Rossanko,
wychowanie ma wiele twarzy. Można, jak proponujesz, oprzeć je na wydawaniu poleceń, na zakazach i nakazach, można też za jego podstawę uznać bliskość i wtedy to ona będzie drogowskazem do traktowania dziecka. Bycie blisko z dzieckiem nie oznacza braku granic, nie oznacza zamiany ról przez rodziców i dzieci, oparte jest na wzajemnym szacunku (a dość szybko dziecko uczy się na czym ów szacunek polega, bo źródłem - wbrew myśleniu niektórych - nie jest strach, a metodą do jego zbudowania - podporządkowanie), na podążaniu za potrzebami (rzeczywistymi, nie zaś wymyślonymi przez rodziców) dziecka, itd, itd.. Na ten temat mnóstwo mądrych, doświadczonych, kompetentnych osób napisało książki; gdyby chcieć przytoczyć choć część tego dorobku, lista i tak byłaby olbrzymia, wymienię zatem tylko dwie:
1. Marshall Rosenberg, Porozumienie bez przemocy
2. Michel Gazal, Zjedz zupkę i bądź cicho.
Można wydawać polecenie i egzekwować ich wykonanie, można - co z pozoru jest trudniejsze - uczyć dziecko współpracy, samodzielności, odpowiedzialności, podejmowania decyzji i ponoszenie ich konsekwencji. Jak to zrobić? Przez objaśnianie dziecku świata, pokazywania różnych rozwiązań i konsekwencji każdego z nich. Wyżej napisałaś, że rodzic wydaje polecenie umycia się, a niektóre dzieci (te niewytresowane i nieulegające naciskom i manipulacji) ich nie wykonują. Można inaczej. Można powiedzieć dziecku o tym, jakie są skutki umycia się, a jakie braku higieny i... dziecku pozostawić decyzję. Gdy raz, drugi, trzeci przekona się, że (w przypadku mniejszych dzieci) pupa po zsikaniu się i jej nieumyciu, szczypie, albo usłyszy (w przypadku starszych) od kolegów, że śmierdzi i wszyscy się od niego odsuwają, to - zapewniam Cię - problemy z nakłanianiem do mycia znikną.
Anthony de Mello napisał/a:Pewien człowiek zaczął dawać swemu dobermanowi duże dawki tranu, ponieważ powiedziano mu, że jest on dobry dla psów.
Codziennie trzymał głowę protestującego psa między kolanami, otwierał mu na siłę szczęki i wlewał płyn do gardła.
Pewnego dnia pies wyrwał się i rozlał tran na podłogę.
Potem, ku wielkiemu zaskoczeniu mężczyzny, powrócił, żeby wylizać łyżkę.
Wtedy to człowiek odkrył, że pies nie protestował przeciwko tranowi, lecz metodzie jego aplikowania.
Napisałaś o pogadankach, nazywam je kazaniami i wiem, że ich prawienie przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Owe pogadanki nie są rozmową. Rozmowa polega na dialogu, a jego podstawą jest... słuchanie i słyszenie tego, co druga osoba (także dziecko) mówi. Konia z rzędem temu, kto owe pogadanki lubi, kto ich słucha (a nie udaje, że to robi). Zwykle ludzie (nie tylko dzieci, choć one najbardziej), dopóty się ich psychicznie nie ubezwłasnowolni i nie oduczy myślenia, chcą wiedzieć dlaczego mają coś zrobić, i odpowiedzią, która ich satysfakcjonuje nie jest np.: "Bo tak", "Bo jestem starszy", "Bo wiem lepiej", it.p. Zapamiętaniu pomaga zrozumienie, ono ułatwia oddzielenie ziarna od plew i... podjęcie decyzji. Chyba, że celem jest ulepienie człowieka podporządkowanego, miałkiego, który siebie samego nie szanuje i prawa innych (zawsze) przedkłada nad swoje (nazywam ich "przepraszającymi za to, że żyją").
rossanka napisał/a:(...) Dlaczego tak jest, ze dziecko przy rodzicach jest rozwydrzone, a przy obcych spokojne? (...)
Czasem takie zachowanie dzieci jest wynikiem błędów popełnionych przez rodziców, czasem efektem badania granic przez dziecko, czasem efektem tego, że przy rodzicach dziecko czuje się bezpiecznie i odreagowuje to, co przeżył. Bez poznania konkretnego dziecka, rodziców i sytuacji nie można odpowiedzialnie udzielić odpowiedzi na pytanie "dlaczego tak jest...?". A i słowa są różnie rozumiane przez różne osoby, także "rozwydrzenie" dla wielu osób może nieść zupełnie różne zachowania. Nie zapomnę pewnego pana, który w trakcie pogawędki powiedział, że jego dziecko ma olbrzymi bałagan w swym pokoju, gdy dopytałam o ten bałagan, usłyszałam, że szkolne książki są ustawione (bo, co sam przyznał, są ustawione) niezgodnie z ustalonym przez niego schematem.
I jeszcze o przemocy
L. R. Knost napisał/a:Jeśli jesteś dorosłym, który wierzy, że dzieci należy bić, gdy nie spełniają oczekiwań dorosłych, to zdecydowanie nie wyrosłeś na porządnego człowieka, mój przyjacielu. Wyrosłeś na skrzywdzonego człowieka, ponieważ to właśnie skrzywdzeni ludzie krzywdzą ludzi. Klaps nie jest wychowaniem. Klaps jest krzywdzeniem. Kropka.
Andrzej Wiśniewski napisał/a:Przemoc nie polega tylko na tym, że się ludzie tylko tłuką, biją…
Przemoc istnieje także na poziomie bardzo subtelnych zachowań, kiedy nie pozwalamy naszemu partnerowi zaistnieć, wtłaczamy go w klatkę naszych wyobrażeń, oczekiwań i trzymamy go tam przy użyciu całego arsenału różnych fochów, pragnień, kontroli, krytyki, odmawiania mu poczucia wartości, itd.
A co do mówienia przez dzieci do rodziców/osób starszych po imieniu. Ani mnie to szokuje, ani dziwi. Ważne, by zgoda na skrócenie dystansu (ale też uproszczenie dogadywania się) była wynikiem własnych przemyśleń, nie zaś jedynie efektem mody i silenia się na "bycie równym gościem". Zapewniam też, że można szanować kogoś, do kogo mówi się po imieniu i nie szanować kogoś, do kogo zwraca się wymieniając wszelkie jego tytuły naukowe lub 'tato/mamo'.
Dziękuję za uwagę. 