netkobietyWszystkie działy
Stres, lęk, nerwica, depresja

Co to znaczy żyć?

3 085 odpowiedzi145 013 wyświetleńzałożony przez Shinigami, 10.11.2022

Napisz odpowiedź
Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!

Jeśli przeżywasz kryzys, porozmawiaj z kimś od razu: Telefon zaufania dla dorosłych 116 123, w nagłym zagrożeniu 112. Wypowiedzi na forum nie zastępują pomocy specjalisty.


Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Strony Poprzednia 1 … 27 28 29 30 31 … 48 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 821 do 1 885 z 3 086 ]

1 821 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-04-02 23:15:03)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Niestety da się ale z czasem coraz mniej czego jestem chyba najlepszym przykładem. Ja prawie w ogóle nie ładuje baterii, na pewno nigdy na full. Jedynie tylko podładowuję do poziomu niezbędnego do życia minimum. Nie mam żadnego miejsca ani warunków umożliwiających wyciszenie, wyłączenie myślenia choć na chwilę czy tym bardziej uwolnienie się od nieustającego napływu bodźców.

Zauważ jednak, że wyszliśmy od tego, że jest Ci dobrze, kiedy jesteś poza domem, a pojawia się pustka i złe samopoczucie, kiedy do niego wracasz.
To się wyklucza z tym, co napisałeś powyżej.

Dla pewności wrzucam tekst, do którego nawiązałam:

Shinigami napisał/a:

Wiem i zastanawiam się jak ludzie sobie z tym radzą. Chodzi o to, że się "wyszaleli" i nie czują tego niedosytu? Czy może w domu mają równie dużo emocji i nawet nie odczuwają tej samotności, które dopada mnie po powrocie ze spotkania lub jakiegoś wydarzenia? Czy jeszcze coś innego?

Bo albo szukasz emocji, albo masz problem z tym, że nie masz gdzie się wyciszyć.
Jedno z drugim kompletnie się nie zgrywa.

1 822

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Shini. Pracuje z Ukraińcami. Uciekli przed wojną. Nie maja nikogo z rodziny na miejscu. Niektórzy ledwo cos w naszym języku powiedzą. Każdy jest na swoim. Czasem sami cos wynajmuja czasem we dwójkę. Daleko od stolicy. Nie głodują. Niektórzy mocno starają sie ustabilizować. Walka o status rezydenta. Cel który wszyscy mamy z tytulu urodzenia w Poslce. Niektórzy w swojej specjalizacji poszli tak do przodu ze nie chce z nikim innym pracować i zarabiają więcej niz Polacy. Da sie. Potrzebujesz wyjść z domu.

Córka się wyprowadziła. Wielkie dziecko. Miałem obawy. Parę miesięcy na swoim i poukładana dorosła kobieta jest. Musisz skoczyć na głęboka wode

Każdy z nich jest na swoim bo to dosłownie jedyne wyjście jakie mieli. Oni zostali przyparci do muru i zmuszeni do tego. Oni nie poszli daleko w swojej specjalizacji tylko mieli ją jeszcze zanim przyjechali i po prostu robią dalej to samo tylko w innym miejscu. Jak ktoś jest czymś dobry i jeszcze na dodatek to lubi to znajdzie w tym pracę w niemal każdym miejscu na Ziemi.

I właśnie o tym cały czas piszemy. Każdy idąc na swoje prędzej czy później się poukłada i każdy tego potrzebuje. Ze mną najprawdopodobniej byłoby tak samo choć pewnie zajęłoby to sporo czasu. Ja widzę to tak, że nawet nie mam jak się dostać w miejsce, z którego można skończyć do tej wody. Jak córka to zrobiła, gdzie mieszka? Kupiłeś jej mieszkanie, odziedziczyła je po kimś czy sama zarabia na tyle dużo by na przykład wynająć kawalerkę? Oczywiście jeśli mowa o robieniu tego w pojedynkę.

Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Niestety da się ale z czasem coraz mniej czego jestem chyba najlepszym przykładem. Ja prawie w ogóle nie ładuje baterii, na pewno nigdy na full. Jedynie tylko podładowuję do poziomu niezbędnego do życia minimum. Nie mam żadnego miejsca ani warunków umożliwiających wyciszenie, wyłączenie myślenia choć na chwilę czy tym bardziej uwolnienie się od nieustającego napływu bodźców.

Zauważ jednak, że wyszliśmy od tego, że jest Ci dobrze, kiedy jesteś poza domem, a pojawia się pustka i złe samopoczucie, kiedy do niego wracasz.
To się wyklucza z tym, co napisałeś powyżej.

Dla pewności wrzucam tekst, do którego nawiązałam:

Shinigami napisał/a:

Wiem i zastanawiam się jak ludzie sobie z tym radzą. Chodzi o to, że się "wyszaleli" i nie czują tego niedosytu? Czy może w domu mają równie dużo emocji i nawet nie odczuwają tej samotności, które dopada mnie po powrocie ze spotkania lub jakiegoś wydarzenia? Czy jeszcze coś innego?

Bo albo szukasz emocji, albo masz problem z tym, że nie masz gdzie się wyciszyć.
Jedno z drugim kompletnie się nie zgrywa.

Czemu w ogóle bierzesz emocje za główny element tego o czym pisałem? Chodziło o wyciszenie od bodźców, od ciągłego myślenia, analizowania, zamartwiania się i ciągłego bólu głowy. Ja wcale nie szukam emocji, a jeśli już to tych pozytywnych. Niestety jest ich tak mało, że gdybym mógł to wolałbym nie czuć nic. Pustka i złe samopoczucie pojawia się bo doświadczyłem przez krótki czas paru dobrych emocji, a potem wracam z powrotem do w większości złych. Jestem totalnie i permanentnie zmęczony. Senny na tyle, że w środku dnia zasypiam na stojąco niezależnie od tego ile śpię ani ile kawy wypiję. W miarę wytłumaczyłem czy nadal coś się nie zgrywa?

1 823

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Shini. Pracuje z Ukraińcami. Uciekli przed wojną. Nie maja nikogo z rodziny na miejscu. Niektórzy ledwo cos w naszym języku powiedzą. Każdy jest na swoim. Czasem sami cos wynajmuja czasem we dwójkę. Daleko od stolicy. Nie głodują. Niektórzy mocno starają sie ustabilizować. Walka o status rezydenta. Cel który wszyscy mamy z tytulu urodzenia w Poslce. Niektórzy w swojej specjalizacji poszli tak do przodu ze nie chce z nikim innym pracować i zarabiają więcej niz Polacy. Da sie. Potrzebujesz wyjść z domu.

Córka się wyprowadziła. Wielkie dziecko. Miałem obawy. Parę miesięcy na swoim i poukładana dorosła kobieta jest. Musisz skoczyć na głęboka wode

Każdy z nich jest na swoim bo to dosłownie jedyne wyjście jakie mieli. Oni zostali przyparci do muru i zmuszeni do tego. Oni nie poszli daleko w swojej specjalizacji tylko mieli ją jeszcze zanim przyjechali i po prostu robią dalej to samo tylko w innym miejscu. Jak ktoś jest czymś dobry i jeszcze na dodatek to lubi to znajdzie w tym pracę w niemal każdym miejscu na Ziemi.

I właśnie o tym cały czas piszemy. Każdy idąc na swoje prędzej czy później się poukłada i każdy tego potrzebuje. Ze mną najprawdopodobniej byłoby tak samo choć pewnie zajęłoby to sporo czasu. Ja widzę to tak, że nawet nie mam jak się dostać w miejsce, z którego można skończyć do tej wody. Jak córka to zrobiła, gdzie mieszka? Kupiłeś jej mieszkanie, odziedziczyła je po kimś czy sama zarabia na tyle dużo by na przykład wynająć kawalerkę? Oczywiście jeśli mowa o robieniu tego w pojedynkę.

Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Niestety da się ale z czasem coraz mniej czego jestem chyba najlepszym przykładem. Ja prawie w ogóle nie ładuje baterii, na pewno nigdy na full. Jedynie tylko podładowuję do poziomu niezbędnego do życia minimum. Nie mam żadnego miejsca ani warunków umożliwiających wyciszenie, wyłączenie myślenia choć na chwilę czy tym bardziej uwolnienie się od nieustającego napływu bodźców.

Zauważ jednak, że wyszliśmy od tego, że jest Ci dobrze, kiedy jesteś poza domem, a pojawia się pustka i złe samopoczucie, kiedy do niego wracasz.
To się wyklucza z tym, co napisałeś powyżej.

Dla pewności wrzucam tekst, do którego nawiązałam:

Shinigami napisał/a:

Wiem i zastanawiam się jak ludzie sobie z tym radzą. Chodzi o to, że się "wyszaleli" i nie czują tego niedosytu? Czy może w domu mają równie dużo emocji i nawet nie odczuwają tej samotności, które dopada mnie po powrocie ze spotkania lub jakiegoś wydarzenia? Czy jeszcze coś innego?

Bo albo szukasz emocji, albo masz problem z tym, że nie masz gdzie się wyciszyć.
Jedno z drugim kompletnie się nie zgrywa.

Czemu w ogóle bierzesz emocje za główny element tego o czym pisałem? Chodziło o wyciszenie od bodźców, od ciągłego myślenia, analizowania, zamartwiania się i ciągłego bólu głowy. Ja wcale nie szukam emocji, a jeśli już to tych pozytywnych. Niestety jest ich tak mało, że gdybym mógł to wolałbym nie czuć nic. Pustka i złe samopoczucie pojawia się bo doświadczyłem przez krótki czas paru dobrych emocji, a potem wracam z powrotem do w większości złych. Jestem totalnie i permanentnie zmęczony. Senny na tyle, że w środku dnia zasypiam na stojąco niezależnie od tego ile śpię ani ile kawy wypiję. W miarę wytłumaczyłem czy nadal coś się nie zgrywa?

Może to skutki uboczne leków ta senność? Do lekarza może idź badania zrobić

1 824

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Shini. Pracuje z Ukraińcami. Uciekli przed wojną. Nie maja nikogo z rodziny na miejscu. Niektórzy ledwo cos w naszym języku powiedzą. Każdy jest na swoim. Czasem sami cos wynajmuja czasem we dwójkę. Daleko od stolicy. Nie głodują. Niektórzy mocno starają sie ustabilizować. Walka o status rezydenta. Cel który wszyscy mamy z tytulu urodzenia w Poslce. Niektórzy w swojej specjalizacji poszli tak do przodu ze nie chce z nikim innym pracować i zarabiają więcej niz Polacy. Da sie. Potrzebujesz wyjść z domu.

Córka się wyprowadziła. Wielkie dziecko. Miałem obawy. Parę miesięcy na swoim i poukładana dorosła kobieta jest. Musisz skoczyć na głęboka wode

Każdy z nich jest na swoim bo to dosłownie jedyne wyjście jakie mieli. Oni zostali przyparci do muru i zmuszeni do tego. Oni nie poszli daleko w swojej specjalizacji tylko mieli ją jeszcze zanim przyjechali i po prostu robią dalej to samo tylko w innym miejscu. Jak ktoś jest czymś dobry i jeszcze na dodatek to lubi to znajdzie w tym pracę w niemal każdym miejscu na Ziemi.

I właśnie o tym cały czas piszemy. Każdy idąc na swoje prędzej czy później się poukłada i każdy tego potrzebuje. Ze mną najprawdopodobniej byłoby tak samo choć pewnie zajęłoby to sporo czasu. Ja widzę to tak, że nawet nie mam jak się dostać w miejsce, z którego można skończyć do tej wody. Jak córka to zrobiła, gdzie mieszka? Kupiłeś jej mieszkanie, odziedziczyła je po kimś czy sama zarabia na tyle dużo by na przykład wynająć kawalerkę? Oczywiście jeśli mowa o robieniu tego w pojedynkę.

Priscilla napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Niestety da się ale z czasem coraz mniej czego jestem chyba najlepszym przykładem. Ja prawie w ogóle nie ładuje baterii, na pewno nigdy na full. Jedynie tylko podładowuję do poziomu niezbędnego do życia minimum. Nie mam żadnego miejsca ani warunków umożliwiających wyciszenie, wyłączenie myślenia choć na chwilę czy tym bardziej uwolnienie się od nieustającego napływu bodźców.

Zauważ jednak, że wyszliśmy od tego, że jest Ci dobrze, kiedy jesteś poza domem, a pojawia się pustka i złe samopoczucie, kiedy do niego wracasz.
To się wyklucza z tym, co napisałeś powyżej.

Dla pewności wrzucam tekst, do którego nawiązałam:

Shinigami napisał/a:

Wiem i zastanawiam się jak ludzie sobie z tym radzą. Chodzi o to, że się "wyszaleli" i nie czują tego niedosytu? Czy może w domu mają równie dużo emocji i nawet nie odczuwają tej samotności, które dopada mnie po powrocie ze spotkania lub jakiegoś wydarzenia? Czy jeszcze coś innego?

Bo albo szukasz emocji, albo masz problem z tym, że nie masz, gdzie się wyciszyć.
Jedno z drugim kompletnie się nie zgrywa.

Czemu w ogóle bierzesz emocje za główny element tego o czym pisałem? Chodziło o wyciszenie od bodźców, od ciągłego myślenia, analizowania, zamartwiania się i ciągłego bólu głowy. Ja wcale nie szukam emocji, a jeśli już to tych pozytywnych. Niestety jest ich tak mało, że gdybym mógł to wolałbym nie czuć nic. Pustka i złe samopoczucie pojawia się bo doświadczyłem przez krótki czas paru dobrych emocji, a potem wracam z powrotem do w większości złych. Jestem totalnie i permanentnie zmęczony. Senny na tyle, że w środku dnia zasypiam na stojąco niezależnie od tego ile śpię ani ile kawy wypiję. W miarę wytłumaczyłem czy nadal coś się nie zgrywa?

Co do Ukraincow. Nie nie wszyscy przyszli ze specjalizacja. Największe wrażenie zrobili ci którzy nie potrafili nic szczególnego - przyszli pomoc w jakims zleceniu. Sprawdzili się ale tyłka nie urwało. Potem następne zlecenie, następne, zawsze dostępni, zawsze zaangażowani i nie wiadomo kiedy zostali ukaldajacymi pracę w jakims procesie

Córka nie jest tak naprawdę na swoim. Wyjechała na studia do innego miasta. Nie jest na głębokiej wodzie. Jest "po pas". Dostaje od nas kase na zycie ale bez szaleństw. Dorabia sobie. Rozwija sie w pewnej dziedzinie i jest w tym coraz lepsza (coraz więcej kasuje za swoja prace). Chodzi głównie o to ze wyszla z domu (czesciowo moja spierdzielona robota) majac niskie poczucie własnej wartosci. I niepoukładana. To sie zmienia w tempie kosmicznym. W domu potrzebowałaby na to lata. Tam miesiace

1 825

Odp: Co to znaczy żyć?

@Shini, skoro w psychicznej sie dzieje to może ciut optymizmu - w którymś momencie się przełoży na działanie. Błędne koła nie są monolitem, choć takimi sie wydają. Mają swoje cieńsze i grubsze kawałki, serio. Poza tym, jak sam zauważyłeś, jednak coś się zadziało - nie jest identycznie. masz za sobą całkiem nowe doświadczenie. Nawet jeśli trudne to jednak - zmiana.
Jeśli jesteś miejscami na etapie nastolatka no to z dnia na dzień z tego nie wyjdziesz. Musisz mieć trochę czasu, żeby dorosnąć, jak każdy nastolatek.
Ja się nie dziwię, ze się w domu czujesz samotny, choć fizyczni ludzie są. Toż doskonale ich znasz i jesteś zapewne w stanie przewidzieć co powiedzą i jak zareaguję w dowolnej sprawie - to zwyczajnie jest nudne, nie ma z kim pogadać o czymkolwiek jako- tako ciekawym czy nowym.

@Bert, trochę jednak usiłujesz porównywać nieporównywalne, sorki.
Dajesz przykład Ukraińców, którzy sobie u nas poradzili. Uważasz że 100% Ukraińców wygnanych do nas przez wojnę sobie poradziło? Poza tym zaś wybacz, wojna oznacza, że na głęboką wodę się zostaje wrzuconym przez siłę zewnętrzną i potężną.
Twoja córka ma rodziców rozsądnych i wspierających. Nawet jeśli coś poszło nie całkiem tak to Ty to dostrzegasz, jest z Tobą rozmowa - sądzisz, ze Shini z rodzicami może tak porozmawiać? Bo ja nie przypuszczam. Że w wyprowadzce by go wsparli, skoro jego matka "nie wyobraża sobie, że on się kiedyś wyprowadzi", a gdyby się żenił to działka obok czeka, żeby się pobudował obok.  Shini studia skończył, zatem do innego miasta nie wyjedzie studiować. No to co z czym porównujesz?
Jakbyś tak znalazł przykład kogoś, kto był w podobnej do Shiniego sytuacji i z tego wyszedł byłoby super.

1 826

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

@Shini, skoro w psychicznej sie dzieje to może ciut optymizmu - w którymś momencie się przełoży na działanie. Błędne koła nie są monolitem, choć takimi sie wydają. Mają swoje cieńsze i grubsze kawałki, serio. Poza tym, jak sam zauważyłeś, jednak coś się zadziało - nie jest identycznie. masz za sobą całkiem nowe doświadczenie. Nawet jeśli trudne to jednak - zmiana.
Jeśli jesteś miejscami na etapie nastolatka no to z dnia na dzień z tego nie wyjdziesz. Musisz mieć trochę czasu, żeby dorosnąć, jak każdy nastolatek.
Ja się nie dziwię, ze się w domu czujesz samotny, choć fizyczni ludzie są. Toż doskonale ich znasz i jesteś zapewne w stanie przewidzieć co powiedzą i jak zareaguję w dowolnej sprawie - to zwyczajnie jest nudne, nie ma z kim pogadać o czymkolwiek jako- tako ciekawym czy nowym.

@Bert, trochę jednak usiłujesz porównywać nieporównywalne, sorki.
Dajesz przykład Ukraińców, którzy sobie u nas poradzili. Uważasz że 100% Ukraińców wygnanych do nas przez wojnę sobie poradziło? Poza tym zaś wybacz, wojna oznacza, że na głęboką wodę się zostaje wrzuconym przez siłę zewnętrzną i potężną.
Twoja córka ma rodziców rozsądnych i wspierających. Nawet jeśli coś poszło nie całkiem tak to Ty to dostrzegasz, jest z Tobą rozmowa - sądzisz, ze Shini z rodzicami może tak porozmawiać? Bo ja nie przypuszczam. Że w wyprowadzce by go wsparli, skoro jego matka "nie wyobraża sobie, że on się kiedyś wyprowadzi", a gdyby się żenił to działka obok czeka, żeby się pobudował obok.  Shini studia skończył, zatem do innego miasta nie wyjedzie studiować. No to co z czym porównujesz?
Jakbyś tak znalazł przykład kogoś, kto był w podobnej do Shiniego sytuacji i z tego wyszedł byłoby super.

Znaczy co? Hände hoch?

Nie zrozumieliśmy sie.

Nie uważam ze Ukraińcy to to czy tamto. Chodziło mi o grupę ktora ląduje tu samotnie bez rodziny. Bez wsparcia. Wiem ze Shinni ma inne problemy. Ale mam wrażenie ze od dłuższego czasu stoimy w miejscu


Z córką tez inny przekaz miałem. Nie porównywanie sytuacji Shinniego i mojej córki bo to bez sensu.  Pokazanie ze nieogarnięta, niedowartościowana i zagubiona osoba staje na nogi bo zaczela kieowac swoim zyciem. Dziala czasem.

1 827 Ostatnio edytowany przez Priscilla (2026-04-03 03:02:59)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Czemu w ogóle bierzesz emocje za główny element tego o czym pisałem? Chodziło o wyciszenie od bodźców, od ciągłego myślenia, analizowania, zamartwiania się i ciągłego bólu głowy. Ja wcale nie szukam emocji, a jeśli już to tych pozytywnych. Niestety jest ich tak mało, że gdybym mógł to wolałbym nie czuć nic. Pustka i złe samopoczucie pojawia się bo doświadczyłem przez krótki czas paru dobrych emocji, a potem wracam z powrotem do w większości złych. Jestem totalnie i permanentnie zmęczony. Senny na tyle, że w środku dnia zasypiam na stojąco niezależnie od tego ile śpię ani ile kawy wypiję. W miarę wytłumaczyłem czy nadal coś się nie zgrywa?

Emocje to skrót myślowy, który wyraźnie wprowadził małe przekłamanie. Może faktycznie lepsze byłoby określenie "wrażenia" niż "emocje", jednak fakty są takie, że każde spotkanie czy wyjście dostarcza bodźców, a każda emocja wywołana jest bodźcem, także ta pozytywna. Jeśli więc wychodzisz do ludzi, to dostarczasz sobie określonych bodźców i jest ich więcej niż w nudnym, przewidywalnym domu. To z kolei sprzyja pojawianiu się nowych wrażeń i wynikającego z nich nadmiaru, od którego podobno nie masz gdzie uciec. To mi się nie spinało,

To co pojawiło się teraz, to potrzeba świadomego przekierownia uwagi - odciągnięcia jej od problemów i przeniesienia na coś, co przynosi pozytywne odczucia. To jest bardziej ze sobą spójne niż to, co wyłoniło się poprzednio.

