, gdy jedna z takich osób broni obiektu rozmowy przed wpływem innych, neguje ich spojrzenie, próby 'potrzaśnięcia' autorem, można odnieść wrażenie że zależy jej by sytuacja obecna trwała dalej.
Bo sama odnosi z niej korzyści.
WesołaDziewczyna007 napisał/a:Akurat to nie świadczy na niekorzyść nikogo, że obcowanie z osobą problemową wyczerpuje cierpliwość. Taka osoba z definicji jest bardziej wymagającym rozmówcą i to dość naturalne, że nie każdy ma ochotę traktować forum towarzyskiego jako dodatkowe wyzwanie w życiu, gdzie trzeba się czymś wykazać.
Pewne osoby potrzebują takich klimatów i takich osób, by mogły się same poczuć lepiej. Poczucie bycia potrzebnym, pomocnym, a przez to bardziej wartościowym.
Dlatego pisałem wcześniej, że to jest schemat gdzie ludzie się nawzajem używają do swoich celów.
Mamy w tym temacie do czynienia z młodym mężczyzną, który przychodzi na kobiece forum w sprawie swoich problemów.
Już to samo w sobie jest kuriozalne.
Polecałybyście młodej dziewczynie z dużymi problemami pójście na męskie forum by jej tam pomogli?
No i jest tak jak można przewidzieć, trwa sobie już od lat rozmowa o tych problemach i w sumie niewiele więcej.
To nie działa i jest wręcz szkodliwe, jeśli za cel uznać realne zmiany. Bo jeśli chodzi tylko o poprawę samopoczucia, wtedy ok.
Moim zdaniem autor pisze że chce pierwsze, ale tak naprawdę chodzi mu o drugie.
Wszelakie próby chwycenia jego sytuacji w karby, rady mające konkretny praktyczny wymiar, padające głównie z męskiej części (choć większość chyba już dawno odpuściła), były I są negowane.
Gdyby autor poszedł na jakieś normalne męskie forum lub grupę, dostałby wsparcie i szereg konkretnych rad. Miałby przestrzeń by się wygadać i kredyt zaufania, ale nie bezgraniczny.
Po jakimś czasie zaczęłyby padać pytania o konkrety, o to co zamierza realnie robić i co robi. O CEL.
Pewnie dostałby pomóc w opracowaniu PLANU, ale byłyby też wymagania- pytania o realizację.
Gdyby zachowywał się jak tutaj, po jakimś czasie byłby co najwyżej obiektem żartów. Większość jego tłumaczeń by nie przeszła, bo rozmawiałby z ludźmi którzy przeszli niejedno i wiedzą co można a co nie.
Wreszcie, przestałby wzbudzać uwagę I zainteresowanie.
Do pewnego momentu rola obu miejsc podobna, choć mężczyźni byliby o wiele bardziej techniczni w swoim wsparciu.
W ich gronie ta sytuacja nie mogłaby mieć miejsca w dotychczasowej formie, przez lata.
Autor postawiony przed pytaniami, wymaganiami, mógłby rzeczywiście część z nich wprowadzać w życie, a wtedy miałby ciągłą pomoc, albo mógłby tego nie dźwignąć i sobie pójść.
Wtedy prawdopodobnie doszedłby do tego punktu dyskomfortu, od którego zaczyna się zmiana.
Zawsze o to chodzi, gdy mamy problemy- zmianę zaczynamy gdy korzyści z nich płynące zaczynają być mniejsze niż dyskomfort.
Mógłby też pójść na kobiece forum, gdzie byłby stale wzmacniany przez część rozmówczyń, niezależnie od swojej postawy.
W ten sposób, próg dyskomfortu i bólu oddałaby się raz za razem- więc realna zmiana też.
Ten temat, trwający lata, jest przykładem nieskutecznej drogi, jeśli ktoś rzeczywiście chce zmiany.
Jest przykładem na to, jak można się urządzić we własnym bagienku stwarzając z niego nawet pewną wartość, dzięki której dostaje uwagę.