Bert44 napisał/a:

Z córką tez inny przekaz miałem. Nie porównywanie sytuacji Shinniego i mojej córki bo to bez sensu.  Pokazanie ze nieogarnięta, niedowartościowana i zagubiona osoba staje na nogi bo zaczela kieowac swoim zyciem. Dziala czasem.

W ogóle jako ludzie jesteśmy w stanie zrobić/osiągnąć naprawdę dużo, ale mamy też taką wadę, że jeśli koniecznie czegoś nie musimy, to lubimy korzystać z pomocy czy nawet opieki innych. I dopiero kiedy tych innych nie ma, to nagle odktywamy w sobie potencjał, z którego być może nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy i dopiero wtedy... zaczynamy ogarniać. Oczywiście, że nie jest to regułą, bo duża część z nas nie potrzebuje aż tak "ekstremalnych" warunków, a inna część bez względu na warunki nie jest w stanie w tym kierunku się rozwinąć, ale ogólnie tak to właśnie działa.
Nie bez powodu mówi się zresztą, że jeśli chce się dziecko nauczyć samodzielności, to trzeba mu na nią pozwolić. Niektórzy muszą niestety dorosnąć i sami dojrzeć do tego, że chowając się pod parasolem ochronnym nie nauczą się prawdziwego życia.

1 828

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Może to skutki uboczne leków ta senność? Do lekarza może idź badania zrobić

W przypadku tych leków nie powinno tak być. Badań już parę robiłem i nigdy nic niepokojącego z nich nie wyszło.

Bert44 napisał/a:

Co do Ukraincow. Nie nie wszyscy przyszli ze specjalizacja. Największe wrażenie zrobili ci którzy nie potrafili nic szczególnego - przyszli pomoc w jakims zleceniu. Sprawdzili się ale tyłka nie urwało. Potem następne zlecenie, następne, zawsze dostępni, zawsze zaangażowani i nie wiadomo kiedy zostali ukaldajacymi pracę w jakims procesie

Córka nie jest tak naprawdę na swoim. Wyjechała na studia do innego miasta. Nie jest na głębokiej wodzie. Jest "po pas". Dostaje od nas kase na zycie ale bez szaleństw. Dorabia sobie. Rozwija sie w pewnej dziedzinie i jest w tym coraz lepsza (coraz więcej kasuje za swoja prace). Chodzi głównie o to ze wyszla z domu (czesciowo moja spierdzielona robota) majac niskie poczucie własnej wartosci. I niepoukładana. To sie zmienia w tempie kosmicznym. W domu potrzebowałaby na to lata. Tam miesiace

To many różne obserwacje dotyczące Ukraińców. Ci, których poznałem w pracy, a też trochę ich było dzielili się na dwa rodzaje. Tacy, którzy od początku wszystko ogarniali i tacy, którzy nigdzie nie pracowali dłużej niż trzy miesiące. Ale tu mowa jedynie o branży budowlanej, z innych nie mam za bardzo obserwacji.

Wiem o co chodzi i rozumiem. Jak już pisałem, każdy w mniejszym lub większym stopniu by się poukładał wyprowadzając się z domu. Ze mną najprawdopodobniej też by tak było i zapewne dlatego terapeutka powiedziała, że to najbardziej by mi pomogło. Jednak jak sam napisałeś córka tak naprawdę nie jest na swoim, a w wodzie jest po pas. To ogromna różnica względem bycia całkowicie na swoim i wyładowania na dnie tej wody. Znam ludzi, którzy chcieli iść całkowicie na swoje i po paru miesiącach wrócili do rodziców bo ledwo im starczało na jedzenie. Znam też takich, którzy są starsi ode mnie i też im rodzice pomagają finansowo bo inaczej też musieliby wrócić do domu. Pod względem psychicznym wyprowadzenie się od rodziców ma wielką wartość i każdy powinien to zrobić. Niestety coraz mniej ludzi ma do tego możliwości.

Muqin napisał/a:

@Shini, skoro w psychicznej sie dzieje to może ciut optymizmu - w którymś momencie się przełoży na działanie. Błędne koła nie są monolitem, choć takimi sie wydają. Mają swoje cieńsze i grubsze kawałki, serio. Poza tym, jak sam zauważyłeś, jednak coś się zadziało - nie jest identycznie. masz za sobą całkiem nowe doświadczenie. Nawet jeśli trudne to jednak - zmiana.
Jeśli jesteś miejscami na etapie nastolatka no to z dnia na dzień z tego nie wyjdziesz. Musisz mieć trochę czasu, żeby dorosnąć, jak każdy nastolatek.
Ja się nie dziwię, ze się w domu czujesz samotny, choć fizyczni ludzie są. Toż doskonale ich znasz i jesteś zapewne w stanie przewidzieć co powiedzą i jak zareaguję w dowolnej sprawie - to zwyczajnie jest nudne, nie ma z kim pogadać o czymkolwiek jako- tako ciekawym czy nowym.

Na chwilę obecną te koła wydają się totalnie nie do ruszenia. Mimo iż napisałem "udało mi się" to tak naprawdę nie widzę tego jako sukces wynikający z moich świadomych działań. To było bardziej zrządzenie losu, oboje znaleźliśmy się we właściwym miejscu i czasie. To był niemal idealny układ wielu czynników, które umożliwiły zaistnienie tej sytuacji. Nie czuję tego jako mój sukces tylko bardziej jako fart.

Niestety to nie jest miejscami tylko dużo bardziej. Pod naprawdę wieloma względami jestem na etapie nastolatka. Moje problemy, myśli, wątpliwości i pragnienia w dużej mierze są na tym etapie. Co do tego o czuciu się samotnym w domu to dokładnie tak jak piszesz.

Bert44 napisał/a:

Pokazanie ze nieogarnięta, niedowartościowana i zagubiona osoba staje na nogi bo zaczela kieowac swoim zyciem. Dziala czasem.

To działa nie tylko czasami ale prawie zawsze. To uwolnienie się od czegoś co od najmłodszych lat niemal całkowicie kontrolowało każdy nasz ruch. Ciężko sobie wyobrazić coś bardziej rozwijającego jako indywidualną jednostkę.

Priscilla napisał/a:

Emocje to skrót myślowy, który wyraźnie wprowadził małe przekłamanie. Może faktycznie lepsze byłoby określenie "wrażenia" niż "emocje", jednak fakty są takie, że każde spotkanie czy wyjście dostarcza bodźców, a każda emocja wywołana jest bodźcem, także ta pozytywna. Jeśli więc wychodzisz do ludzi, to dostarczasz sobie określonych bodźców i jest ich więcej niż w nudnym, przewidywalnym domu. To z kolei sprzyja pojawianiu się nowych wrażeń i wynikającego z nich nadmiaru, od którego podobno nie masz gdzie uciec. To mi się nie spinało,

To co pojawiło się teraz, to potrzeba świadomego przekierownia uwagi - odciągnięcia jej od problemów i przeniesienia na coś, co przynosi pozytywne odczucia. To jest bardziej ze sobą spójne niż to, co wyłoniło się poprzednio.

W ogóle jako ludzie jesteśmy w stanie zrobić/osiągnąć naprawdę dużo, ale mamy też taką wadę, że jeśli koniecznie czegoś nie musimy, to lubimy korzystać z pomocy czy nawet opieki innych. I dopiero kiedy tych innych nie ma, to nagle odktywamy w sobie potencjał, z którego być może nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy i dopiero wtedy... zaczynamy ogarniać. Oczywiście, że nie jest to regułą, bo duża część z nas nie potrzebuje aż tak "ekstremalnych" warunków, a inna część bez względu na warunki nie jest w stanie w tym kierunku się rozwinąć, ale ogólnie tak to właśnie działa.
Nie bez powodu mówi się zresztą, że jeśli chce się dziecko nauczyć samodzielności, to trzeba mu na nią pozwolić. Niektórzy muszą niestety dorosnąć i sami dojrzeć do tego, że chowając się pod parasolem ochronnym nie nauczą się prawdziwego życia.

Skąd pomysł, że wychodząc z domu jest więcej bodźców niż w nim? Ja mam totalnie na odwrót. Wychodząc z domu właśnie trochę odpoczywam choćby dlatego, że nie siedzę cały czas na komputerze. Tak naprawdę im więcej mam wolnego i im więcej siedzę w domu tym bardziej jestem przebodźcowany i zmęczony. Poniedziałek po weekendzie siedzenia w domu to masakra, czuję się jak zombie, a przecież przez dwa dni spałem po 10 godzin i nie miałem męczącej roboty. To jest kolejny przykład błędnego koła. Jestem na tyle zmęczony, że nie mam siły na nic poza siedzeniem przed komputerem, a to jest jedno z głównych źródeł tego zmęczenia.

Miałem już bardzo dobry przykład przekierowania uwagi i działo coraz lepiej. Najwięcej pozytywnych odczuć dawała mi dziewczyna i nasze wspólne aktywności. Będąc z nią niczym się nie martwiłem, nie analizowałem wszystkiego, nawet głowa mnie nie bolała. Mogłem normalnie myśleć, wyciągać wnioski i podejmować decyzje. Musiałbym mieć coś co by mnie odciągało od problemów na chociaż podobnym poziomie.

Ekstremalne warunki mogą być najlepszymi do rozwoju ale też mogą się zakończyć tragicznie. W takiej sytuacji zwykle są tylko dwa wyjścia. Rozwój i przetrwanie albo śmierć. Chyba nikt świadomie nie wpakuje się w sytuację, w której tak łatwo zginąć.

Pojawiła się tu jedna bardzo ważna kwestia. "Pozwolić dziecku na naukę samodzielności". Dziecko zwykle nie chowa się pod tym parasolem samo tylko zostaje pod nim zamknięte. Często jeszcze ma wbijane do głowy, że wychodzenie spod niego jest złe, że nie wolno.

1 829

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Na chwilę obecną te koła wydają się totalnie nie do ruszenia. Mimo iż napisałem "udało mi się" to tak naprawdę nie widzę tego jako sukces wynikający z moich świadomych działań. To było bardziej zrządzenie losu, oboje znaleźliśmy się we właściwym miejscu i czasie. To był niemal idealny układ wielu czynników, które umożliwiły zaistnienie tej sytuacji. Nie czuję tego jako mój sukces tylko bardziej jako fart.

Niestety to nie jest miejscami tylko dużo bardziej. Pod naprawdę wieloma względami jestem na etapie nastolatka. Moje problemy, myśli, wątpliwości i pragnienia w dużej mierze są na tym etapie. Co do tego o czuciu się samotnym w domu to dokładnie tak jak piszesz.

Wydają się nie oznacza są. smile

Idealny układ wielu czynników... Shini, Twoim sukcesem jest tu zauważenie sytuacji i wejście w nią.
W życiu, że się tak pomądrzę z kanapy, jest prócz sukcesów wynikających z podjęcia planowanych działań także element farta/pecha. Gdzieś się znajdziesz, kogoś spotkasz, z kimś porozmawiasz i bywa, że to w dalszym rozliczeniu okazuje się czymś, co zmienia Twoje życie, tyle ze to widać dopiero z perspektywy czasu.
Ileś razy wcześniej w Twoim życiu takie "zrządzenia losu" były w okolicy, ale Ty byłeś niezdolny do niczego innego niż ucieczka/bierność. No a tym razem "wszedłeś w to", podjąłeś ryzyko, coś zrobiłeś inaczej. To jest zmiana. I to jest sukces, bo oznacza że jesteś w stanie inaczej.
Pamiętam jak zmieniałam zawód, kompletne nowe coś. Miałam pracę, ale pensja to mi wystarczała na mniej więcej opłaty za niewielkie mieszkanie, czyli nie rokowała ta praca w owym czasie i realiach, choć miała ogromne zalety. Spotkałam na kursie zawodowym  pana X.,  jak się okazało rok później wyszła nam z tego fajna spółka. Też mogę powiedzieć, że miałam farta - bo ileś czynników musiało się zgrać, żeby ta spółka powstała. A choćby i to, że pan X. musiał się zapisać na ten sam kurs co ja - na co rzecz jasna wpływu nie miałam, bo niby jakim sposobem? Musiało zaistnieć jeszcze ileś czynników całkiem zewnętrznych, na które kompletnie nie miałam wpływu. Mogło z tego nic nie wyjść? A mogło, jak najbardziej. Pewnym przekłamaniem jest twierdzenie, że sukcesy są owocem przemyślanych działań. Ich też, oraz wysiłku i pracy też,  ale bez tzw. szeroko pojmowanego farta sukcesu nie ma. A ten fart to i okoliczności zewnętrzne i gotowość do podjęcia ryzyka w jakichś rozsądnych granicach, jak wchodzisz w spółkę to jak byś nie kombinował, ryzyko jest. Z Twoją zmianą pracy też się wiąże ryzyko - w którymś momencie dojdziesz do momentu, gdy będziesz gotów je podjąć.

Jednym z tematów w Twoim funkcjonowaniu jest podtemat "podjecie ryzyka" - no to masz sukces na odcinku - na tamtym evencie ryzyko podjąłeś, i bez względu na ciąg dalszy podjąłeś je , Shini. Dokonałeś innego wyboru niż wiele razy wcześniej.


@Bert
Nie tyle się chyba nie zrozumieliśmy, ile ja w tym wątku piszę bardziej "pod Shiniego" czyli w nawiązaniu do jego konkretnej sytuacji i jego konkretnych tematów życiowych.
O porównywaniu do innych już było w tym wątku.  Shini z tego co zauważyłam porównuje się do innych w dawkach toksycznych, ma to w nadmiarze i raczej powinien się oduczać, bo porównywanie się do innych to broń obosieczna. Ogólnie bywa wartościowe w małych dawkach , ale dla niektórych jest zabójcze albo co najwyżej kompletnie bezproduktywne.
Zauważ, pisał ostatnio o tym, że wszedł na FB , zobaczył zdjęcia z czyichś urodzin i zanim się zorientował, że w sumie to on hucznych imprez tego typu nie lubi już się porównał i zdołował, że "inni są lepsi ode mnie, szczęśliwsi itd a jak to takie bezwartościowe nic".
"Lekarstwem" dla akurat Shiniego wydaje się być odpuszczenie porównywania do innych, tam moim skromnym zdaniem, bo u niego to ewidentnie idzie w kierunku dołowania się.

Od strony obecnych realiów Shini jest w sytuacji znacznie gorszej niż byli ludzie 10 czy 20 lat temu, to widać i na to on naprawdę wpływu nie ma. Jest juz statystycznie zauważalna grupa ludzi , którzy "byli na swoim" i skutkiem wcale nie swojej nieudolności wracają mieszkać z rodzicami, to zjawisko jest widoczne i to, co piszę nie jest żadnym bronieniem Shiniego - jemu przyszło żyć w takich a nie innych czasach, w Polsce liczba dorosłych, pracujących i mieszkających z rodzicami ( w tym tych, co wracają bo nie dają rady finansowo)  rośnie w ogromnym tempie. Przyznaję uczciwie - osobom i mojego pokolenia i tym ciut późniejszym w pewnych sprawach było trudniej, ale w pewnych  łatwiej. Akurat w mieszkaniu oddzielnie od rodziców było zwyczajnie łatwiej.
Obecnie nawet rynek najmu się zmienia i to w niefajną dla osób takich jak Shini stronę. Ludzie mając wolne mieszkanie często wolą je sprzedać niż wynajmować, bo najem staje się coraz większym ryzykiem dla właściciela, jeśli powiedzmy ma się  jedno mieszkanie "wolne", a nie żyje z najmu iluś lokali.

1 830

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:
Shinigami napisał/a:

Na chwilę obecną te koła wydają się totalnie nie do ruszenia. Mimo iż napisałem "udało mi się" to tak naprawdę nie widzę tego jako sukces wynikający z moich świadomych działań. To było bardziej zrządzenie losu, oboje znaleźliśmy się we właściwym miejscu i czasie. To był niemal idealny układ wielu czynników, które umożliwiły zaistnienie tej sytuacji. Nie czuję tego jako mój sukces tylko bardziej jako fart.

Niestety to nie jest miejscami tylko dużo bardziej. Pod naprawdę wieloma względami jestem na etapie nastolatka. Moje problemy, myśli, wątpliwości i pragnienia w dużej mierze są na tym etapie. Co do tego o czuciu się samotnym w domu to dokładnie tak jak piszesz.

Wydają się nie oznacza są. smile

Idealny układ wielu czynników... Shini, Twoim sukcesem jest tu zauważenie sytuacji i wejście w nią.
W życiu, że się tak pomądrzę z kanapy, jest prócz sukcesów wynikających z podjęcia planowanych działań także element farta/pecha. Gdzieś się znajdziesz, kogoś spotkasz, z kimś porozmawiasz i bywa, że to w dalszym rozliczeniu okazuje się czymś, co zmienia Twoje życie, tyle ze to widać dopiero z perspektywy czasu.
Ileś razy wcześniej w Twoim życiu takie "zrządzenia losu" były w okolicy, ale Ty byłeś niezdolny do niczego innego niż ucieczka/bierność. No a tym razem "wszedłeś w to", podjąłeś ryzyko, coś zrobiłeś inaczej. To jest zmiana. I to jest sukces, bo oznacza że jesteś w stanie inaczej.
Pamiętam jak zmieniałam zawód, kompletne nowe coś. Miałam pracę, ale pensja to mi wystarczała na mniej więcej opłaty za niewielkie mieszkanie, czyli nie rokowała ta praca w owym czasie i realiach, choć miała ogromne zalety. Spotkałam na kursie zawodowym  pana X.,  jak się okazało rok później wyszła nam z tego fajna spółka. Też mogę powiedzieć, że miałam farta - bo ileś czynników musiało się zgrać, żeby ta spółka powstała. A choćby i to, że pan X. musiał się zapisać na ten sam kurs co ja - na co rzecz jasna wpływu nie miałam, bo niby jakim sposobem? Musiało zaistnieć jeszcze ileś czynników całkiem zewnętrznych, na które kompletnie nie miałam wpływu. Mogło z tego nic nie wyjść? A mogło, jak najbardziej. Pewnym przekłamaniem jest twierdzenie, że sukcesy są owocem przemyślanych działań. Ich też, oraz wysiłku i pracy też,  ale bez tzw. szeroko pojmowanego farta sukcesu nie ma. A ten fart to i okoliczności zewnętrzne i gotowość do podjęcia ryzyka w jakichś rozsądnych granicach, jak wchodzisz w spółkę to jak byś nie kombinował, ryzyko jest. Z Twoją zmianą pracy też się wiąże ryzyko - w którymś momencie dojdziesz do momentu, gdy będziesz gotów je podjąć.

Jednym z tematów w Twoim funkcjonowaniu jest podtemat "podjecie ryzyka" - no to masz sukces na odcinku - na tamtym evencie ryzyko podjąłeś, i bez względu na ciąg dalszy podjąłeś je , Shini. Dokonałeś innego wyboru niż wiele razy wcześniej.


@Bert
Nie tyle się chyba nie zrozumieliśmy, ile ja w tym wątku piszę bardziej "pod Shiniego" czyli w nawiązaniu do jego konkretnej sytuacji i jego konkretnych tematów życiowych.
O porównywaniu do innych już było w tym wątku.  Shini z tego co zauważyłam porównuje się do innych w dawkach toksycznych, ma to w nadmiarze i raczej powinien się oduczać, bo porównywanie się do innych to broń obosieczna. Ogólnie bywa wartościowe w małych dawkach , ale dla niektórych jest zabójcze albo co najwyżej kompletnie bezproduktywne.
Zauważ, pisał ostatnio o tym, że wszedł na FB , zobaczył zdjęcia z czyichś urodzin i zanim się zorientował, że w sumie to on hucznych imprez tego typu nie lubi już się porównał i zdołował, że "inni są lepsi ode mnie, szczęśliwsi itd a jak to takie bezwartościowe nic".
"Lekarstwem" dla akurat Shiniego wydaje się być odpuszczenie porównywania do innych, tam moim skromnym zdaniem, bo u niego to ewidentnie idzie w kierunku dołowania się.

Od strony obecnych realiów Shini jest w sytuacji znacznie gorszej niż byli ludzie 10 czy 20 lat temu, to widać i na to on naprawdę wpływu nie ma. Jest juz statystycznie zauważalna grupa ludzi , którzy "byli na swoim" i skutkiem wcale nie swojej nieudolności wracają mieszkać z rodzicami, to zjawisko jest widoczne i to, co piszę nie jest żadnym bronieniem Shiniego - jemu przyszło żyć w takich a nie innych czasach, w Polsce liczba dorosłych, pracujących i mieszkających z rodzicami ( w tym tych, co wracają bo nie dają rady finansowo)  rośnie w ogromnym tempie. Przyznaję uczciwie - osobom i mojego pokolenia i tym ciut późniejszym w pewnych sprawach było trudniej, ale w pewnych  łatwiej. Akurat w mieszkaniu oddzielnie od rodziców było zwyczajnie łatwiej.
Obecnie nawet rynek najmu się zmienia i to w niefajną dla osób takich jak Shini stronę. Ludzie mając wolne mieszkanie często wolą je sprzedać niż wynajmować, bo najem staje się coraz większym ryzykiem dla właściciela, jeśli powiedzmy ma się  jedno mieszkanie "wolne", a nie żyje z najmu iluś lokali.

Ja mam świadomość problemów. Biorąc sytuację w której Shini robi krok do przodu, potem do tyłu, do przodu, znów do tyłu zastanawiam sie co robic bo na skutki terapii można czekac i czekac. A moze i nie. Sam mówił o tym ze uwiera go brak samodzielności.

Można zrobic kilka rzeczy.

Nie brać pod uwagę wyprowadzki albo założyć ze kiedyś może.

Wziąć pod uwagę i tak sie skupić na problemach ze sie nie uda (chyba obecne podejscie)

Wziąć pod uwagę i olać problemy i tez sie nie uda

Wziąć pod uwagę, przemyśleć problemy, zastanowić sie czy jest to do ugryzienia, jak zrobic bez palenia mostów zeby bylo gdzie wracać i podjąć ryzyko z planem

Pewnie inaczej tez można

Tu nie chodziło o porownywanie. Tu chodzilo o pokazanie ze to czasem dziala.

1 831 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-03 18:28:06)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Skąd wzięłaś całkowity brak uzależnień? Pisałem już nie raz, że mam spory problem z uzależnieniem od komputera, telefonu i ogólnie szybkiej dopaminy. Wiem, że może być trudno w to uwierzyć ale to uzależnienie utrudnia życie niewiele mniej niż alkohol czy narkotyki.

Dobrze i rozumiem, że ze swoim terapeutą skupiacie się głównie na twoim uzależnieniu?
Opisywałeś że gadasz o emocjach, swojej rodzinie, rozumiesz wzorce. To nie brzmi jak terapia ukierunkowana na wyleczenie uzależnienia. Po takim prostym uzaleznieniu, to chyba powinny być efekty już? Niestety ale to jest proste uzależnienie. Nie ma substancji chemicznej która spowoduje fizyczną chorobe jak sie odetniesz. W tym sensie masz łatwiej niż narkoman. Masz też łatwiej niż ktoś z PTSD, kto nie jest od niczego uzależniony, bo tu granice są miększe, a problemem jest sam organizm który nie potrafi wrócić do homeostazy.

Czy ze swoim terapueta omawialiście cele terapii, jakieś ramy czasowe? Np. po pół roku zredukujesz oglądanei anime do godziny tygodniow, czy coś takiego?

Moim zdaniem twoja terapia z boku wyglada źle. Efekty nie są dobre. Masz prawo weryfikowac terapeutę. Pytać kiedy i jakich efektów masz się spodziewać, albo komunikowac że nie jesteś zadowolony z waszej współpracy. To jest zwykła usługa. Jak idziesz na siłownie robić biceps, a trener ci daje plan treningowy na nogi to też możesz powiedzieć zmieńmy kierunek wink

Nie prawo jazdy na motor ci nie pomoże. To był tylko przykład, że jeśli nie masz poważnych problemów, można spędzić czas produktywniej niż na terapii.

1 832

Odp: Co to znaczy żyć?
Priscilla napisał/a:

Bo albo szukasz emocji, albo masz problem z tym, że nie masz gdzie się wyciszyć.
Jedno z drugim kompletnie się nie zgrywa.

Nie do końca. Sporty ekstremalne, koncert, impreza ze znajomymi też potrafią wyciszyć, albo raczej dają możliwość wyżycia się i przez to można na spokoju robić nudne rzeczy.

1 833 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-03 19:05:09)

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Córka nie jest tak naprawdę na swoim. Wyjechała na studia do innego miasta. Nie jest na głębokiej wodzie. Jest "po pas". Dostaje od nas kase na zycie ale bez szaleństw. Dorabia sobie. Rozwija sie w pewnej dziedzinie i jest w tym coraz lepsza (coraz więcej kasuje za swoja prace). Chodzi głównie o to ze wyszla z domu (czesciowo moja spierdzielona robota) majac niskie poczucie własnej wartosci. I niepoukładana. To sie zmienia w tempie kosmicznym. W domu potrzebowałaby na to lata. Tam miesiace

Nie chcę ujmować twojej córce, ale mysle, ze Shini gdyby mu ktoś opłacił połowę, kawalerki w Warszawie też by sie wyprowadził.
Porównanie córki z rodziny o wiele lepiej sytuowanej i ogarnietej niż ta Shiniego to trochę wpędzanie go w kompleksy i podwójne standardy. On tez dostaje wsparcie od rodziców i z niego korzysta. Tylko oni go wspierają w mniej konstruktywny sposób. Nie wiem czy byłeś wtedy na forum, ale on od tego zaczynał, że własnie widzi, ze niektórzy ludzie pozornie się usamodzielniają, ale tak naprawde to ich rodzice ich usamodzielniają swoimi pieniędzmi i miał o to duży żal, że jego rodzice wolą go wspierać tak, żeby został przy nich. Trochę to nie fair wobec niego wracać do tego tematu, który go mocno frustrował swego czasu.
Z Ukraińcami fair point. Chociaż są też tacy co stoczyli. Ty widzisz tych co ogrneli, a nie takich co wpadli w menelstwo, alkoholizm, albo działalność przestepczą.
Shini już wie, że inni mają lepiej, a inni gorzej. Jakby u niego porównywanie to jest jeden z problemów i ja tego tematu nie tykam, bo wiem że on i tak ma taką naturalną tendencje żeby to robić i to jest słabe. Niektórych porównania motywują, inni mają tak, że właśnie porównywanie ich wpędza w kompleksy i niemoc. Długo na forum był wałkowany temat, żeby Shini nie porówanywał się z kims kto ma inaczej w życiu. Zawsze się kończyło na koledze który dostał firme po rodzicach i że to nie jego wina że on nie dostał big_smile
Na pewno warto się zastanowić jakie kompetencje ma ktoś kto radzi sobie lepiej i czy my możemy te kompetencje jakoś zdobyć. I czy je rzeczywiście ma, czy to tylko przypadek. W twojej wypowiedzi tego brakuje. Bo jakie ma kompetencje twoja córka, czy ci Ukraińcy? Przecież to kompletnie inne targety i inny skillset. Rozwój na studiach ze wsparciem finanowym rodziców vs łapanie sie jakiejkolwiek pracy na emigracji. Jedyna kompetencja którą wykazała się córka to zdanie matury, czyli Shini to ma, oraz korzystanie ze wsparcia rodziców, czyli też to ma. Ukraińcy z kolei często moga utknać na tym etapie co Shini - deadend job bez perspektyw, więc Shini to ma. Może warto skupić się na tym co jest w 100% zalezne od nas. Tutaj na pewno aktywne uzależnienie jest przeszkodą, bo zabiera bardzo dużo czasu. Zadna z tych osób nie miałą problemów psychicznych, więc też warto w to celować.

1 834

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Skąd pomysł, że wychodząc z domu jest więcej bodźców niż w nim? Ja mam totalnie na odwrót. Wychodząc z domu właśnie trochę odpoczywam choćby dlatego, że nie siedzę cały czas na komputerze. Tak naprawdę im więcej mam wolnego i im więcej siedzę w domu tym bardziej jestem przebodźcowany i zmęczony. Poniedziałek po weekendzie siedzenia w domu to masakra, czuję się jak zombie, a przecież przez dwa dni spałem po 10 godzin i nie miałem męczącej roboty. To jest kolejny przykład błędnego koła. Jestem na tyle zmęczony, że nie mam siły na nic poza siedzeniem przed komputerem, a to jest jedno z głównych źródeł tego zmęczenia.

Kiedy po raz kolejny czytam "skąd pomysł?", to szczerze mówiąc działa to na mnie jak płachta na byka i tracę ochotę, żeby to dalej ciągnąć. Bo właściwie co mam na to odpowiedzieć? Staram się przedstawić swój punkt widzenia, a Ty zamiast po prostu odnieść się do niego czy ewentualnie skorygować, reagujesz w sposób, który podważa zasadność tej wypowiedzi i bardziej zniechęca do dalszej dyskusji niż jej kontynuowania.

W każdym razie wyjaśniłam już, co mam na myśli - z zasady więcej nowych bodźcow dociera do nas, kiedy wychodzimy z domu - dociera do nas więcej świateł, dźwięków, często nieprzyjemnych, nowych obiektów, ludzi, rozmów itp. itd., z czego może wynikać przeciążenie sensoryczne. Taka jest reguła. 
Sam "pomysł" wziął się z obserwacji, doświadczenia, wiedzy, a nawet prostej matematyki.
I choć rozumiem, że znaczenie ma jakość bodźców, sama zresztą czasem źle reaguję na to, co dzieje się w domu i potrzebuję z niego wyjść, to nie zmienia to faktu, że zdecydowanie więcej (w sensie ilości) znajduje się poza nim, na zewnątrz. Pozostaje kwestia odbioru. 

Shinigami napisał/a:

Ekstremalne warunki mogą być najlepszymi do rozwoju ale też mogą się zakończyć tragicznie. W takiej sytuacji zwykle są tylko dwa wyjścia. Rozwój i przetrwanie albo śmierć. Chyba nikt świadomie nie wpakuje się w sytuację, w której tak łatwo zginąć.

Ty tak serio? Wyprowadzkę z domu porównujesz do śmiertelnego zagrożenia??

1 835 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-04-03 20:53:24)

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Córka nie jest tak naprawdę na swoim. Wyjechała na studia do innego miasta. Nie jest na głębokiej wodzie. Jest "po pas". Dostaje od nas kase na zycie ale bez szaleństw. Dorabia sobie. Rozwija sie w pewnej dziedzinie i jest w tym coraz lepsza (coraz więcej kasuje za swoja prace). Chodzi głównie o to ze wyszla z domu (czesciowo moja spierdzielona robota) majac niskie poczucie własnej wartosci. I niepoukładana. To sie zmienia w tempie kosmicznym. W domu potrzebowałaby na to lata. Tam miesiace

Nie chcę ujmować twojej córce, ale mysle, ze Shini gdyby mu ktoś opłacił połowę, kawalerki w Warszawie też by sie wyprowadził.
Porównanie córki z rodziny o wiele lepiej sytuowanej i ogarnietej niż ta Shiniego to trochę wpędzanie go w kompleksy i podwójne standardy. On tez dostaje wsparcie od rodziców i z niego korzysta. Tylko oni go wspierają w mniej konstruktywny sposób. Nie wiem czy byłeś wtedy na forum, ale on od tego zaczynał, że własnie widzi, ze niektórzy ludzie pozornie się usamodzielniają, ale tak naprawde to ich rodzice ich usamodzielniają swoimi pieniędzmi i miał o to duży żal, że jego rodzice wolą go wspierać tak, żeby został przy nich. Trochę to nie fair wobec niego wracać do tego tematu, który go mocno frustrował swego czasu.
Z Ukraińcami fair point. Chociaż są też tacy co stoczyli. Ty widzisz tych co ogrneli, a nie takich co wpadli w menelstwo, alkoholizm, albo działalność przestepczą.
Shini już wie, że inni mają lepiej, a inni gorzej. Jakby u niego porównywanie to jest jeden z problemów i ja tego tematu nie tykam, bo wiem że on i tak ma taką naturalną tendencje żeby to robić i to jest słabe. Niektórych porównania motywują, inni mają tak, że właśnie porównywanie ich wpędza w kompleksy i niemoc. Długo na forum był wałkowany temat, żeby Shini nie porówanywał się z kims kto ma inaczej w życiu. Zawsze się kończyło na koledze który dostał firme po rodzicach i że to nie jego wina że on nie dostał big_smile
Na pewno warto się zastanowić jakie kompetencje ma ktoś kto radzi sobie lepiej i czy my możemy te kompetencje jakoś zdobyć. I czy je rzeczywiście ma, czy to tylko przypadek. W twojej wypowiedzi tego brakuje. Bo jakie ma kompetencje twoja córka, czy ci Ukraińcy? Przecież to kompletnie inne targety i inny skillset. Rozwój na studiach ze wsparciem finanowym rodziców vs łapanie sie jakiejkolwiek pracy na emigracji. Jedyna kompetencja którą wykazała się córka to zdanie matury, czyli Shini to ma, oraz korzystanie ze wsparcia rodziców, czyli też to ma. Ukraińcy z kolei często moga utknać na tym etapie co Shini - deadend job bez perspektyw, więc Shini to ma. Może warto skupić się na tym co jest w 100% zalezne od nas. Tutaj na pewno aktywne uzależnienie jest przeszkodą, bo zabiera bardzo dużo czasu. Zadna z tych osób nie miałą problemów psychicznych, więc też warto w to celować.


Eh. Juz trzecia osoba to samo a to znaczy ze sie niejasno wyraziłem.

Nie chodzi o to żeby porównywać moja córkę bo sie nie da porównać "warunkow". Chodzi tylko o to ze przejście na swoje daje kopa ludziom pogubionym do staniecia na nogi. I warto spróbować.  Przecież do rodziców moze wrócić jak cos. Chyba. Pewnie wymaga to tez zmian zawodowych. A moze i innych rzeczy ale zamiast oglądać to jak śmiertelne zagrożenie można na to spojrzeć jako na szanse. Wiec nie porownujmy warunków odejścia tylko ich efekty. O to chodziło.

Zamiast Ukraińców wstaw Marsjanie, Pigmeje, cokolwiek. Nie chodzi o  nacje. Chodzi o to ze pomimo problemów i zagrożenia da sie "zacząć od zera" w Polsce bez wsparcia rodziny, znajomych, dobrej znajomości języka itd. To byl przykład ode mnie z pracy ale nie chodzi o nacje.

Poza tym mam świadomość problemów Shinniego i zagrożeń związanych z wyprowadzka. Jednak przynajmniej bymn to rozważył. Na dzień dzisiejszy Shini nie rozważa bo uwaza to za śmiertelne zagrożenie. A jak sam mówi brakuje mu sprawczosci i poczucia ze kieruję swoim zyciem

1 836 Ostatnio edytowany przez Muqin (2026-04-03 23:13:24)

Odp: Co to znaczy żyć?

Bert - realistycznie - wyprowadzka MOŻE dać kopa, ale nie ma tu 100% przełożenia. Może też dać zupełnie co innego. Wyprowadzić się i musieć wrócić, bo się nie dało rady... ryzyko zawsze jest, ale jak się zaryzykuje za bardzo, to się człek przejedzie. Warto pamiętać, ze Shini wsparcia w usamodzielnianiu się/ wyprowadzce od rodziny nie dostanie, wręcz przeciwnie. Jest z tym autentycznie sam, bo zdaniem rodziny to głupi pomysł. 
Tak z doświadczenia - wrzucanie osoby pełnej strachu przed wodą i niespecjalnie umiejącej pływać do sporego akwenu w iluś przypadkach da efekt pożądany, ale w iluś da podtopionego, w iluś zaś powiększy lęk przed wszelkim pływaniem. Wrzucanie bez asekuracji to na pewno niedobry pomysł, bo tu możemy w efekcie mieć topielca. 

Jeśli Shini na tyle nie będzie w stanie znieść mieszkania z rodzicami że dojdzie do stanu "WSZYSTKO lepsze niż jeszcze jeden dzień w rodzinnym domu" to zaryzykuje, ale to by mu się musiały uruchomić bardzo mocne emocje i to z tych napędzających działanie.
A emocje to u Shiniego akurat punkt słaby, tak na teraz.
Jest możliwe, że mu się w terapii uruchomią, ale to trwa.

Wiesz, Bert, chyba nie doceniasz siły rodziny Shiniego - powrót z podkulonym ogonem "bo się nie udało"  ? To by trzeba mieć rodzinę wspierającą usamodzielnienie. A co najmniej siłę by sprostać piekiełku pt."A nie mówiłem".

Naprawdę sądzisz, że da się w Polsce zacząć od zera, bez nijakiej pomocy i wsparcia ? No to by trzeba mieć niesamowite szczęście, Bert. Ukraińcy jak zaczynali mieli wsparcie, jako grupa. Bo byli uchodźcami z kraju ogarniętego wojną.

1 837 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-04-03 23:38:35)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Bert - realistycznie - wyprowadzka MOŻE dać kopa, ale nie ma tu 100% przełożenia. Może też dać zupełnie co innego. Wyprowadzić się i musieć wrócić, bo się nie dało rady... ryzyko zawsze jest, ale jak się zaryzykuje za bardzo, to się człek przejedzie. Warto pamiętać, ze Shini wsparcia w usamodzielnianiu się/ wyprowadzce od rodziny nie dostanie, wręcz przeciwnie. Jest z tym autentycznie sam, bo zdaniem rodziny to głupi pomysł. 
Tak z doświadczenia - wrzucanie osoby pełnej strachu przed wodą i niespecjalnie umiejącej pływać do sporego akwenu w iluś przypadkach da efekt pożądany, ale w iluś da podtopionego, w iluś zaś powiększy lęk przed wszelkim pływaniem. Wrzucanie bez asekuracji to na pewno niedobry pomysł, bo tu możemy w efekcie mieć topielca. 

Jeśli Shini na tyle nie będzie w stanie znieść mieszkania z rodzicami że dojdzie do stanu "WSZYSTKO lepsze niż jeszcze jeden dzień w rodzinnym domu" to zaryzykuje, ale to by mu się musiały uruchomić bardzo mocne emocje i to z tych napędzających działanie.
A emocje to u Shiniego akurat punkt słaby, tak na teraz.
Jest możliwe, że mu się w terapii uruchomią, ale to trwa.

Wiesz, Bert, chyba nie doceniasz siły rodziny Shiniego - powrót z podkulonym ogonem "bo się nie udało"  ? To by trzeba mieć rodzinę wspierającą usamodzielnienie. A co najmniej siłę by sprostać piekiełku pt."A nie mówiłem".

Naprawdę sądzisz, że da się w Polsce zacząć od zera, bez nijakiej pomocy i wsparcia ? No to by trzeba mieć niesamowite szczęście, Bert. Ukraińcy jak zaczynali mieli wsparcie, jako grupa. Bo byli uchodźcami z kraju ogarniętego wojną.

Nie upieram sie. Nawet nie wiem czy to by coś dało. Ale może tak. Ja mogę Muqin podać chyba więcej "przeciw" niz Ty. Czy to dobra droga? Nie wiem.

Po prostu obawiam sie za za 5 lat będziemy w tym samym miejscu

1 838

Odp: Co to znaczy żyć?

Bert, po prostu to, co piszesz, było ćwiczone na forum ileś razy w różnych wariantach. Jeśli dotychczas nie zadziałało jakie szanse, że zadziała?
Shini jest perfekcyjny w racjonalizacjach, on jest w stanie podać więcej przeciw niż my oboje razem wzięci zapewne i robił to wiele razy.   Stąd moje pisanie o emocjach jako niezbędnym motorze do działania.

1 839 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-04 08:05:29)

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Eh. Juz trzecia osoba to samo a to znaczy ze sie niejasno wyraziłem.

Nie chodzi o to żeby porównywać moja córkę bo sie nie da porównać "warunkow". Chodzi tylko o to ze przejście na swoje daje kopa ludziom pogubionym do staniecia na nogi. I warto spróbować.  Przecież do rodziców moze wrócić jak cos. Chyba. Pewnie wymaga to tez zmian zawodowych. A moze i innych rzeczy ale zamiast oglądać to jak śmiertelne zagrożenie można na to spojrzeć jako na szanse. Wiec nie porownujmy warunków odejścia tylko ich efekty. O to chodziło.

Zamiast Ukraińców wstaw Marsjanie, Pigmeje, cokolwiek. Nie chodzi o  nacje. Chodzi o to ze pomimo problemów i zagrożenia da sie "zacząć od zera" w Polsce bez wsparcia rodziny, znajomych, dobrej znajomości języka itd. To byl przykład ode mnie z pracy ale nie chodzi o nacje.

Poza tym mam świadomość problemów Shinniego i zagrożeń związanych z wyprowadzka. Jednak przynajmniej bymn to rozważył. Na dzień dzisiejszy Shini nie rozważa bo uwaza to za śmiertelne zagrożenie. A jak sam mówi brakuje mu sprawczosci i poczucia ze kieruję swoim zyciem

Moim zdaniem nie sama wyprowadzka jest istotna, ale ogólna potrzeba samorozwoju, jasny cel- studia, ucieczka przed wojskiem, sprzyjające okoliczności - darmowa opieka medyczna, ułatwienia w urzędach, dobry rynek pracy, albo kasa od rodziców.
Więc wniosek, że trzeba mieć cel i dostrzec doby moment, żeby go realizować brzmi legit.
Nie da się wstawić Marsjanie, bo przecież wtedy to już nie jest lekcja z życia wzięta, tylko myślenie magiczne. Miał zielona skórę a sobie poradził wink
Ogólnie to chyba jest problem bo chłopak sam nie wie czego chce. Pewnie gdyby wiedział, że chcę wyprowadzki to by jakoś doprowadził do skutku. Ale on jakoś tak sam nie wie, a rad czego mógłby chcieć dostał już z tysiąc.
Zresztą trudno tak naprawdę powiedzieć. Jack od dawna mówi że problemem jest uzależnienie od porno i anime, muqin że to ptsd bo rodzice niefajni, była teoria że musi wyleczyć traumę ze szkoły bo był prześladowany, ale też żeby poszedł do straży miejskiej i nawet ludzie podsyłali gotowe ofert najmu. Chyba to jest najtrudniejsze, że już nie wiadomo o co chodzi. Nawet terapia- miał zachętę prawie wszystkich na a forum, czekał na nią miesiącami, a jak na niej jest to jest gorzej niż było. Chłopak pisze jakby miał zaraz zrobić próbę.

1 840

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Wydają się nie oznacza są. smile

Idealny układ wielu czynników... Shini, Twoim sukcesem jest tu zauważenie sytuacji i wejście w nią.
W życiu, że się tak pomądrzę z kanapy, jest prócz sukcesów wynikających z podjęcia planowanych działań także element farta/pecha. Gdzieś się znajdziesz, kogoś spotkasz, z kimś porozmawiasz i bywa, że to w dalszym rozliczeniu okazuje się czymś, co zmienia Twoje życie, tyle ze to widać dopiero z perspektywy czasu.
Ileś razy wcześniej w Twoim życiu takie "zrządzenia losu" były w okolicy, ale Ty byłeś niezdolny do niczego innego niż ucieczka/bierność. No a tym razem "wszedłeś w to", podjąłeś ryzyko, coś zrobiłeś inaczej. To jest zmiana. I to jest sukces, bo oznacza że jesteś w stanie inaczej.
Pamiętam jak zmieniałam zawód, kompletne nowe coś. Miałam pracę, ale pensja to mi wystarczała na mniej więcej opłaty za niewielkie mieszkanie, czyli nie rokowała ta praca w owym czasie i realiach, choć miała ogromne zalety. Spotkałam na kursie zawodowym  pana X.,  jak się okazało rok później wyszła nam z tego fajna spółka. Też mogę powiedzieć, że miałam farta - bo ileś czynników musiało się zgrać, żeby ta spółka powstała. A choćby i to, że pan X. musiał się zapisać na ten sam kurs co ja - na co rzecz jasna wpływu nie miałam, bo niby jakim sposobem? Musiało zaistnieć jeszcze ileś czynników całkiem zewnętrznych, na które kompletnie nie miałam wpływu. Mogło z tego nic nie wyjść? A mogło, jak najbardziej. Pewnym przekłamaniem jest twierdzenie, że sukcesy są owocem przemyślanych działań. Ich też, oraz wysiłku i pracy też,  ale bez tzw. szeroko pojmowanego farta sukcesu nie ma. A ten fart to i okoliczności zewnętrzne i gotowość do podjęcia ryzyka w jakichś rozsądnych granicach, jak wchodzisz w spółkę to jak byś nie kombinował, ryzyko jest. Z Twoją zmianą pracy też się wiąże ryzyko - w którymś momencie dojdziesz do momentu, gdy będziesz gotów je podjąć.

Jednym z tematów w Twoim funkcjonowaniu jest podtemat "podjecie ryzyka" - no to masz sukces na odcinku - na tamtym evencie ryzyko podjąłeś, i bez względu na ciąg dalszy podjąłeś je , Shini. Dokonałeś innego wyboru niż wiele razy wcześniej.

Nie do końca się z tym zgodzę. Możnaby z tego tematu pójść trochę dalej i wejść już w przeznaczenie. Piszesz trochę jakby chodziło o to, że "to co ma się wydarzyć się wydarzy tak czy inaczej". Doskonale wiemy, że to nie działa bo wtedy "los" dosłownie wyciągałby ludzi z piwnicy. Jeśli mam kogoś spotkać to obojętni co bym robił i tak znajdę się we właściwym miejscu i czasie. Domyślam się, że nie chodziło o coś aż takiego ale ja trochę tak to widzę.

Z tym jeszcze bardziej się nie zgodę. Nie przypominam sobie ani jednej takiej okazji. Chyba, że mowa też o takich, z których istnienia nawet nie zdawałem sobie sprawy. Takich świadomych okazji kiedy wiedziałem, że to okazja i wiedziałem, że ryzykując mogłoby coś z tego być nie przypominam sobie ani jednej. No może ta jedna, którą kiedyś opisywałem, z dziewczyną z kawiarni. Choć nie wiem czy to się liczy. Tak samo z tą pierwszą dziewczyną, którą opisywałem na początku mojej obecności na forum. Obie te sytuacje były inne niż główna omawiana. Chodzi o podjęcie ryzyka, a sytuacji kiedy wiedziałem, że mam do wyboru podjąć to ryzyko lub nie było na prawdę bardzo mało.

Mam nadzieję, że masz rację z tym, że kiedyś nastąpi moment podjęcia tego ryzyka. Wierzysz we mnie więc ja postaram się wierzyć w ciebie wierzącą we mnie bo w siebie w tej kwestii kompletnie już nie wierzę. To też nie tak, że w ogóle nie podzielam twojego zdania na omawiany temat. Nie raz idąc gdzieś miałem myśli, że może tam kogoś poznam albo może nawet znajdę jakieś natchnienie właśnie na zmianę pracy. Nigdy nic z tego nie wynikło, a kiedy nie miałem kompletnie żadnych oczekiwań to właśnie się wydarzyło.

Co do porównywania się to zdecydowanie są toksyczne dawki. W ogóle nie mogę korzystać z mediów społecznościowych. W pełni się zgadzam, że w dzisiejszych czasach ludzie w moim wieku są w gorszej sytuacji niż 10-20 lat temu. Chyba wszyscy, których znam mający teraz 40-50 lat w moim wieku już dawno byli po ślubie i mieszkali w swoich domach lub mieszkaniach. Teraz coraz więcej 30 latków mieszka z rodzicami, bez stałego związku i perspektyw na "swoje".

WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Dobrze i rozumiem, że ze swoim terapeutą skupiacie się głównie na twoim uzależnieniu? Opisywałeś że gadasz o emocjach, swojej rodzinie, rozumiesz wzorce. To nie brzmi jak terapia ukierunkowana na wyleczenie uzależnienia. Po takim prostym uzaleznieniu, to chyba powinny być efekty już? Niestety ale to jest proste uzależnienie. Nie ma substancji chemicznej która spowoduje fizyczną chorobe jak sie odetniesz. W tym sensie masz łatwiej niż narkoman. Masz też łatwiej niż ktoś z PTSD, kto nie jest od niczego uzależniony, bo tu granice są miększe, a problemem jest sam organizm który nie potrafi wrócić do homeostazy.

Czy ze swoim terapueta omawialiście cele terapii, jakieś ramy czasowe? Np. po pół roku zredukujesz oglądanei anime do godziny tygodniow, czy coś takiego?

Moim zdaniem twoja terapia z boku wyglada źle. Efekty nie są dobre. Masz prawo weryfikowac terapeutę. Pytać kiedy i jakich efektów masz się spodziewać, albo komunikowac że nie jesteś zadowolony z waszej współpracy. To jest zwykła usługa. Jak idziesz na siłownie robić biceps, a trener ci daje plan treningowy na nogi to też możesz powiedzieć zmieńmy kierunek wink

Nie prawo jazdy na motor ci nie pomoże. To był tylko przykład, że jeśli nie masz poważnych problemów, można spędzić czas produktywniej niż na terapii.

Nie skupiamy się na nim bo moja terapeutka nie zajmuje się uzależnieniami. Nie ma terapii na NFZ na tego typu uzależnienia. Ze wszystkich uzależnień behawioralnych chyba tylko od hazardu jest na NFZ. Jak wiesz prywatnie mnie nie stać. Poza tym na takie uzależnienie nie ma innego sposobu niż stopniowe odstawianie. Nie ma na to leków, konkretnych sposobów terapeutycznych, nie da się zrobić całkowitego detoksu. Tu też odpowiedź jest tylko jedna, wyprowadzka tak żebym dosłownie nie miał czasu na spędzanie takiej jego ilości przed komputerem. To jest równie trudne uzależnienie jak każde inne i fakt braku fizycznych efektów tego nie zmienia. Choć to, że nie ma fizycznych to też nie do końca prawda. Jak już pisałem nie jest to tak desktrukcyjne dla zdrowia jak na przykład narkotyki ale jest trudniejsze do wyleczenia. A jest tak dlatego, że jest traktowane właśnie tak jak to opisujesz. To jest wciąż za mało zbadany temat, mało kto tratuje to poważnie tak jak ty. Uzależnienie nie musi się kończyć leżeniem na melinie albo zgonem z przedawkowania, może po prostu uniemożliwiać rozwój i podjęcie jakichkolwiek działań. Jedno i drugie w ostatecznym rozrachunku daje ten sam efekt czyli niszczenie swojego życia bez kontroli nad tym.

Żadnych ram czasowych nie omawialiśmy bo nie bardzo da się to zrobić. Cele omawialiśmy choć na przestrzeni całej dotychczasowej terapii wielokrotnie się zmieniały. Wydaje mi się, że my wciąż jeszcze nie dotarliśmy do wszystkiego co we mnie siedzi.

Ja nie wiem czy wygląda źle czy dobrze bo nie mam żadnego porównania. Nie mam też pojęcia kiedy i jakich efektów powinienem się spodziewać w moim przypadku. Terapeutka już na samym początku mi powiedziała, że ta terapia może trwać lata ale wszystko zależy nie da konkretnej osoby. Na prawdę wiele rzeczy we mnie jest źle, a raczej niewiele działa tak jak powinno u zdrowej osoby. Na siłowni jest o wiele prościej. Tu nie mam pojęcia ani na co powinien być plan treningowy ani na co on jest teraz. Gdyby się dało w ciągu roku niemal całkowicie zmienić wszystkie moje przekonania i myśli z prawie 30 lat to raczej bym w to nie uwierzył. Ale dzięki, spytam terapeutki o to jak powinna wyglądać dalej ta terapia.

Terapia to tylko malutki wycinek mojego czasu. O wiele więcej się marnuje na zupełnie inne i o wiele mniej produktywne rzeczy. Wierz mi, że terapia jest jedną z najbardziej produktywnych rzeczy jakie robię.

Priscilla napisał/a:

Kiedy po raz kolejny czytam "skąd pomysł?", to szczerze mówiąc działa to na mnie jak płachta na byka i tracę ochotę, żeby to dalej ciągnąć. Bo właściwie co mam na to odpowiedzieć? Staram się przedstawić swój punkt widzenia, a Ty zamiast po prostu odnieść się do niego czy ewentualnie skorygować, reagujesz w sposób, który podważa zasadność tej wypowiedzi i bardziej zniechęca do dalszej dyskusji niż jej kontynuowania.

W każdym razie wyjaśniłam już, co mam na myśli - z zasady więcej nowych bodźcow dociera do nas, kiedy wychodzimy z domu - dociera do nas więcej świateł, dźwięków, często nieprzyjemnych, nowych obiektów, ludzi, rozmów itp. itd., z czego może wynikać przeciążenie sensoryczne. Taka jest reguła. 
Sam "pomysł" wziął się z obserwacji, doświadczenia, wiedzy, a nawet prostej matematyki.
I choć rozumiem, że znaczenie ma jakość bodźców, sama zresztą czasem źle reaguję na to, co dzieje się w domu i potrzebuję z niego wyjść, to nie zmienia to faktu, że zdecydowanie więcej (w sensie ilości) znajduje się poza nim, na zewnątrz. Pozostaje kwestia odbioru. 

Ty tak serio? Wyprowadzkę z domu porównujesz do śmiertelnego zagrożenia??

Ok, nawet nie pomyślałem, że mogłabyś tak to odebrać. Wybacz, nie powinienem. Wciąż nie mogę się pozbyć pewnej znieczulicy jeszcze z gimnazjum. Będę się normalnie odnosił do danej wypowiedzi.

Reguła nie zawsze zgadza się z rzeczywistością. Może właśnie w tym odbiorze leży całą tajemnica. Może tu chodzi o tą jakość bodźców. Sam już nie wiem ale faktem jest, że w domu jestem bardziej przebodźcowany niż poza nim.

Oczywiście, że może być śmiertelnym zagrożeniem, szansa na to są raczej niewielkie ale nie zerowe. Za mała ilość pieniędzy na przetrwanie ostatecznie skończyłaby się śmiercią. Poza tym nie chodzi o dosłowną śmierć rozumianą jako zatrzymanie funkcji życiowych. Zniszczenie czyjegoś wizerunku lub kara pozbawienia wolności też może być traktowana jako śmierć.

Bert, problem w tym, że ja po prostu nie widzę tej szansy. Mógłbym wrócić do rodziców raczej bez większego problemu. Jednak to niczego nie zmienia tak samo jak każda inna psychologiczna kwestia. Nic z tego nie przeskoczy braku pieniędzy. Ja widzę tą wyprowadzkę jako fizycznie niemożliwą. Wielokrotnie próbowałem sobie wyobrazić co by było gdybym znalazł się w sytuacji bez dachu nad głową ale nie potrafię. Nie wiem co bym wtedy zrobił ani jak bym na to zareagował. Może by mnie to zmusiło do zmiany i by się udało, a może byłoby na odwrót i na przykład wylądował bym na ulicy. To co wiem na pewno to, że na ulicy długo bym nie pożył z powodów zdrowotnych. Bez lekarza i antybiotyków wykończyło by mnie jakieś przeziębienie.

1 841

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Ogólnie to chyba jest problem bo chłopak sam nie wie czego chce. Pewnie gdyby wiedział, że chcę wyprowadzki to by jakoś doprowadził do skutku. Ale on jakoś tak sam nie wie, a rad czego mógłby chcieć dostał już z tysiąc.
Zresztą trudno tak naprawdę powiedzieć. Jack od dawna mówi że problemem jest uzależnienie od porno i anime, muqin że to ptsd bo rodzice niefajni, była teoria że musi wyleczyć traumę ze szkoły bo był prześladowany, ale też żeby poszedł do straży miejskiej i nawet ludzie podsyłali gotowe ofert najmu. Chyba to jest najtrudniejsze, że już nie wiadomo o co chodzi. Nawet terapia- miał zachętę prawie wszystkich na a forum, czekał na nią miesiącami, a jak na niej jest to jest gorzej niż było. Chłopak pisze jakby miał zaraz zrobić próbę.

Nie ma czegoś takiego, że "chcieć to móc", to nie jest prawda i nie działa. Można dokładnie wiedzieć czego się chce o nie być w stanie wykonać nawet jednego kroku w stronę tego. Ja wiem czego chcę, przynajmniej w bliższej perspektywie. Uzależnienie, wpływ rodziców i trauma to prawda, wszystkie z wymienionych są prawdą. Większość ludzi udzielających się w tym wątku chyba jednak wie o co chodzi. Gorzej jest nie z powodu terapii tylko wszystkiego innego poza nią. Gdyby nie ta terapia to mogłoby mnie już nie być. Tak samo gdybym nie poszedł po nowe leki. Najprawdopodobniej właśnie dzięki temu jeszcze nie doszło do żadnej próby.

1 842

Odp: Co to znaczy żyć?

Hello

Jak tam po czterech latach prawie i niemal 2000 postów? Jakieś realne zmiany czy wciąż u rodziców i szwagra, narzekając na swoje życie, jednak wiedzac wszystko lepiej i mając wymówkę i usprawiedliwienie na każdą radę?
Shini dalej szuka uwagi i kawałka piersi do przytulenia i wyżalenia się, a chętne udostępniają jedno i drugie?

Napiszcie że się mylę, że gość idzie naprzód, a ten temat jest polem realnej pracy i widocznych efektów.
Idzie?

1 843

Odp: Co to znaczy żyć?

W innych wątkach plaża, Rozrabiako,  to tu się pojawiłeś? 
Oczywiście, ze Shini szuka uwagi - jasno o tym pisał, jest tego świadom - Ameryki nie odkryłeś. A ileś osób świadomych tego, co czynią, jest skłonnych mu tą uwagę dać. Masz z tym jakiś problem?   

@Shini, jutro Ci odpowiem smile
Napiszesz, jak Święta przetrwałeś czy wolisz nie?

1 844

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Reguła nie zawsze zgadza się z rzeczywistością. Może właśnie w tym odbiorze leży całą tajemnica. Może tu chodzi o tą jakość bodźców. Sam już nie wiem ale faktem jest, że w domu jestem bardziej przebodźcowany niż poza nim.

Trochę pofilozofuję wink, bo myślę, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Na zewnątrz obiektywnie jest więcej bodźców - więcej dźwięków, ruchu i zmienności. Natomiast to, że coś ma dużo bodźców, nie znaczy, że nie może działać wyciszająco. Intensywne doświadczenia mogą pomagać rozładować napięcie, dlatego po nich czujemy spokój. To jednak nie przeczy temu, że samo środowisko jest bardziej stymulujące niż dom.

Ja patrzę na temat obiektywnie - na zewnątrz jest więcej bodźców sensorycznych (dźwięki, światła, ruch, ludzie, zmienność sytuacji), w domu środowisko jest bardziej przewidywalne i stałe. Zgodnie z tym mózg dostaje więcej danych z otoczenia poza domem niż w nim.

To o czym Ty mówisz to coś bardziej subiektywnego i dotyczy regulacji emocji. Sporty, koncerty, imprezy dostarczają dużo bodźców, ale jednocześnie rozładowują napięcie, stres i dlatego mogą wyciszać psychikę. 
Jednym słowem można mieć dużo bodźców, ale jednocześnie czuć się bardziej wyciszonym po ich przeżyciu. I to jest to, czego Ty doświadczasz, a o czym wspomniała też WesołaDziewczyna.

Rzecz w tym, że po drodze pomieszało się ze sobą mnóstwo wątków, choć punktem wyjścia do tej polemiki był temat Twojej ewentualnej wyprowadzki od rodziców, którą zestawiłeś z tym, że jak pójdziesz na jakieś wydarzenie albo spotkanie ze znajomymi, to jest Ci fajnie, a jak wracasz do domu, to masz poczucie, że wracasz do nudy i beznadziei. Potem z kolei stwierdziłeś, że to właśnie w domu doświadczasz przebodźcowania i tak to się rozkręciło wink

1 845

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

W innych wątkach plaża, Rozrabiako,  to tu się pojawiłeś?

Trzymam rękę na pulsie- sprawdzam co kilka lat sytuację;)
Licząc że się zaskoczę, lecz płoche te nadzieje.

Muqin napisał/a:

Masz z tym jakiś problem?

Patrząc na wydźwięk Twojego posta, problem masz Ty;)
Zapytałem ciekaw, czy coś się tu ruszyło czy Shini dalej traktuje ten temat jako możliwość zasysania energii.
Większość moich pytań pominęłaś, ale widoczna irytacja z ich powodu. A przecież gdyby nastąpiła zmiana, mogłabyś mi z łatwością i pewnie sporą satysfakcją wykazać pomyłkę.
Czyli bez zmian.
Synek narzeka na paskudne życie które mu rzuca kłody pod nogi i w sumie o to mu chodzi, by mógł to robić, przekonując siebie i próbując innych do słuszności swej bezczynności, mamusia tuli do cyca, chwali i pociesza.
No i fuka na tych, którzy poddają w wątpliwość skuteczność takiej drogi, ośmielając sie wejść w ten układ big_smile
Plus zauważalny, Shini już nie łazi po całym forum, robiąc to samo w innych, cudzych tematach, próbując je przejmować. Ogranicza się do tego.
A to już coś

1 846

Odp: Co to znaczy żyć?

@ Priscilla, ja przypuszczam, że Shini będąc w domu przypina się do neta i tym sobie funduje to przebodźcowanie pewnego typu i tyle. Niezdrowe, to jasne.

@Shini
Jestem jak najdalsza od koncepcji "przeznaczenia". Po prostu usiłowałam przekazać, ze prócz tego, na co mamy wpływ jest też coś, co nazywam powiedzmy elementem losowym, na który wpływu nie mamy. Co w sumie się zbiega z tym, co napisałeś, że stwierdzenie "każdy jest kowalem swojego losu" jest nie do końca prawdziwe. Może inaczej - nawet jeśli jest tym kowalem, to jeden rodzi się synem kowala i właściciela kuźni, a drugi wcale nie czyli sprawiedliwie to nie jest, a porównywanie jednego z drugim prowadzi nieco na manowce.
Ten "los" raz na jakiś czas kogoś "wyciąga z piwnicy", i owszem. Podobnie jak zdarza się wygrać w grze losowej o małym stopniu prawdopodobieństwa wygranej.

Jeśli chodzi o te okazje, to przy Twoich blokadach ich zauważenie to odrębny "problem", jasne że nie zauważałaś i nadal w pewnym sensie nie zauważasz. Okazja nie jest czymś świadomie planowanym, okazja to się pojawia. Czynnik losowy. W pewnych sytuacjach typu eventy prawdopodobieństwo pojawienia się okazji jest teoretycznie większe, ale nadal - to prawdopodobieństwo. Dziewczynę z kawiarni pamiętam - typowa okazja, która się pojawiła.
Jak się ma ogromne oczekiwania to człek jest spięty, wtedy zaś bardzo często się blokuje i efekty bywają smętne. Znana sprawa - egzaminy. Iluż ludzi poległo albo dostało gorszą ocenę tylko dlatego, że nerwy ich zjadły? Idziesz gdzieś z nadzieją, że "będzie okazja" niczym na egzamin... a okazja będzie albo i nie, czynnik losowy działa zawsze. Idziesz na luzie w to samo miejsce - prawdopodobieństwo zaistnienia okazji jest identyczne jak w sytuacji, gdy jesteś spięty. Za to Twoje podejście, reagowanie...są inne.
Shini, nie uogólniaj - obecni powiedzmy 50 - latkowie gdy byli w Twoim wieku wcale nie wszyscy byli na swoim i żonaci, toż Ty młodziak jesteś. Ostatnimi laty mocno się pogorszyło z najmem i kredytami, ale nie przeginajmy z w drugą stronę. Zrobiło się miejscami gorzej oraz ewidentnie inaczej,  coś kiedyś działało jakoś, a teraz to samo już tak nie zadziała.

@Rozrabiaka
Problem za duże słowo, ale owszem, pewien typ postów mnie jakby irytuje. Podobnie jak pewne typy ludzkie. Oraz niektóre zachowania w przestrzeni wspólnej. I niekiedy ową irytację odrobineczkę ujawniam. Świadomie oraz z premedytacją smile

1 847

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

@Shini, jutro Ci odpowiem smile
Napiszesz, jak Święta przetrwałeś czy wolisz nie?

Święta były wyjątkowo w porządku, to zapewne zasługa leków. Co prawda całe spędziłem w domu więc teraz czuję się trochę jak zombie ale ogólnie było w miarę. A jak twoje święta?

Priscilla napisał/a:

Trochę pofilozofuję wink, bo myślę, że mówimy o dwóch różnych rzeczach. Na zewnątrz obiektywnie jest więcej bodźców - więcej dźwięków, ruchu i zmienności. Natomiast to, że coś ma dużo bodźców, nie znaczy, że nie może działać wyciszająco. Intensywne doświadczenia mogą pomagać rozładować napięcie, dlatego po nich czujemy spokój. To jednak nie przeczy temu, że samo środowisko jest bardziej stymulujące niż dom.

Ja patrzę na temat obiektywnie - na zewnątrz jest więcej bodźców sensorycznych (dźwięki, światła, ruch, ludzie, zmienność sytuacji), w domu środowisko jest bardziej przewidywalne i stałe. Zgodnie z tym mózg dostaje więcej danych z otoczenia poza domem niż w nim.

To o czym Ty mówisz to coś bardziej subiektywnego i dotyczy regulacji emocji. Sporty, koncerty, imprezy dostarczają dużo bodźców, ale jednocześnie rozładowują napięcie, stres i dlatego mogą wyciszać psychikę. 
Jednym słowem można mieć dużo bodźców, ale jednocześnie czuć się bardziej wyciszonym po ich przeżyciu. I to jest to, czego Ty doświadczasz, a o czym wspomniała też WesołaDziewczyna.

Rzecz w tym, że po drodze pomieszało się ze sobą mnóstwo wątków, choć punktem wyjścia do tej polemiki był temat Twojej ewentualnej wyprowadzki od rodziców, którą zestawiłeś z tym, że jak pójdziesz na jakieś wydarzenie albo spotkanie ze znajomymi, to jest Ci fajnie, a jak wracasz do domu, to masz poczucie, że wracasz do nudy i beznadziei. Potem z kolei stwierdziłeś, że to właśnie w domu doświadczasz przebodźcowania i tak to się rozkręciło wink

To akurat prawda, że na zewnątrz jest większa ilość bodźców bo jest też więcej ich źródeł. Ogólnie zgadzam się z tym co tu piszesz. To nawet nie o jakość czy rodzaj bodźców chodzi tylko bardziej o ich ciągłość. Na zewnątrz są różne bodźce, o różnym natężeniu i różnej częstotliwości. W domu są w większości jednego typu ale są bez przerwy. Nie ma prawie w ogóle momentów kiedy ich nie ma nie licząc snu. Przez to nie ma też regeneracji lub jest za mała.

To jest całkiem ciekawe bo moje obserwacje trochę się różnią. Sport jak najbardziej działa rozładowująco i z wymienionych tylko on tak działa. Koncerty choć mi się podobały pod względem muzyki i atmosfery zawsze były nieźle wyczerpujące, imprezy podobnie. Z tego też powodu średnio przepadam za takimi firmami spędzania czasu. No i dlatego, że nikt mnie nie zaprasza na imprezy.

To też prawda, czasami nawet nie zauważam kiedy temat się zmienia. Sam nie wiem czy to dobrze czy źle.

Muqin napisał/a:

@Shini
Jestem jak najdalsza od koncepcji "przeznaczenia". Po prostu usiłowałam przekazać, ze prócz tego, na co mamy wpływ jest też coś, co nazywam powiedzmy elementem losowym, na który wpływu nie mamy. Co w sumie się zbiega z tym, co napisałeś, że stwierdzenie "każdy jest kowalem swojego losu" jest nie do końca prawdziwe. Może inaczej - nawet jeśli jest tym kowalem, to jeden rodzi się synem kowala i właściciela kuźni, a drugi wcale nie czyli sprawiedliwie to nie jest, a porównywanie jednego z drugim prowadzi nieco na manowce.
Ten "los" raz na jakiś czas kogoś "wyciąga z piwnicy", i owszem. Podobnie jak zdarza się wygrać w grze losowej o małym stopniu prawdopodobieństwa wygranej.

Jeśli chodzi o te okazje, to przy Twoich blokadach ich zauważenie to odrębny "problem", jasne że nie zauważałaś i nadal w pewnym sensie nie zauważasz. Okazja nie jest czymś świadomie planowanym, okazja to się pojawia. Czynnik losowy. W pewnych sytuacjach typu eventy prawdopodobieństwo pojawienia się okazji jest teoretycznie większe, ale nadal - to prawdopodobieństwo. Dziewczynę z kawiarni pamiętam - typowa okazja, która się pojawiła.
Jak się ma ogromne oczekiwania to człek jest spięty, wtedy zaś bardzo często się blokuje i efekty bywają smętne. Znana sprawa - egzaminy. Iluż ludzi poległo albo dostało gorszą ocenę tylko dlatego, że nerwy ich zjadły? Idziesz gdzieś z nadzieją, że "będzie okazja" niczym na egzamin... a okazja będzie albo i nie, czynnik losowy działa zawsze. Idziesz na luzie w to samo miejsce - prawdopodobieństwo zaistnienia okazji jest identyczne jak w sytuacji, gdy jesteś spięty. Za to Twoje podejście, reagowanie...są inne.
Shini, nie uogólniaj - obecni powiedzmy 50 - latkowie gdy byli w Twoim wieku wcale nie wszyscy byli na swoim i żonaci, toż Ty młodziak jesteś. Ostatnimi laty mocno się pogorszyło z najmem i kredytami, ale nie przeginajmy z w drugą stronę. Zrobiło się miejscami gorzej oraz ewidentnie inaczej,  coś kiedyś działało jakoś, a teraz to samo już tak nie zadziała.

Dokładnie tak, nie istnieje coś takiego jak sprawiedliwość, a jeśli już to działa w niewielkim stopniu. Zawsze się porównywałem do tych "synów kowali" i zaprowadziło mnie to w niezbyt ciekawą sytuację. Nie znam nikogo kto wygrałby w grze losowej i tak samo nie znam nikogo kogo los wyciągnął z piwnicy. Mam więc o tym zdanie podobne co o Bogu. Przynajmniej powstają z tego czasami ciekawe rozmowy z ludźmi wierzącymi.

Z tym nie do końca mogę się zgodzić. Mogłoby się wydawać, że duże eventy dają większe prawdopodobieństwo na pojawienie się okazji ale moim zdaniem to działa wręcz odwrotnie. Im więcej ludzi tym bardziej "niewidzialna" staje się jedna osoba w tłumie. Przykładowo miejsca gdzie jest nie więcej niż kilkanaście lub kilkadziesiąt osób powinno stwarzać więcej szans bo jest się bardziej widocznym niż w wielkim tłumie na kilkaset lub kilka tysięcy osób. Co do dziewczyny z kawiarni to jest o tyle ciekawa historia, że na początku nawet nie uważałem tego za szansę. Z nią po prostu fajnie się rozmawiało, a dopiero za którymś razem kiedy byłem w tej kawiarni pojawiła mi się myśl, że skoro już tak rozmawiamy to może to właśnie jest jedna z tych szans. Gdybym od samego początku miał podejście, że to szansa to pewnie nie zdołałbym nawet wydusić jednego słowa. Dokładnie tak jak piszesz. Nawet z tą pierwszą dziewczyną było podobnie. Ona od razu wręcz powaliła urodą i bardzo ciężko mi było w ogóle się odezwać. Jednak sytuacja dosłownie wymusiła tą rozmowę. Wtedy nawet nie myślałem, że taka ładna dziewczyna w ogóle chciałaby ze mną rozmawiać. A ona nie tylko rozmawiała na temat miejsca, w którym się poznaliśmy ale jeszcze potem chciała utrzymywać kontakt. Nawet mimo tego, że już jakiś czas się znaliśmy i tak kiedy tylko zaczynałem myśleć w kategoriach szansy i pokazywania się z atrakcyjnej strony to znów nie mogłem wydusić słowa. Z egzaminami było podobnie. Nie wiedząc, że to co robię będzie oceniane miałem o wiele lepsze wyniki niż wiedząc to. Pamiętam jak ktoś był wzywany do odpowiedzi i mimo iż wiedział na dany temat wszystko to stojąc pod tablicą i tak wiedząc, że będzie oceniany też nie potrafił wydusić słowa. Egzamin na prawo jazdy to był koszmar, podchodziłem do niego wiele razy. To z 50 latkami to moje prawdziwe obserwacje, na prawdę nie znam nikogo kto mając teraz te 50 lat będąc w moim wieku nie był już w miarę ustawiony. Zapewne akurat moje otoczenie było i jest właśnie takie ale to serio prawda. Z kolei wśród tych trochę młodszych co teraz dopiero podchodzą pod 40 jest już trochę samotnych lub po rozwodzie. Już tak nie przesadzaj z tym młodzikiem, młody to ja byłem 10 lat temu. Kiedyś bez wątpienia było trochę lepiej w kwestii mieszkaniowej czy tym bardziej wynajmu. Pamiętam jak niektórzy znajomi szli na wynajem i Warszawie wynajmowali całe kawalerki po 1500zł, w pojedynkę. I to nie na obrzeżach tylko całkiem blisko śródmieścia.

1 848

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

@Rozrabiaka
Problem za duże słowo, ale owszem, pewien typ postów mnie jakby irytuje. Podobnie jak pewne typy ludzkie. Oraz niektóre zachowania w przestrzeni wspólnej. I niekiedy ową irytację odrobineczkę ujawniam. Świadomie oraz z premedytacją smile

Witaj w klubie! tongue

Przyjąłem rolę prowokatora- błazna, a to stawia pewne wymagania;)

W tym temacie próbowałem kiedyś na serio, ale uznałem że autor jedynie buduje tu sobie strefę komfortu- wentyl do upuszczania frustracji.
Nie jest zainteresowany prawdziwą zmianą, dlatego reaguje tak a nie inaczej na jej propozycje.
Branie w tym udziału ma działanie przeciwskuteczne, para idzie w gwizdek.
Jest moim zdaniem wręcz szkodliwe dla autora.

Pomagać można i trzeba, jeśli ma jednak chodzić o realną pomoc a nie towarzyskie dyskusje, trzeba rozliczać z tego, co ktoś realnie robi z poświęconym mu czasem. Jakie wyciąga wnioski i przede wszystkim, jakie to ma przełożenie na działanie.

To tyle, jeśli chodzi i łyżkę dziegciu do tych beczek miodu tutaj;)

1 849

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Muqin napisał/a:

@Rozrabiaka
Problem za duże słowo, ale owszem, pewien typ postów mnie jakby irytuje. Podobnie jak pewne typy ludzkie. Oraz niektóre zachowania w przestrzeni wspólnej. I niekiedy ową irytację odrobineczkę ujawniam. Świadomie oraz z premedytacją smile

Witaj w klubie! tongue

Przyjąłem rolę prowokatora- błazna, a to stawia pewne wymagania;)

W tym temacie próbowałem kiedyś na serio, ale uznałem że autor jedynie buduje tu sobie strefę komfortu- wentyl do upuszczania frustracji.
Nie jest zainteresowany prawdziwą zmianą, dlatego reaguje tak a nie inaczej na jej propozycje.
Branie w tym udziału ma działanie przeciwskuteczne, para idzie w gwizdek.
Jest moim zdaniem wręcz szkodliwe dla autora.

Pomagać można i trzeba, jeśli ma jednak chodzić o realną pomoc a nie towarzyskie dyskusje, trzeba rozliczać z tego, co ktoś realnie robi z poświęconym mu czasem. Jakie wyciąga wnioski i przede wszystkim, jakie to ma przełożenie na działanie.

To tyle, jeśli chodzi i łyżkę dziegciu do tych beczek miodu tutaj;)

Jakie wymagania ma rola prowokatora-błazna? big_smile

1 850

Odp: Co to znaczy żyć?

@Shini
Cieszę się, ze Ci te Święta nie dowaliły zanadto. smile Ja nie jestem chrześcijanką, wychowałam się w rodzinie religijnie obojętnej oraz słabo jeśli w ogóle przywiązanej do polskich tradycji  i w efekcie nie świętuję. Dni jak dni, żadne sentymenty mi się nie uruchamiają.

Też nie znam nikogo, kto by wygrał tak zwaną szóstkę w Totka, to naprawdę rzadkość jeśli wziąć pod uwagę liczbę grających. Za to znam jedną osobę, którą w pewnym sensie los wyciągnął z piwnicy. Niesamowita historia, jak z filmu i to takiego, że gdyby sfilmować byłby to scenariusz umiarkowanie wiarygodny dla widzów. Ponieważ  dotyczy osoby trzeciej - nie podzielę się na forum. Takie wyciągnięcie to też rzadkość.

Z tym prawdopodobieństwem pojawienia się okazji na evencie to chyba mamy racje oboje, bo zależy z której strony na to spojrzeć smile Więcej ludzi to większy wybór, ale też masz rację , w tłumie jest się bardziej niewidzialnym niż w mniejszej grupie, poza tym na event ludzie idą z innych powodów niż akurat chęć nawiązania relacji. Jak się idzie na koncert to raczej posłuchać niż zawierać nowe znajomości.

Sądzę, że w którymś momencie zdołasz odpuścić ten swoisty przymus "pokazania się z najatrakcyjniejszej strony", bo to kompletnie zabija naturalność, spina i niczym na egzaminie wychodzi odwrotnie, niż by się chciało.
Zwykle człowiek, który wie, że jest oceniany spina się, zwłaszcza jeśli od tej oceny zależy coś ważnego.
Tak ze wspomnień to odpowiedzi przy tablicy w szkole były dla mnie koszmarem. Odetchnęłam na studiach. No też oceniali, ale jednak inaczej to przebiegało, nas traktowali już nie jak dzieciaki, co to wszystkowiedzący nauczyciel im wykazuje niewiedzę często przy okazji kogoś ośmieszając. Już jako nauczycielka akademicka nienawidziłam egzaminować,  koszmar. Wiesz, znam studenta, rok go uczę, wiem że durny nie jest, wchodzi na egzamin i widzę, że głupieje, tylko dlatego że to egzamin. Uwierz mi, okropność to była także dla mnie.
Absolutnie ci wierzę, ze z tymi ludźmi koło 50-ki, których poznałeś jest tak, jak piszesz. Tyle ze znasz iluś, nie należy uogólniać, bo gdybyś wziął więcej 50-latków, bardziej pomieszał środowiska to byś dostał trochę inny obrazek całości.
Dziesięć lat temu to byłeś dzieciak. Teraz jesteś młody. Jak byłam w Twoim wieku, nawet ciut starsza właśnie zaczynałam niejako od nowa, zdobywałam całkiem nowy zawód i gdyby mi ktoś powiedział, że młoda nie jestem to bym się zwyczajnie wściekła, no staruszkę robić z kobiety ledwo po 30-ce, też mi pomysł ! nie żyjemy w XIX wieku, gdy 48-letni mężczyzna był określany mianem "starca" - to nie żart, czytałam taką notatkę prasową z drugiej połowy XIX wieku, ze w tragicznym wypadku pod kołami automobilu zginął "48-letni starzec".
Najem się mocno zmienia. Ochrona praw lokatorów swoje zrobiła. Nie żebym była przeciw, ale teraz to się porobiło tak, że lokatorzy mają ochronę prawną, ale właściciele to tylko taką teoretyczną, bez przełożenia na praktykę. Chory ten najem u nas coraz bardziej.

@Rozrabiaka
Do klubu to chyba się wstępuje dobrowolnie, mylę się? Ja do żadnego się nie zapisywałam, jestem indywidualistką i nie znoszę się zrzeszać.
Rola to ma do siebie między innymi, że stosunkowo łatwo w nią wejść, wyjść znacznie trudniej.
Piszesz, ze w tym temacie próbowałeś itd...sorki, nie wchodzę w to. Z błaznem się poważnie nie rozmawia, szkoda czasu i wysiłku. No chyba że błazen jest na poziomie Stańczyka, ale to najwyższa liga i rzadkość.

1 851

Odp: Co to znaczy żyć?

Ja tam Rozrabiake troche rozumiem. Tez kiedyś staralem sie podpowiedzieć. Ale wszystko sie kończyło: nie bo....

O tyle dobrze ze Shini nie odpowiada "nie bo nie". Uzasadnia swoje odpowiedzi całkiem logicznie. Nie ma problemu z racjonalnym myśleniem- problem jest w tym ze stanie na glowie żeby utrzymać status quo. Nieciekawa rzeczywistosc ale swoja i znana.

Nawet jak mowimy o wyprowadzce. Założenie- sam w kawalerce. Ale czemu? Jak sie nie ma co sie lubi to sie lubi co sie ma. Wiadomo ze dorosly chcialby sam. Ale teraz tez nie jest sam w domu. Moze wynająć z kimś- lepiej niz w domu nie bedzie ale będzie chociaz rządził swoim życiem. W takim układzie koszty nie zabija.

Wiadomo ze jest stres. Moja młoda ryczala bo ją wyprowadzka  przerażała.  Ryczała ale jednocześnie chciała i robila swoje. Poszło jak poszło jest ok.

Każdy z nas czasem wie ze musi zrobić cos niefajnego i przerażającego zeby bylo lepiej. A czasem nawet nie wiadomo czy bedzie lepiej. To cześć zycia. Niewygoda i lęk w który trzeba pójść. Wbrew sobie. Mam wrażenie ze Shini nie chce. Jest specjalista w wynajdowaniu racjonalnych powodow "nie podjęcia " decyzji czy ryzyka

1 852

Odp: Co to znaczy żyć?

Bert, Shini ma racjonalizowanie opanowane do perfekcji. Taki mechanizm obronny, jak każdy mechanizm obronny w wersji przerośniętej już szkodzi zamiast pomagać. Z osobą z tak rozwiniętą racjonalizacją rozmowa "na racjonalne argumenty" może być dobrym ćwiczeniem, ale to tyle. Na racjonalizacje się z Shinim raczej nie wygra.

Nieciekawa rzeczywistość ale znana i tkwimy - znane.
Zauważ - stosowanie "jak się nie ma, co się lubi to się lubi co się ma" całkiem nieźle może wspomagać tkwienie. To, co bym lubił jest poza zasięgiem, to co jest ma zalety i gotowe, tkwimy. Jak jeszcze dodać "inni mają gorzej" i "trzeba doceniać to, co się ma" wychodzi co wychodzi.



Bert44 napisał/a:

J
Każdy z nas czasem wie ze musi zrobić cos niefajnego i przerażającego zeby bylo lepiej. A czasem nawet nie wiadomo czy bedzie lepiej. To cześć zycia. Niewygoda i lęk w który trzeba pójść. Wbrew sobie. Mam wrażenie ze Shini nie chce. Jest specjalista w wynajdowaniu racjonalnych powodow "nie podjęcia " decyzji czy ryzyka

Z tym "każdy wie, że musi" to bym polemizowała troszkę. Każdy to na pewno nie.
Właśnie sie zastanowiłam, czy ja robiłam w życiu rzeczy niefajnie i przerażające, bo musiałam i wyszło mi, że nie za bardzo. Nie wspominając o robieniu czegoś wbrew sobie - tego to instynktownie unikałam od dzieciństwa jak zarazy, ileś razy spróbowałam na niewielką skalę już w dorosłości i rezultaty nie okazały się zachęcające, a że na błędach człek się uczy szybko załapałam, ze wbrew sobie coś robić nie jest w moim przypadku mądrym pomysłem. Sądzisz, ze jestem absolutnym wyjątkiem wśród homo sapiens? Ja siebie tak nie postrzegam, zatem co najmniej w grę wchodzą dwa warianty - jedni robią coś wbrew sobie i dobrze na tym wychodzą (konstrukcja psychiczna model A), a drudzy w żadnym razie tak czynić nie powinni (konstrukcja psychiczna model B).
Wrażenie że Shini nie chce choć deklaruje, że chce to wiele osób na forum ma.
W mojej ocenie jest to właśnie wrażenie, a nie stan faktyczny.
Jest takie powiedzenie, że "chcieć to móc". Jak każda  lakoniczna "mądrość ludowa" oczywiście rzeczywistość zafałszowuje. Na niektórych działa stymulująco i zachęca do wysiłku i działania, ale w innych konfiguracjach niszczy i dołuje.
Shini ma rodziców jakich ma. Zapytany, czy chciałby ich zmienić ( w znaczeniu zmienić ich podejście do pewnych rzeczy ) zapewne odpowie "jasne, chciałbym". Da radę to zrobić? Nie. Chce, ale nie może.  To znaczy, ze nie chce? Czy raczej że to chcenie niemożliwego?

Bert, sytuacja Twojej córki jest naprawdę bardzo odległa od sytuacji Shiniego, porównywanie nie ma sensu. Ona się bała, ale chciała zatem zrobiła?
A gdybyście zamiast ją wspierać i pomagać i psychicznie i finansowo przyjęli postawę : na finanse nie licz a co do szans powodzenia to na pewno ci się nie uda, świat jest groźny, ludzie podli a ty słaba i tyle ci się już nie udało (wyliczenie klęsk i niepowodzeń plus wytknięcie ile to NAS kosztowało, plus przypomnienie, że zawiodłaś liczne nasze nadzieje oraz oczekiwania) - w podsumowaniu doprawdy nie widzimy szans, żeby ci się udało tym razem, nic na to nie wskazuje, ale cóż, skoro chcesz (tu męczeńska mina) to jak sądzisz, jak by było z tą jej wyprowadzką? Wyprowadzką czasową, w celu studiowania a nie usamodzielnienia, wyprowadzką ze wspomaganiem finansowym i psychicznym ludzi, którym zależy na jej sukcesie, którzy w nią wierzą.

Co do Rozrabiaki - z osobą, która świadomie przyjęła rolę błazna i prowokatora na forum na tymże forum nie rozmawiam na serio. Niezależnie od tematu. Będę chciała pobłaznować - znam adres. Bez urazy smile

1 853

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Jakie wymagania ma rola prowokatora-błazna? big_smile

Trzeba obnażać. Lubisz?


Muqin napisał/a:

@Rozrabiaka
Do klubu to chyba się wstępuje dobrowolnie, mylę się? Ja do żadnego się nie zapisywałam, jestem indywidualistką i nie znoszę się zrzeszać.

Specjalnie dla Ciebie, indywidualistko-

https://www-merriam--webster-com.transl … _tr_pto=rq



Muqin napisał/a:

Rola to ma do siebie między innymi, że stosunkowo łatwo w nią wejść, wyjść znacznie trudniej.

Coś o tym wiesz, prawda?
Różnica polega na tym, że moja rola jest świadoma;)


Muqin napisał/a:

Piszesz, ze w tym temacie próbowałeś itd...sorki, nie wchodzę w to. Z błaznem się poważnie nie rozmawia, szkoda czasu i wysiłku.


Toć nie oczekuję od Ciebie poważnej rozmowy czy zrozumienia.
Oczekuję dokładnie tego, co robisz;)



Bert44 napisał/a:

Ja tam Rozrabiake troche rozumiem. Tez kiedyś staralem sie podpowiedzieć. Ale wszystko sie kończyło: nie bo....

No wiesz, jak możesz?! tongue

Płonne Twe wysiłki, Shinni sobie to tutaj doskonale urządził;)
Swego czasu myślałem że gość chce naprawdę pomocy, zmian. Dosyć szybko załapałem o co tak naprawdę tu biega.
No ale każdy ma to co lubi i czego potrzebuje, więc sobie grają w tę grę pozorów i wszystkim jest fajnie.

Nie bądź Rozrabiaka, nie próbuj im psuć humoru! big_smile

1 854 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-04-08 18:22:29)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Bert, Shini ma racjonalizowanie opanowane do perfekcji. Taki mechanizm obronny, jak każdy mechanizm obronny w wersji przerośniętej już szkodzi zamiast pomagać. Z osobą z tak rozwiniętą racjonalizacją rozmowa "na racjonalne argumenty" może być dobrym ćwiczeniem, ale to tyle. Na racjonalizacje się z Shinim raczej nie wygra.

Nieciekawa rzeczywistość ale znana i tkwimy - znane.
Zauważ - stosowanie "jak się nie ma, co się lubi to się lubi co się ma" całkiem nieźle może wspomagać tkwienie. To, co bym lubił jest poza zasięgiem, to co jest ma zalety i gotowe, tkwimy. Jak jeszcze dodać "inni mają gorzej" i "trzeba doceniać to, co się ma" wychodzi co wychodzi.



Bert44 napisał/a:

J
Każdy z nas czasem wie ze musi zrobić cos niefajnego i przerażającego zeby bylo lepiej. A czasem nawet nie wiadomo czy bedzie lepiej. To cześć zycia. Niewygoda i lęk w który trzeba pójść. Wbrew sobie. Mam wrażenie ze Shini nie chce. Jest specjalista w wynajdowaniu racjonalnych powodow "nie podjęcia " decyzji czy ryzyka

Z tym "każdy wie, że musi" to bym polemizowała troszkę. Każdy to na pewno nie.
Właśnie sie zastanowiłam, czy ja robiłam w życiu rzeczy niefajnie i przerażające, bo musiałam i wyszło mi, że nie za bardzo. Nie wspominając o robieniu czegoś wbrew sobie - tego to instynktownie unikałam od dzieciństwa jak zarazy, ileś razy spróbowałam na niewielką skalę już w dorosłości i rezultaty nie okazały się zachęcające, a że na błędach człek się uczy szybko załapałam, ze wbrew sobie coś robić nie jest w moim przypadku mądrym pomysłem. Sądzisz, ze jestem absolutnym wyjątkiem wśród homo sapiens? Ja siebie tak nie postrzegam, zatem co najmniej w grę wchodzą dwa warianty - jedni robią coś wbrew sobie i dobrze na tym wychodzą (konstrukcja psychiczna model A), a drudzy w żadnym razie tak czynić nie powinni (konstrukcja psychiczna model B).
Wrażenie że Shini nie chce choć deklaruje, że chce to wiele osób na forum ma.
W mojej ocenie jest to właśnie wrażenie, a nie stan faktyczny.
Jest takie powiedzenie, że "chcieć to móc". Jak każda  lakoniczna "mądrość ludowa" oczywiście rzeczywistość zafałszowuje. Na niektórych działa stymulująco i zachęca do wysiłku i działania, ale w innych konfiguracjach niszczy i dołuje.
Shini ma rodziców jakich ma. Zapytany, czy chciałby ich zmienić ( w znaczeniu zmienić ich podejście do pewnych rzeczy ) zapewne odpowie "jasne, chciałbym". Da radę to zrobić? Nie. Chce, ale nie może.  To znaczy, ze nie chce? Czy raczej że to chcenie niemożliwego?

Bert, sytuacja Twojej córki jest naprawdę bardzo odległa od sytuacji Shiniego, porównywanie nie ma sensu. Ona się bała, ale chciała zatem zrobiła?
A gdybyście zamiast ją wspierać i pomagać i psychicznie i finansowo przyjęli postawę : na finanse nie licz a co do szans powodzenia to na pewno ci się nie uda, świat jest groźny, ludzie podli a ty słaba i tyle ci się już nie udało (wyliczenie klęsk i niepowodzeń plus wytknięcie ile to NAS kosztowało, plus przypomnienie, że zawiodłaś liczne nasze nadzieje oraz oczekiwania) - w podsumowaniu doprawdy nie widzimy szans, żeby ci się udało tym razem, nic na to nie wskazuje, ale cóż, skoro chcesz (tu męczeńska mina) to jak sądzisz, jak by było z tą jej wyprowadzką? Wyprowadzką czasową, w celu studiowania a nie usamodzielnienia, wyprowadzką ze wspomaganiem finansowym i psychicznym ludzi, którym zależy na jej sukcesie, którzy w nią wierzą.

Co do Rozrabiaki - z osobą, która świadomie przyjęła rolę błazna i prowokatora na forum na tymże forum nie rozmawiam na serio. Niezależnie od tematu. Będę chciała pobłaznować - znam adres. Bez urazy smile

Ok źle to ująłem. Mowiac każdy czasem robi coś wbrew sobie miałem na myśli raczej wbrew wygodzie, wbrew lekowi itp. Wiedząc że powinienem tej zmiany dokonac choc sie boję bo to co jest na dzis nie jest dla mnie dobre. Jak np. babka ktora nie potrafi odejść od przemocowca.  Nie chce tego ale tkwi. Wiem ze za tym stoją rozne mechanizmy. Wiem ze Shinni ma ciężko z rodzicami i dali mu wiekszy ciezar niz wsparcie. Wiem tez ze jest inteligentny. Wiem ze przy dobrej motywacji mógłby spojrzeć na świat inaczej. A przybajmniej sprobowac a nie skreslac od razu. Wiem że gdybyś nacisnęła ze wyprowadzka to dobry pomysł (przyklad bo wcale nie wiem czy dobry) I zmusiła go do spojrzenia na to inaczej (to jest dla mnie dobre choc ryzykowne troszkę ale zrobię to rozważę moje obawy, nie skreslę nic tylko racjonalnie to przebadam) to mógłby przynajmniej rozważyć. Na dzisiaj skresla. Nie ma podejscia ok rozważę jak to osiągnąć, jakis pobije sie z przeszkodami ale spróbuję.  Teraz jest nie bo....Ręce do gory poddaje sie. Nawet o tym nie mysle

Co mu lepiej zrobi niz kierowanie własnym życiem? Czym ryzykuje? Że w najgorszym wypadku usłyszy "wrociles synu marnotrawny"? Przecież codziennie to słyszy w tej czy innej formie.  Co dostaje od rodziców poza utrzymaniem? Dlaczego tkwi w układzie który podcina mu skrzydła i nie uwolni sie z tego co najbardziej go dusi i nie pozwala rozwinąć? Najważniejsze pytanie: czym tak naprawdę ryzykuje? Że uszczypnie porażka jak sie nie uda? Przecież pisał że rodzice go przyjmą jak coś znów pod dach. Dlaczego skupiać się tylko na potencjalnych problemach i wieczne "nie uda sie". No I trudno. Jak sie nie uda to nie uda. Gdzie sie świat zawali? Stanie sie cos "nienaprawialnego"?

A jak sie uda? Co wtedy bedzie? Moze warto pomyśleć co bedzie jak sie uda? Moze zacznie kierować własnym życiem? Może pozna nowych ludzi? Moze nowe towarzystwo, nowy świat? Moze nowa praca? Moze nowe obowiazki? Moze moze moze? Alternatywnie za 5 lat gadać będziemy o tym samym. Tego sie obawiam

Bo można powiedzieć najpierw trzeba sobie dać rade z traumatyczne, uleczyć wewnętrzne dziecko itd. Ale niektórzy nie dadzą rady a życie leci. Jak czekają na to żeby zacząć żyć to moga sie nie doczekać. Skoro juz nic nie dziala to moze sprobowac żyć i wtedy walczyć z traumami czy emocjami. Jak nie wiadomo co robic to czasem lepiej robic cokolwiek skoro od lat nic sie nie zmienia

1 855

Odp: Co to znaczy żyć?

Bert, sam napisałeś o tych kobietach co to od przemocowca odejść nie są w stanie i że tu w grę wchodzą silne mechanizmy psychologiczne.
U Shiniego mechanizmy są równie silne. Miejscami moim zdaniem zdecydowanie podobne.
Zobacz Shiniego jako osobę w podobny sposób od lat uwikłaną w przemocowy układ,  tyle że nie męsko-damski, a zapewne sporo Ci się wyjaśni.
Sensownie piszesz, ale to co proponujesz zwyczajnie nie ma szans zadziałać moim zdaniem.
Piszesz, że przy "dobrej motywacji" mógłby spojrzeć na świat inaczej. Czy akurat motywacja zmienia postrzeganie świata? Ja sądzę, że postrzeganie świata rodzi motywację, jeśli już. Poza tym masz jakiś pomysł na odpowiednio silną motywację? Pistolet przy głowie?
Po prawdzie wyprowadzenie się od rodziców w ogóle bez sensu chyba jest ustawiać jako cel sam w sobie, to jest środek do celu ewentualnie cel cząstkowy.
Innym celem cząstkowym  tak jak teraz widzę funkcjonowanie Shiniego to by być mogło uregulowanie kwestii korzystania z internetu, bo to z całą pewnością by sporo odblokowało, to można zrobić bez wyprowadzki i to by mogło to nieszczęsne poczucie własnej sprawczości ciut może zbudować, bo tu sukces byłby jakoś wymierny, a bez pieniędzy osiągalny. No ale to ja widzę z forum, za mało wiem o Shinim , żeby się upierać, że mam rację. Może to jeszcze nie ten czas dla niego.

Kierowanie własnym życiem to cel ogólny, Bert. Nie cel cząstkowy.
Absolutnie nie mam we zwyczaju kogoś popychać, żeby zrobił coś, na co nie jest gotowy moim zdaniem i wedle mojej oceny. W ogóle raczej nie popycham nikogo do niczego, jak popchnę i to skutecznie to z automatu biorę co najmniej część odpowiedzialności za ewentualną klęskę, no bo popchnęłam. Nie żeby nigdy i nikogo, ale z ogromna rozwagą to czynię oraz rzadko. No i tylko osoby, które naprawdę dobrze znam.
Wiesz, z fizyki pamiętam, ze im silniejszy nacisk tym silniejszy opór. Z ludźmi bywa podobnie.

Shini nie jest stricte na utrzymaniu rodziców. Dokłada się do wspólnego gospodarstwa i pieniędzmi i pracą własna, ma nawet jakieś oszczędności, absolutnie nie jest leniwym pasożytem. To tak przy okazji.

1 856

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Bert, sam napisałeś o tych kobietach co to od przemocowca odejść nie są w stanie i że tu w grę wchodzą silne mechanizmy psychologiczne.
U Shiniego mechanizmy są równie silne. Miejscami moim zdaniem zdecydowanie podobne.
Zobacz Shiniego jako osobę w podobny sposób od lat uwikłaną w przemocowy układ,  tyle że nie męsko-damski, a zapewne sporo Ci się wyjaśni.
Sensownie piszesz, ale to co proponujesz zwyczajnie nie ma szans zadziałać moim zdaniem.
Piszesz, że przy "dobrej motywacji" mógłby spojrzeć na świat inaczej. Czy akurat motywacja zmienia postrzeganie świata? Ja sądzę, że postrzeganie świata rodzi motywację, jeśli już. Poza tym masz jakiś pomysł na odpowiednio silną motywację? Pistolet przy głowie?
Po prawdzie wyprowadzenie się od rodziców w ogóle bez sensu chyba jest ustawiać jako cel sam w sobie, to jest środek do celu ewentualnie cel cząstkowy.
Innym celem cząstkowym  tak jak teraz widzę funkcjonowanie Shiniego to by być mogło uregulowanie kwestii korzystania z internetu, bo to z całą pewnością by sporo odblokowało, to można zrobić bez wyprowadzki i to by mogło to nieszczęsne poczucie własnej sprawczości ciut może zbudować, bo tu sukces byłby jakoś wymierny, a bez pieniędzy osiągalny. No ale to ja widzę z forum, za mało wiem o Shinim , żeby się upierać, że mam rację. Może to jeszcze nie ten czas dla niego.

Kierowanie własnym życiem to cel ogólny, Bert. Nie cel cząstkowy.
Absolutnie nie mam we zwyczaju kogoś popychać, żeby zrobił coś, na co nie jest gotowy moim zdaniem i wedle mojej oceny. W ogóle raczej nie popycham nikogo do niczego, jak popchnę i to skutecznie to z automatu biorę co najmniej część odpowiedzialności za ewentualną klęskę, no bo popchnęłam. Nie żeby nigdy i nikogo, ale z ogromna rozwagą to czynię oraz rzadko. No i tylko osoby, które naprawdę dobrze znam.
Wiesz, z fizyki pamiętam, ze im silniejszy nacisk tym silniejszy opór. Z ludźmi bywa podobnie.

Shini nie jest stricte na utrzymaniu rodziców. Dokłada się do wspólnego gospodarstwa i pieniędzmi i pracą własna, ma nawet jakieś oszczędności, absolutnie nie jest leniwym pasożytem. To tak przy okazji.

Zacznę od leniwego pasożyta. Mam nadzieję ze nie sądzisz ze tak uważam?

Co do babki i przemocowca to mechanizmy mechanizmami a najlepszym wyjściem jest spie...laj od tego faceta a potem sobie układaj dalej. Odetnij sie najpierw.

Wierz lub nie ale pisząc mojego posta pomyslalem: no pewnie Muqin zagada o "dobrej motywacji" smile

Co do pistoletu do głowy o to nie chodzi ale mam wrażenie ze czasem Twoje zrozumienie jest za duże. Że zaniżasz poprzeczkę

1 857

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

czasem Twoje zrozumienie jest za duże. Że zaniżasz poprzeczkę

Nie przeginaj bo i Ty zostaniesz ofukany! tongue
Co prawda napisałem to samo ale o wiele bardziej dobitnie, ale i Tobie może się oberwać big_smile

Nasza (Twoja!;)) rozmówczyni nie rozumie że męskość wykuwa się poprzez wyzwania. W efekcie robi tu coś bardzo podobnego do rodziców autora, a to nie ma prawa się udać.
Autor zaś ma okazję się wyregulować, przytulony do piersi i w efekcie czuje się lepiej. Na tyle, by dalej powielać schemat, bo dyskomfort który jest powodem do zmian, mniejszy.

1 858

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Bert44 napisał/a:

czasem Twoje zrozumienie jest za duże. Że zaniżasz poprzeczkę

Nie przeginaj bo i Ty zostaniesz ofukany! tongue
Co prawda napisałem to samo ale o wiele bardziej dobitnie, ale i Tobie może się oberwać big_smile

Nasza (Twoja!;)) rozmówczyni nie rozumie że męskość wykuwa się poprzez wyzwania. W efekcie robi tu coś bardzo podobnego do rodziców autora, a to nie ma prawa się udać.
Autor zaś ma okazję się wyregulować, przytulony do piersi i w efekcie czuje się lepiej. Na tyle, by dalej powielać schemat, bo dyskomfort który jest powodem do zmian, mniejszy.

Ty tez zostaniesz ofukany za madralowanie sie! big_smile

1 859

Odp: Co to znaczy żyć?
Julia life in UK napisał/a:

Ty tez zostaniesz ofukany za madralowanie sie! big_smile

Nie zostanę, bo ofukująca za mną nie rozmawia. Mam immunitet! tongue

No chyba że Ty, ale nie zrobisz mi tego przecież.

Prawda?

Prawda??


Prawda???

1 860

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Julia life in UK napisał/a:

Ty tez zostaniesz ofukany za madralowanie sie! big_smile

Nie zostanę, bo ofukująca za mną nie rozmawia. Mam immunitet! tongue

No chyba że Ty, ale nie zrobisz mi tego przecież.

Prawda?

Prawda??


Prawda???

Phi immunitet...  oczywiscie,że zrobie,ale teraz mnie sie nie chce big_smile

1 861 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-08 20:51:56)

Odp: Co to znaczy żyć?
Shinigami napisał/a:

Żadnych ram czasowych nie omawialiśmy bo nie bardzo da się to zrobić. Cele omawialiśmy choć na przestrzeni całej dotychczasowej terapii wielokrotnie się zmieniały. Wydaje mi się, że my wciąż jeszcze nie dotarliśmy do wszystkiego co we mnie siedzi.

Ja nie wiem czy wygląda źle czy dobrze bo nie mam żadnego porównania. Nie mam też pojęcia kiedy i jakich efektów powinienem się spodziewać w moim przypadku. Terapeutka już na samym początku mi powiedziała, że ta terapia może trwać lata ale wszystko zależy nie da konkretnej osoby. Na prawdę wiele rzeczy we mnie jest źle, a raczej niewiele działa tak jak powinno u zdrowej osoby. Na siłowni jest o wiele prościej. Tu nie mam pojęcia ani na co powinien być plan treningowy ani na co on jest teraz. Gdyby się dało w ciągu roku niemal całkowicie zmienić wszystkie moje przekonania i myśli z prawie 30 lat to raczej bym w to nie uwierzył. Ale dzięki, spytam terapeutki o to jak powinna wyglądać dalej ta terapia.

Terapia to tylko malutki wycinek mojego czasu. O wiele więcej się marnuje na zupełnie inne i o wiele mniej produktywne rzeczy. Wierz mi, że terapia jest jedną z najbardziej produktywnych rzeczy jakie robię.

Nie mam wykształcenia w kierunku psychologicznym, ale wydaje mi się, że to brzmi słabo.
Zwykłe liczenie ile godzin oglądałeś seriale, ile weekendów w tygodniu siedziałeś w domu, a ile bingewatchingując porno i anime i już masz miernik postępu. Prosty, łatwy i obiektywny.
Akurat jesteś w bardzo dobrej sytuacji bo nie musisz korzystać z technologii, aż tak mocno w pracy. Nie jesteś też związany karierą z żadną konkretną technologią, więc masz dowolność wyboru zawodu żeby oderwać się tymczasowo od telefonu, porno i anime. Moim zdaniem nawet lepiej robić weekendy w McDonald, żeby się oderwać, niż żeby kusiło w domu.
Ludzie, którzy pracują na home office też mają podobne problemy, ale nie moga odejść od technologii, bo to główne narzędzie pracy.

1 862 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-04-08 22:06:57)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini dalej szuka uwagi i kawałka piersi do przytulenia i wyżalenia się, a chętne udostępniają jedno i drugie?

Ciekawe, dlaczego w takim razie regularnie pyta, co u mnie słychać, jak się czuję, co sądzę o jakimś filmie, piosence, czy ostatnio spodobało mi się jakieś anime, albo gra, a potem dopytuje dlaczego. Nigdy nie daje mi odczuć, że nudzi go to, o czym mówię i że wolałby w tym czasie robić coś innego, zamiast czytać moją paplaninę. Nigdy też nie miał pretensji, gdy dłuższy czas się nie odezwałam, nie był nachalny, nie narzucał się. Przeciwnie, zawsze czeka aż otrzyma odpowiedź, a jak nie chcę o czymś rozmawiać, nie naciska. Szanuje moje granice. Chętnie rozwija temat, gdy mówię o jakichś swoich planach, życzy mi powodzenia w ich realizacji i podkreśla, że wierzy w mój sukces.
Tak brzmi według Ciebie osoba, która szuka tylko uwagi i kawałka piersi do przytulenia?
I... dlaczego miałabym nie chcieć z nim rozmawiać, zważywszy na to, jak mnie traktuje?

1 863

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Zacznę od leniwego pasożyta. Mam nadzieję ze nie sądzisz ze tak uważam?

Co do babki i przemocowca to mechanizmy mechanizmami a najlepszym wyjściem jest spie...laj od tego faceta a potem sobie układaj dalej. Odetnij sie najpierw.

Wierz lub nie ale pisząc mojego posta pomyslalem: no pewnie Muqin zagada o "dobrej motywacji" smile

Co do pistoletu do głowy o to nie chodzi ale mam wrażenie ze czasem Twoje zrozumienie jest za duże. Że zaniżasz poprzeczkę

Bert, w żadnym razie nie sądzę, ten rodzaj tekstów to nie Twoje klimaty smile tym niemniej napisałeś, ze Shini jest na utrzymaniu rodziców, co zwyczajnie nie jest prawdą.
Oczywiście można rzec "mechanizmy mechanizmami a najlepiej jest sp...dalać" , tyle ze to ta kobieta musi wykonać. Co gorsza takie wyrwane trochę siłą wracają do swoich przemocowców, choć nierzadko wcale patrząc z zewnątrz nie muszą. Nigdy nie byłeś w takim uwikłaniu, ja je miałam okazję widzieć z bliska i w naturze, choć sama uwikłana nie byłam w ten sposób ani nie jest to mój wzorzec rodzinny.
Trochę mnie poznałeś smile zagadałam zgodnie z przewidywaniami o tej motywacji, bo teoria teorią a ja proszę konkret.

Bert, czy ja jestem od wychowywania innych i stawiania im jakichś poprzeczek? Nie jestem. Terapeutką też nie jestem.
A że osobiście jeśli ktoś próbuje ze mną metodą "stawiania poprzeczki" coś zdziałać jeżę się od zawsze i to mocno, rywalizacja zaś mnie autentycznie demotywuje do jakiegokolwiek wysiłku to sam rozumiesz, zwyczajnie zakładam, że nie jestem jedyna taka na świecie.
Może dlatego rozmawiam z Shini inaczej? Nie znam go zbyt dobrze, ale za to siebie znam, jestem jaka jestem, rol nijakich nie odgrywam.
Człowiek potrzebuje pogadać no to mam czas i gadam.

@Smutna,
w moim odczuciu to kwestia sposobu korzystania z neta i ogarniecie tego tematu wydaje się sensowne, ale wiesz - jednak kurczę nie wiem masy rzeczy, które już o Shinim i jego sytuacji wie terapeutka. On jednak nam się ze wszystkiego nie zwierza i nie spowiada.

1 864 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-04-08 22:49:23)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:
Bert44 napisał/a:

Zacznę od leniwego pasożyta. Mam nadzieję ze nie sądzisz ze tak uważam?

Co do babki i przemocowca to mechanizmy mechanizmami a najlepszym wyjściem jest spie...laj od tego faceta a potem sobie układaj dalej. Odetnij sie najpierw.

Wierz lub nie ale pisząc mojego posta pomyslalem: no pewnie Muqin zagada o "dobrej motywacji" smile

Co do pistoletu do głowy o to nie chodzi ale mam wrażenie ze czasem Twoje zrozumienie jest za duże. Że zaniżasz poprzeczkę

Bert, w żadnym razie nie sądzę, ten rodzaj tekstów to nie Twoje klimaty smile tym niemniej napisałeś, ze Shini jest na utrzymaniu rodziców, co zwyczajnie nie jest prawdą.
Oczywiście można rzec "mechanizmy mechanizmami a najlepiej jest sp...dalać" , tyle ze to ta kobieta musi wykonać. Co gorsza takie wyrwane trochę siłą wracają do swoich przemocowców, choć nierzadko wcale patrząc z zewnątrz nie muszą. Nigdy nie byłeś w takim uwikłaniu, ja je miałam okazję widzieć z bliska i w naturze, choć sama uwikłana nie byłam w ten sposób ani nie jest to mój wzorzec rodzinny.
Trochę mnie poznałeś smile zagadałam zgodnie z przewidywaniami o tej motywacji, bo teoria teorią a ja proszę konkret.

Bert, czy ja jestem od wychowywania innych i stawiania im jakichś poprzeczek? Nie jestem. Terapeutką też nie jestem.
A że osobiście jeśli ktoś próbuje ze mną metodą "stawiania poprzeczki" coś zdziałać jeżę się od zawsze i to mocno, rywalizacja zaś mnie autentycznie demotywuje do jakiegokolwiek wysiłku to sam rozumiesz, zwyczajnie zakładam, że nie jestem jedyna taka na świecie.
Może dlatego rozmawiam z Shini inaczej? Nie znam go zbyt dobrze, ale za to siebie znam, jestem jaka jestem, rol nijakich nie odgrywam.
Człowiek potrzebuje pogadać no to mam czas i gadam.

@Smutna,
w moim odczuciu to kwestia sposobu korzystania z neta i ogarniecie tego tematu wydaje się sensowne, ale wiesz - jednak kurczę nie wiem masy rzeczy, które już o Shinim i jego sytuacji wie terapeutka. On jednak nam się ze wszystkiego nie zwierza i nie spowiada.

Muqin a ciagnac ta analogię. Co doradzilabys przyjaciółce krora leje mąż? No bo jak spier...li to beda problemy. Bedzie ja ciagnac zeby wrocic, z czego bedzie żyć, gdzie bedzie mieszkać, jak zrozumie co sie z nia dzialo/dzieje? Czy to byłyby tematy do przemyślenia  i rozwiazania czy powiedziałabyś "na dzień dzisiejszy nie damy rady bo jeszcze to i to "? Zdrowego otoczenia do stawania na nogach chyba potrzebuje? Ale na zwiazkach przemocowych sie nie znam i zgaduje. Jak Shini ma sie uwolnić z tej pajęczyny skoro na co dzień w niej siedzi? Albo inaczej: czy nie dałoby to szans na ułatwienie stawania na nogi?

W tej sytuacji określenie stawianienwysoko poprzeczki rzeczywiscie nie pasuje. Moze wsparcie, motywacja?

PS wiem że Shini pracuje i nie jest darmozjadem.  Strona "ekonomiczna " w tym układzie mnie nie martwi.

1 865 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-04-08 22:48:26)

Odp: Co to znaczy żyć?

.

1 866

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini dalej szuka uwagi i kawałka piersi do przytulenia i wyżalenia się, a chętne udostępniają jedno i drugie?

Ciekawe, dlaczego w takim razie regularnie pyta, co u mnie słychać, jak się czuję, co sądzę o jakimś filmie, piosence, czy ostatnio spodobało mi się jakieś anime, albo gra, a potem dopytuje dlaczego. Nigdy nie daje mi odczuć, że nudzi go to, o czym mówię i że wolałby w tym czasie robić coś innego, zamiast czytać moją paplaninę. Nigdy też nie miał pretensji, gdy dłuższy czas się nie odezwałam, nie był nachalny, nie narzucał się. Przeciwnie, zawsze czeka aż otrzyma odpowiedź, a jak nie chcę o czymś rozmawiać, nie naciska. Szanuje moje granice. Chętnie rozwija temat, gdy mówię o jakichś swoich planach, życzy mi powodzenia w ich realizacji i podkreśla, że wierzy w mój sukces.
Tak brzmi według Ciebie osoba, która szuka tylko uwagi i kawałka piersi do przytulenia?
I... dlaczego miałabym nie chcieć z nim rozmawiać, zważywszy na to, jak mnie traktuje?


Poczułaś się wywołana do tablicy?
Nawet nie wiedziałem że tu piszesz.
Wpadłem w temat po prawie dwóch latach chyba, rzucając pobieżnie okiem na kilka ostatnich postów.

Rzuciły mi się w oczy wpisy Smutnej, piszącej i tłumaczącej te same rzeczy co kiedyś i Muqin, która chyba za punkt honoru postawiła sobie stworzenie autorowi maksymalnej strefy komfortu niezależnie od jego zachowania, wliczając w to bronienie go przed innymi.
Przede mną to jeszcze można zrozumieć, bo złośliwe bydlątko ze mnie czasem, ale nawet taki Bert, stosujący niezwykle delikatną krytykę, dostaje kontrę.

No przecież nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się tymi odkryciami we właściwy sobie, niezwykle taktowny i dystyngowany sposób;)

Pisz sobie, co mi tam. Ale mnie już nie bij!

1 867

Odp: Co to znaczy żyć?
Bert44 napisał/a:

Muqin a ciagnac ta analogię. Co doradzilabys przyjaciółce krora leje mąż? No bo jak spier...li to beda problemy. Bedzie ja ciagnac zeby wrocic, z czego bedzie żyć, gdzie bedzie mieszkać, jak zrozumie co sie z nia dzialo/dzieje? Czy to byłyby tematy do przemyślenia  i rozwiazania czy powiedziałabyś "na dzień dzisiejszy nie damy rady bo jeszcze to i to "? Zdrowego otoczenia do stawania na nogach chyba potrzebuje? Ale na zwiazkach przemocowych sie nie znam i zgaduje. Jak Shini ma sie uwolnić z tej pajęczyny skoro na co dzień w niej siedzi? Albo inaczej: czy nie dałoby to szans na ułatwienie stawania na nogi?

W tej sytuacji określenie stawianienwysoko poprzeczki rzeczywiscie nie pasuje. Moze wsparcie, motywacja?

PS wiem że Shini pracuje i nie jest darmozjadem.  Strona "ekonomiczna " w tym układzie mnie nie martwi.

Bert, ta analogia mocno kuleje. Chciałam Ci tylko pokazać siłę takich uwikłań.
Dla dla mnie zawsze jest konkretny człowiek, konkretna sytuacja. Takie "co byś doradziła" to ja nie mam pojęcia. smile zależy komu, z inną osobą inaczej bym rozmawiała zapewne niż z Shinim, ja z tych elastycznych.
Ogólnie żona przemocowca ma już na wstępie ileś miejsc udzielających fachowej pomocy. Psychologicznej, technicznej, prawnej, grupy wsparcia też są.  Jest i system w ramach NFZ i ileś organizacji, tam pomoc też jest darmowa. Przyjaciółkę to mogę mieć w realu - w realu to więcej mogę niż na forum. smile
Bert, w tych uwikłaniach ogromną rolę grają emocje. Oraz sposób postrzegania świata, szeroko pojmowanego myślenia, ono jest mocno miejscami pokrzywione. Długo by pisać.
Wsparcie...realistycznie to co właściwie przez wsparcie rozumiesz? Motywacja - pytanie jak wyżej.
Staram się Shiniego wspierać w kontynuowaniu terapii. Jak mam czas to z nim rozmawiam na forum, jeśli on ma chęć.   Co ja więcej mogę ?
Nadal wierzę, całkiem uczciwie, ze on da radę i to też piszę co jakiś czas.

1 868 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-09 00:52:33)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

@Smutna,
w moim odczuciu to kwestia sposobu korzystania z neta i ogarniecie tego tematu wydaje się sensowne, ale wiesz - jednak kurczę nie wiem masy rzeczy, które już o Shinim i jego sytuacji wie terapeutka. On jednak nam się ze wszystkiego nie zwierza i nie spowiada.

Od 3 miesięcy pisze jak z głębi depresji. Jak się nie wchodzi na forum jakiś czas, to szczególnie rzuca się w oczy. Forum normalizuje problemy, ale jak porównasz z kontaktem z ludzmi w wieku 25-35 to on jest wrakiem człowieka.
Przecież to jest dziwne że zmieniają się cele terapii, pracują nad czymś ale on nie wie jak długo i kiedy. Może terapeutka wie, ale mu sie nie wygadała, a może sama nie wie.
Gdyby pisał tak bez terapii to ok. Idz na terapie. Ale jest na terapi, na NFZ więc niby wszystko bezpieczne i kontrolowane.
Tak, można zalożyć że to bardzo mądra kobieta i Shini jest w procesie. Ale można też się zastanowić czy jak tak dalej pojdzie chłopak sobie czegoś nie zrobi.
Męczy chłopak strasznie, ale jednak nie życze mu aż tak źle.

1 869

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:
Muqin napisał/a:

@Smutna,
w moim odczuciu to kwestia sposobu korzystania z neta i ogarniecie tego tematu wydaje się sensowne, ale wiesz - jednak kurczę nie wiem masy rzeczy, które już o Shinim i jego sytuacji wie terapeutka. On jednak nam się ze wszystkiego nie zwierza i nie spowiada.

Od 3 miesięcy pisze jak z głębi depresji. Jak się nie wchodzi na forum jakiś czas, to szczególnie rzuca się w oczy. Forum normalizuje problemy, ale jak porównasz z kontaktem z ludzmi w wieku 25-35 to on jest wrakiem człowieka.
Przecież to jest dziwne że zmieniają się cele terapii, pracują nad czymś ale on nie wie jak długo i kiedy. Może terapeutka wie, ale mu sie nie wygadała, a może sama nie wie.
Gdyby pisał tak bez terapii to ok. Idz na terapie. Ale jest na terapi, na NFZ więc niby wszystko bezpieczne i kontrolowane.
Tak, można zalożyć że to bardzo mądra kobieta i Shini jest w procesie. Ale można też się zastanowić czy jak tak dalej pojdzie chłopak sobie czegoś nie zrobi.
Męczy chłopak strasznie, ale jednak nie życze mu aż tak źle.

Ja tez uważam, ze to depresja jest niestety,ale tez moga byc skutki uboczne działania leków

1 870 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-04-09 23:06:02)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Poczułaś się wywołana do tablicy?
Nawet nie wiedziałem że tu piszesz.
Wpadłem w temat po prawie dwóch latach chyba, rzucając pobieżnie okiem na kilka ostatnich postów.

Rzuciły mi się w oczy wpisy Smutnej, piszącej i tłumaczącej te same rzeczy co kiedyś i Muqin, która chyba za punkt honoru postawiła sobie stworzenie autorowi maksymalnej strefy komfortu niezależnie od jego zachowania, wliczając w to bronienie go przed innymi.
Przede mną to jeszcze można zrozumieć, bo złośliwe bydlątko ze mnie czasem, ale nawet taki Bert, stosujący niezwykle delikatną krytykę, dostaje kontrę.

No przecież nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się tymi odkryciami we właściwy sobie, niezwykle taktowny i dystyngowany sposób;)

Teraz już rzadko się odzywam w tym temacie, bo gadamy prywatnie, a tu można co najwyżej bić pianę przez większość czasu, ale jestem na bieżąco. Wielokrotnie czytałam, że go „ojojuję”, czy tam traktuję jak mamusia i inne „ciekawe” wnioski na swój temat. Pisałeś w liczbie mnogiej „udostępniają”, a niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.
Zatem… tak, poczułam się wywołana do tablicy.
Wiem, że Shini już sobie tu wyrobił na forum pewną „markę”. 
Niestety (głównie dla niego) na tyle dąży do kontaktu z ludźmi i nie potrafi odpuścić żadnej „okazji”, że w kółko tłumaczy te same rzeczy, nawet użytkownikom, którzy przychodzą tu wyłącznie po to, aby go „demaskować” i nazywać kłamcą.
Co, patrząc z boku, pogłębia postrzeganie go jako takiego nadwornego smerfa marudę.
Moje spojrzenie na niego jest inne i nie biorę tego do siebie, gdy na jakąś radę odpowie „nie, bo… <wstaw dowolne>”. Nie bawię się z nim w domową terapię. Podrzucam czasem jakieś, moim zdaniem, spoko sposoby na modyfikację mechanizmów / wypracowanie nowych, ale na zasadzie „polecam spróbować”, bez żadnych form nacisku. Jak skorzysta, to fajnie. Jak nie skorzysta, to trudno. Nic na tym nie stracę.
Według mnie czasem sama życzliwa rozmowa i świadomość bycia akceptowanym mogą przynieść dużo dobrego, a to akurat jestem w stanie mu zaoferować.
Też do pewnego momentu byłam taką mistrzynią racjonalizacji. W połączeniu z przesadną ostrożnością wychodziła z tego… no cóż, nieszczególna mieszanka. Jak nie chciałam czegoś zrobić (nieważne czy z lenistwa, ze strachu, czy innych przyczyn), to potrafiłam wymyślić tysiąc powodów, żeby się za to nie zabierać. Niektóre na poziomie absurdu „nie wyjdę z domu, bo może rozjedzie mnie autobus”. A że mam kreatywny umysł, to ciężko mnie było przegadać. Im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej „walczyłam”. 
Dlatego rozumiem z czym Shini może się mierzyć.
Niemniej to taki mechanizm, który da się odwrócić i nauczyć się wymyślać rozwiązania zamiast przeszkód. W każdym razie mi się udało całkiem nieźle nad nim zapanować. Nie uważam siebie za jednostkę unikatową, dlatego szczerze wierzę, że inni też mogą dać radę. Może zajmie im to dłużej, może krócej. Kwestia tego, by się nie poddawać, zwłaszcza, że efekty początkowo mogą być bardzo słabo zauważalne.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Ale mnie już nie bij!

To się grzecznie proszę zachowywać!

1 871

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini dalej szuka uwagi i kawałka piersi do przytulenia i wyżalenia się, a chętne udostępniają jedno i drugie?
.....
Rzuciły mi się w oczy wpisy Smutnej, piszącej i tłumaczącej te same rzeczy co kiedyś i Muqin, która chyba za punkt honoru postawiła sobie stworzenie autorowi maksymalnej strefy komfortu niezależnie od jego zachowania, wliczając w to bronienie go przed innymi.

Niestety, ale słuszna uwaga.

1 872

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.

Można uczestniczyć w rozmowie dla własnego dobrego samopoczucia, a można dla dobrego samopoczucia rozmówcy. Najlepiej jest, kiedy jest zachowana równowaga, ale czasem niestety nie jest to możliwe.
Akurat to nie świadczy na niekorzyść nikogo, że obcowanie z osobą problemową wyczerpuje cierpliwość. Taka osoba z definicji jest bardziej wymagającym rozmówcą i to dość naturalne, że nie każdy ma ochotę traktować forum towarzyskiego jako dodatkowe wyzwanie w życiu, gdzie trzeba się czymś wykazać.

1 873

Odp: Co to znaczy żyć?
WesołaDziewczyna007 napisał/a:
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Shini dalej szuka uwagi i kawałka piersi do przytulenia i wyżalenia się, a chętne udostępniają jedno i drugie?
.....
Rzuciły mi się w oczy wpisy Smutnej, piszącej i tłumaczącej te same rzeczy co kiedyś i Muqin, która chyba za punkt honoru postawiła sobie stworzenie autorowi maksymalnej strefy komfortu niezależnie od jego zachowania, wliczając w to bronienie go przed innymi.

Niestety, ale słuszna uwaga.

Czyli jak się domyślam widzisz to tak właśnie jak zacytowałaś - to się odniosę. Ja to widzę zwyczajnie inaczej odnośnie zdania pierwszego.
Muqin jest flegmatyczką (wedle starego nazewnictwa), jest też pragmatyczką, relatywistką i ma mocne upodobanie do analizowania - to ostatnie ją z Shinim łączy w sposób naturalny, tak na marginesie. Lubię gadać z podobnymi sobie.
Muqin nie stawia sobie nic za punkt honoru, albowiem punkt honoru ma sile zabarwienie emocjonalne, nie Muqin to klimaty.
Oczywiście ze od pewnego momentu Muqin podejmuje pewne działania zmierzające do zmniejszenia dyskomfortu Shiniego w  tym wątku. Jeśli komuś pasuje "broni go przed innymi" ok - broni. Świadomie oraz z premedytacją. Przed niektórymi ale nie ludźmi tylko wypowiedziami. No i spoko, jest ta Muqin, pozbyć się jej trudno, może by tak odpśscić w tym jednym wątku? W innych się Muqin nie wychyla, ogólnie raczej nie jest z tych opiekuńczych, co na forum raczej widać.




WesołaDziewczyna007 napisał/a:
Mrs.Happiness napisał/a:

niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.

Można uczestniczyć w rozmowie dla własnego dobrego samopoczucia, a można dla dobrego samopoczucia rozmówcy. Najlepiej jest, kiedy jest zachowana równowaga, ale czasem niestety nie jest to możliwe.
Akurat to nie świadczy na niekorzyść nikogo, że obcowanie z osobą problemową wyczerpuje cierpliwość. Taka osoba z definicji jest bardziej wymagającym rozmówcą i to dość naturalne, że nie każdy ma ochotę traktować forum towarzyskiego jako dodatkowe wyzwanie w życiu, gdzie trzeba się czymś wykazać.

Można też nie uczestniczyć w jakiejś rozmowie. Uczestniczymy z własnego, świadomego wyboru.
Obcowanie z osobą problemową wyczerpuje cierpliwość? Owszem. Zatem - można nie obcować albo chociaż zminimalizować obcowanie. W życiu realowym niekiedy osoby problemowej nie da się uniknąć, ale na forum?
Ok, jeśli ktoś problemowy niemal w każdym wątku się wypowiada jest to irytujące. Są tu tacy. Shini też z tego co wiem taki był, ale nie jest, zatem...zatem może jeden, założony przez niego wątek mu zostawić, jemu i tym, którzy chcą z nim rozmawiać w sposób opisany przez Mrs. Happiness i niech ma ten komfort rozmawiania. Ostatecznie istnieje wątek "Rozmowy z Mikloszą" i ma się dobrze. Kto chce uczestniczy, reszta ma spokój. Czemu ewentualne powstanie podobnego wątku dla Shiniego budzi taką reakcje? Po co ci, których on irytuje się tu wypowiadają? Toż nie muszą. Co im przeszkadza odpuścić? 
Zadałam kiedyś Jackowi pytanie "po co tu piszesz" - nie umiał albo nie chciał odpowiedzieć. A przecie pytanie pozornie proste.

1 874 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-10 20:47:53)

Odp: Co to znaczy żyć?

Twoja wypowiedź jest nie na temat. Sprostuje. Niestety prawdą jest to, że chłopak dużo narzeka i wiele osób powtarza mu te same rzeczy, od lat. Jest zdrowy, wysportowany, skończył studia, ma w miarę normalna rodzinę, jego negatywne nastawienie jest dziwne i nienaturalne.

Odnosząc się do twoich wypowiedzi. To nie jest analizowanie. Analizować można giełdę, albo literaturę francuską. Narzekanie i wyżalanie się to jest symptom, albo nawet przyczyna problemów psychicznych.

Świetnie Muqin, że mi wyjaśniłaś, że nie muszę z tobą rozmawiać. Zgadzam się.

1 875

Odp: Co to znaczy żyć?

Smutna, ja Ci co najwyżej przypomniałam, że rozmawianie z kimkolwiek nie jest przymusowe i oczywiście, rozmawianie ze mną też. smile
Nawet jeśli prawdą jest to, że Shini dużo narzeka nadal nie wiem co stoi na przeszkodzie, by miał swój jeden wątek w jednym z działów taki, w którym by sobie mógł ponarzekać.
Nie jest zdrowy, ma depresję. Sama kilka postów temu to zauważyłaś. Ma i leczy u psychiatry, właśnie ma nowe leki.

1 876 Ostatnio edytowany przez WesołaDziewczyna007 (2026-04-10 21:39:52)

Odp: Co to znaczy żyć?
Muqin napisał/a:

Smutna, ja Ci co najwyżej przypomniałam, że rozmawianie z kimkolwiek nie jest przymusowe i oczywiście, rozmawianie ze mną też. smile
Nawet jeśli prawdą jest to, że Shini dużo narzeka nadal nie wiem co stoi na przeszkodzie, by miał swój jeden wątek w jednym z działów taki, w którym by sobie mógł ponarzekać.
Nie jest zdrowy, ma depresję. Sama kilka postów temu to zauważyłaś. Ma i leczy u psychiatry, właśnie ma nowe leki.

Zdrowy fizycznie. Młody. Wysportowany. Podobno też nie ma brakującej jedynki i długich, kręconych kolan.
Bardzo podoba mi się jak się przełączasz z trybu eksperta od psychologii, który próbuje moderować rozmowy na forum, wprowadza zaawansowane pojęcia jak cPTSD, trauma, dysfunkcyjna rodzina, poleca książki z psychologii; tylko po to żeby za chwile zgrywać kompletnego idiote. Niech sobie chłopak narzeka, a co tam.
Sama chyba wiesz, że nie do końca jest jasne czy rumination to jest objaw czy przyczczyna problemów psychicznych. Przykładowo Adrian Wells stworzył cały nurt leczenia u ludzi opornych na wieloletnie terapie w innych formach, bo uznał, że najlepsze efekty osiąga z takimi kiedy właśnie ćwiczy ich w bezmyslności i zaprzestaniu ciągłego mielenia ich uczuć, stanów i przemyśleń.

1 877

Odp: Co to znaczy żyć?

Wiele osób chorych na depresję jest fizycznie zdrowych i co z tego? To znaczy, że są zdrowi? Bywają też piękni i bywają bogaci.
Nie chciałabym, żeby wątek Shiniego przekształcał się w wątek dotyczący mojej osoby, zatem dalej to się nie odniosę. smile

1 878

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

Teraz już rzadko się odzywam w tym temacie, bo gadamy prywatnie

Czyli te pochwały nt zachowania się autora dotyczą kontaktu pv?
Ja się odnosiłem do zauważalnego schematu na forum. Z jednej strony ogromne skupianie się na swoich problemach, negowanie jakichkolwiek rad ludzi chcących pomóc i zero jakiejś wesołości, radości.
W normalnym życiu takich ludzi się unika, bo są niesamowicie obciążający, toksyczni.
Być może na pv jest inaczej, być może w realu też, ja się odnoszę do tego co tutaj.


Mrs.Happiness napisał/a:

Wielokrotnie czytałam, że go „ojojuję”, czy tam traktuję jak mamusia i inne „ciekawe” wnioski na swój temat.

Nie dawały Ci do myślenia, jeśli padały wiele razy? Zgaduję, że głównie z męskiej strony?

Mrs.Happiness napisał/a:

Pisałeś w liczbie mnogiej „udostępniają”, a niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.
Zatem… tak, poczułam się wywołana do tablicy.

Ok. Faktycznie, byłaś w gronie osób które się kiedyś głęboko pochylały nad autorem, którym mógł wylewać swoje żale i które były gotowe wysłuchać i pocieszyć, ale które niczego nie wymagały. Czyli takie rozmawianie 'po babsku', z którego nic nie wynika. Że nie wynika, wystarczy spojrzeć na datę pierwszego postu, ilość wiadomości w temacie i zestawić z sytuacją autora kiedyś i dziś. Jakie problemy kiedyś i jakie dziś.
Napisałem 'po babsku', bo Wy kobiety lubicie sobie tak regulować emocje, rozmawiając i Wam to pomaga. My mamy trochę inaczej, czego zdajecie się nie rozumieć. Wasze zachowanie w tym temacie nie pomaga realnie, a moim zdaniem przeszkadza. 

Jednak nie odnosiłem się do Ciebie, bo jak napisałem, nie widziałem Twoich postów w ostatnich wiadomościach, które czytałem.



Mrs.Happiness napisał/a:

Według mnie czasem sama życzliwa rozmowa i świadomość bycia akceptowanym mogą przynieść dużo dobrego, a to akurat jestem w stanie mu zaoferować.

To prawda, do pewnego momentu.
Dlatego trzeba obserwować co ktoś robi z daną mu uwagą, czy wykorzystuje by poprawić swój stan, czy chodzi jedynie o chwilową poprawę samopoczucia, co jest na dłuższą metę szkodliwe.


Mrs.Happiness napisał/a:

A że mam kreatywny umysł, to ciężko mnie było przegadać. Im bardziej ktoś naciskał, tym bardziej „walczyłam”. 
Dlatego rozumiem z czym Shini może się mierzyć.

Ale to on tu przyszedł po pomoc, bo sobie nie radzi. Przynajmniej teoretycznie.
Zachowywałaś się w taki sposób, kiedy potrzebowałaś pomocy I ktoś chciał Ci pomóc?


Mrs.Happiness napisał/a:

Niemniej to taki mechanizm, który da się odwrócić i nauczyć się wymyślać rozwiązania zamiast przeszkód. W każdym razie mi się udało całkiem nieźle nad nim zapanować. Nie uważam siebie za jednostkę unikatową, dlatego szczerze wierzę, że inni też mogą dać radę.


Oczywiście że tak, to nie jest coś niemożliwego czy bardzo trudnego, praca nad swoim nastawieniem i przekonaniami. Ktoś, kto naprawdę ma problem, chwyci się wszystkiego by sobie pomóc.


Mrs.Happiness napisał/a:

To się grzecznie proszę zachowywać!

Najpierw bije, potem krzyczy. I jeszcze by grzecznie chciała, a przecież wie do kogo pisze. Że rozrabiać on lubi.
No nie da się z nimi sad
tongue

WesołaDziewczyna007 napisał/a:
Mrs.Happiness napisał/a:

niewiele tu osób, które rozmawiają z nim w cierpliwy/nienarzucający swojego zdania ani presji (mam nadzieję, że tak jest w moim przypadku) sposób.

Można uczestniczyć w rozmowie dla własnego dobrego samopoczucia, a można dla dobrego samopoczucia rozmówcy. Najlepiej jest, kiedy jest zachowana równowaga, ale czasem niestety nie jest to możliwe.

W normalnym życiu takich równowaga bywa zachowana, choć czasem bardziej w jedną lub w drugą.
Kiedy mamy do czynienia z sytuacją, gdy jedna osoba skupia się z reguły na negatywnych aspektach życia, epatuje tym na innych, wykazuje słabe albo żadne zainteresowanie pomocą a wręcz neguje z góry jej skuteczność, trwa to przez lata, to jest zachowanie toksyczne.

Ale gdy te same osoby w kontakcie pozostają i próbują dalej, znaczy to że same mają problem.
Jeśli zaś dochodzi do sytuacji, gdy jedna z takich osób broni obiektu rozmowy przed wpływem innych, neguje ich spojrzenie, próby 'potrzaśnięcia' autorem, można odnieść wrażenie że zależy jej by sytuacja obecna trwała dalej.
Bo sama odnosi z niej korzyści.


WesołaDziewczyna007 napisał/a:

Akurat to nie świadczy na niekorzyść nikogo, że obcowanie z osobą problemową wyczerpuje cierpliwość. Taka osoba z definicji jest bardziej wymagającym rozmówcą i to dość naturalne, że nie każdy ma ochotę traktować forum towarzyskiego jako dodatkowe wyzwanie w życiu, gdzie trzeba się czymś wykazać.

Pewne osoby potrzebują takich klimatów i takich osób, by mogły się same poczuć lepiej. Poczucie bycia potrzebnym, pomocnym, a przez to bardziej wartościowym.

Dlatego pisałem wcześniej, że to jest schemat gdzie ludzie się nawzajem używają do swoich celów.





Mamy w tym temacie do czynienia z młodym mężczyzną, który przychodzi na kobiece forum w sprawie swoich problemów.
Już to samo w sobie jest kuriozalne.
Polecałybyście młodej dziewczynie z dużymi problemami pójście na męskie forum by jej tam pomogli?
No i jest tak jak można przewidzieć, trwa sobie już od lat rozmowa o tych problemach i w sumie niewiele więcej.
To nie działa i jest wręcz szkodliwe, jeśli za cel uznać realne zmiany. Bo jeśli chodzi tylko o poprawę samopoczucia, wtedy ok.
Moim zdaniem autor pisze że chce pierwsze, ale tak naprawdę chodzi mu o drugie.



Wszelakie próby chwycenia jego sytuacji w karby, rady mające konkretny praktyczny wymiar, padające głównie z męskiej części (choć większość chyba już dawno odpuściła), były I są negowane.

Gdyby autor poszedł na jakieś normalne męskie forum lub grupę, dostałby wsparcie i szereg konkretnych rad. Miałby przestrzeń by się wygadać i kredyt zaufania, ale nie bezgraniczny.
Po jakimś czasie zaczęłyby padać pytania o konkrety, o to co zamierza realnie robić i co robi. O CEL.
Pewnie dostałby pomóc w opracowaniu PLANU, ale byłyby też wymagania- pytania o realizację.

Gdyby zachowywał się jak tutaj, po jakimś czasie byłby co najwyżej obiektem żartów. Większość jego tłumaczeń by nie przeszła, bo rozmawiałby z ludźmi którzy przeszli niejedno i wiedzą co można a co nie.
Wreszcie, przestałby wzbudzać uwagę I zainteresowanie.

Do pewnego momentu rola obu miejsc podobna, choć mężczyźni byliby o wiele bardziej techniczni w swoim wsparciu.
W ich gronie ta sytuacja nie mogłaby mieć miejsca w dotychczasowej formie, przez lata.

Autor postawiony przed pytaniami, wymaganiami, mógłby rzeczywiście część z nich wprowadzać w życie,  a wtedy miałby ciągłą pomoc, albo mógłby tego nie dźwignąć i sobie pójść.

Wtedy prawdopodobnie doszedłby do tego punktu dyskomfortu, od którego zaczyna się zmiana.
Zawsze o to chodzi, gdy mamy problemy- zmianę zaczynamy gdy korzyści z nich płynące zaczynają być mniejsze niż dyskomfort.

Mógłby też pójść na kobiece forum, gdzie byłby stale wzmacniany przez część rozmówczyń, niezależnie od swojej postawy.
W ten sposób, próg dyskomfortu i bólu oddałaby się raz za razem- więc realna zmiana też.

Ten temat, trwający lata, jest przykładem nieskutecznej drogi, jeśli ktoś rzeczywiście chce zmiany.
Jest przykładem na to, jak można się urządzić we własnym bagienku stwarzając z niego nawet pewną wartość, dzięki której dostaje uwagę.

1 879

Odp: Co to znaczy żyć?

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...

1 880

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...

Chyba nieuważnie obserwując, pisząc że ciągle.
Byłem tu obecny mocno chyba ok dwóch lat temu, odpuściłem.
Wróciłem tydzień temu, wiedziony płochą potrzebą sprawdzenia co tam u bohaterów i jeszcze bardziej płochą, wyrażenia swej przecudownej i zajebistej opinii, czyli chcąc się madralować, jak pisze nasza wspólną muza.
Czyli te same potrzeby jak u większości.

Dziękuję za czujność;)

Ty? Z czego wynikają Twoje uwagi i dokąd zmierzać miały? Jakie Twoje pobudki?

1 881

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...

Chyba nieuważnie obserwując, pisząc że ciągle.
Byłem tu obecny mocno chyba ok dwóch lat temu, odpuściłem.
Wróciłem tydzień temu, wiedziony płochą potrzebą sprawdzenia co tam u bohaterów i jeszcze bardziej płochą, wyrażenia swej przecudownej i zajebistej opinii, czyli chcąc się madralować, jak pisze nasza wspólną muza.
Czyli te same potrzeby jak u większości.

Dziękuję za czujność;)

Ty? Z czego wynikają Twoje uwagi i dokąd zmierzać miały? Jakie Twoje pobudki?

Nie madraluj sie !

1 882

Odp: Co to znaczy żyć?
Mrs.Happiness napisał/a:

Wiem, że Shini już sobie tu wyrobił na forum pewną „markę”.
Niestety (głównie dla niego) na tyle dąży do kontaktu z ludźmi i nie potrafi odpuścić żadnej „okazji”, że w kółko tłumaczy te same rzeczy, nawet użytkownikom, którzy przychodzą tu wyłącznie po to, aby go „demaskować” i nazywać kłamcą.

Nope.

Shini wyrobił sobie opinię nie dlatego, że desperacko dąży do kontaktu, ale dlatego, że nie chce rozmawiać o niczym innym innym niż on sam. Wróć do jego pierwszego tematu i jego pierwszych postów. Samotny facet przyszedł na (teoretycznie damskie) forum, aby poradzić się w sprawie odpłatnego masażu pindola. A po pewnym czasie założył tu wątek na temat przebiegu takiej usługi i jego wrażeń. Ogólnie założył 14 tematów i wszystkie o nim i jego nierozumieniu (romantycznych/seksualnych) relacji damsko-męskich. Oprócz tego w każdym wątku w jakim się udzielał też wszystko sprowadzał do siebie. Przy tym wiecznie coś kręcił na temat swojej przeszłości i doświadczeń.


Muqin napisał/a:

Wiele osób chorych na depresję jest fizycznie zdrowych i co z tego?


Nie jest. Depresja najczęściej jest objawem towarzyszącym, a nie samoistnym i pierwotnym. To się zdarza stosunkowo rzadko. Depresji jest wiele rodzajów. W tym indukowana narzekaniem, dietą i uzależnieniem od porno/masturbacji.


I póki Shini nie przestanie znęcać się nad zwierzętami w urojonym świecie internetowej pornografii i bajek oraz póki się nie wyprowadzi od rodziców, to nie może liczyć na absolutnie żadną poprawę swojego stanu. I żadna terapia ani leki tego nie zmienią. A Shini nie porzuci ani jednego, ani drugiego, bo obie te rzeczy stanowią część jego osobowości. Rozwojem nie jest w żaden sposób zainteresowany. 14 jego tematów i lata marudzenia mówią same za siebie.



Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...


To samo co etykieta domestosa siedząc na kiblu.

1 883

Odp: Co to znaczy żyć?
Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...

O, Palec ! Gdzie byłeś, gdy cię nie było? TęskniliśMY !

1 884

Odp: Co to znaczy żyć?
Jack Sparrow napisał/a:
Mrs.Happiness napisał/a:

Wiem, że Shini już sobie tu wyrobił na forum pewną „markę”.
Niestety (głównie dla niego) na tyle dąży do kontaktu z ludźmi i nie potrafi odpuścić żadnej „okazji”, że w kółko tłumaczy te same rzeczy, nawet użytkownikom, którzy przychodzą tu wyłącznie po to, aby go „demaskować” i nazywać kłamcą.

Nope.

Shini wyrobił sobie opinię nie dlatego, że desperacko dąży do kontaktu, ale dlatego, że nie chce rozmawiać o niczym innym innym niż on sam. Wróć do jego pierwszego tematu i jego pierwszych postów. Samotny facet przyszedł na (teoretycznie damskie) forum, aby poradzić się w sprawie odpłatnego masażu pindola. A po pewnym czasie założył tu wątek na temat przebiegu takiej usługi i jego wrażeń. Ogólnie założył 14 tematów i wszystkie o nim i jego nierozumieniu (romantycznych/seksualnych) relacji damsko-męskich. Oprócz tego w każdym wątku w jakim się udzielał też wszystko sprowadzał do siebie. Przy tym wiecznie coś kręcił na temat swojej przeszłości i doświadczeń.


Muqin napisał/a:

Wiele osób chorych na depresję jest fizycznie zdrowych i co z tego?


Nie jest. Depresja najczęściej jest objawem towarzyszącym, a nie samoistnym i pierwotnym. To się zdarza stosunkowo rzadko. Depresji jest wiele rodzajów. W tym indukowana narzekaniem, dietą i uzależnieniem od porno/masturbacji.


I póki Shini nie przestanie znęcać się nad zwierzętami w urojonym świecie internetowej pornografii i bajek oraz póki się nie wyprowadzi od rodziców, to nie może liczyć na absolutnie żadną poprawę swojego stanu. I żadna terapia ani leki tego nie zmienią. A Shini nie porzuci ani jednego, ani drugiego, bo obie te rzeczy stanowią część jego osobowości. Rozwojem nie jest w żaden sposób zainteresowany. 14 jego tematów i lata marudzenia mówią same za siebie.



Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...


To samo co etykieta domestosa siedząc na kiblu.

Przeciez wszyscy,ktorzy zakladaja tematy to zakladaja w 99% tematy o sobie i swoich problemach

1 885 Ostatnio edytowany przez Palec Boga (2026-04-11 13:24:23)

Odp: Co to znaczy żyć?
RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...

Chyba nieuważnie obserwując, pisząc że ciągle.
Byłem tu obecny mocno chyba ok dwóch lat temu, odpuściłem.

Całkiem możliwe smile. Nie neguję faktu nie wgłębiania się w sposób szczegółowy w tenże wątek, niemniej jednak da się zauważyć, że grono osób w nim uczestniczących jest mniej-więcej stałe.
Dwa lata? To mgnienie oka z punktu widzenia wszechświata.

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Wróciłem tydzień temu, wiedziony płochą potrzebą sprawdzenia co tam u bohaterów i jeszcze bardziej płochą, wyrażenia swej przecudownej i zajebistej opinii, czyli chcąc się madralować, jak pisze nasza wspólną muza.

Czyli jednak coś przyciąga i nakazuje się udzielać, a nie po prostu zignorować fakt kontynuacji konwersacji smile
Zmiana w zachowaniu Shiniego jest duża i widoczna. Wystarczy chcieć ją zauważyć i nie dać się zamykać się w okowach własnego punktu widzenia wink
Uwolnij swój umysł smile

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Czyli te same potrzeby jak u większości.

"Większość"...stwierdzenie będące jakże wspaniałym gruntem do rozwoju racjonalizacji smile

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Dziękuję za czujność;)

Ależ proszę bardzo, polecam się na przyszłość wink

RozrabiakaWmalinowymGaju napisał/a:

Ty? Z czego wynikają Twoje uwagi i dokąd zmierzać miały? Jakie Twoje pobudki?

Ja? Ciekawym po prostu świata i czasem budzi się moje wewnętrzne dziecko zadając sobie zaspanym głosem pytanie "dlaczego". Np. dlaczego biorąc pod uwagę wypowiedzi antagonistów w tejże konwersacji twierdzących całe lata, że nie ma ona sensu, całość sytuacji można można podsumować sentencją „Odpuściłem, ale wróciłem” smile. Strasznie dużo energii idzie w udowadnianie, że jednak ten wątek ich nie interesuje, a Shini to wcielenie zła smile
Dla postronnego obserwatora pijącego właśnie kawę (to Ja!) jest to bardzo mocno niespójne logicznie smile


Jack Sparrow napisał/a:
Palec Boga napisał/a:

Samutna i Rozrabiaka...a co WAM daje ciągłe udzielanie się w tym wątku? Jakie WASZE potrzeby za tym stoją?
Ponieważ tak obserwując z boku, coś jednak tutaj Was ciągle przyciąga...
Ciekawe co...


To samo co etykieta domestosa siedząc na kiblu.

Ach przepraszam, nie wymieniłem Ciebie w tym gronie smile. Ale skoro poczułeś się wywołany do tablicy to Misiu, zbyt duży ładunek emocjonalny z Twojej strony towarzyszy temu wątkowi, aby dało się to zakwalifikować w kategoriach neutralnych smile

Posty [ 1 821 do 1 885 z 3 086 ]

Strony Poprzednia 1 … 27 28 29 30 31 … 48 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » STRES, LĘK, NERWICA, DEPRESJA » Co to znaczy żyć?

Twoja odpowiedź

Masz podobne doświadczenia? Zaloguj się albo załóż darmowe konto, żeby odpowiedzieć. Po drugiej stronie jest prawdziwa osoba.

DołączZaloguj się


Mapa strony - Archiwum | O forum | Poradnik | Prawdziwe historie | Kontakt | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2026