Dzień dobry,
Jestem tutaj nowa. Piszę, aby się chyba wyżalić, bo jeśli ja sobie nie pomogę, to mi nikt nie pomoże.
Przechodzę najcięższy okres mojego życia, jestem na skraju. Nie wierzę już w nic, w siebie, ludzi , życie. Ogromna pustka i żal.
Z mężem mieszkaliśmy długo za granicą, tam się poznaliśmy) mój mąż został oskarżony o skrzywdzenie naszej córki-wtedy 8 miesięcy, dzieci zostały odebrane przez służby socjalne. Uciekliśmy do Polski, do jego rodziny pod wschodnią granicę, on tam on miał mieszkanie. Jego rodzina obiecała, że nam pomogą. Od początku pojawiły się problemy, nie byłam tam akceptowana, pracowalam na etacie i miałam malutkie dzieci. Poniżali mnie, szydzili ze mnie, obrażali, nie miałam nic do powiedzenia, byłam tam traktowana jak powietrze, o niczym nie wolno mi było decydować. Mój mąż ani razu się za mną nie wstawil, pozwalał na to wszystko, a nasze dzieci na to patrzyły. Przestaliśmy tam obchodzić urodziny, rocznice, ani razu nie wolno mi było tam wyprawić świąt. Zmienił się nie do poznania.
Jestem w trakcie rozwodu z orzeczeniem o winie. Pozew został złożony w styczniu przez mojego męża. Po tym wielokrotnie zgłaszał mnie na policję i do prokuratury: o znęcanie się nad nim, o porwaniie i uprowadzenie dzieci ( ja uciekłam od niego z dziećmi, tak jak stałam); o zaniedbanie dzieci, o nękanie jego matki ( umożliwialam kontakt dzieciom z jego matką). Zgłaszał mnie wszędzie, gdzie to możliwe, aby narobić mi problemów, a ja muszę się bronić. Spłacam jego pożyczkę firmową, itp.
Przez 4 miesiące prosilam go, aby udostępnił mi i dzieciom mieszkanie, ale on się nie zgodził. Wróciłam z dziećmi do mojego rodzinnego miasta, kilkaset km dalej. Jeszcze tam u niego pozwalałam na kontakty, spotkania, ale tylko w jego obecności. Sprawy były w sądzie i prawnicy mi doradzali, żebym nie zostawiała z nim dzieci, bo on je zabierze i nie odda. Dzieci 5 i 7 lat były wyrywane. Byłam śledzona, inwigilowana. On miał w nosie dzieci.
Po powrocie do mojego miasta wielokrotnie prosiłam go przyjazd, miał adres, telefon. Ani razu nie przyjechal. W sądzie on i jego świadkowie zrobili ze mie brudasa, nieroba, psychicznie chorą, darli się do mnie, wylano na mnie cysterny pomyj, kłamstwa pod moim adresem. Byłam opanowana dałam radę, ale po tym się rozkleiłam na dobre. Dostałam zabezpieczenie, że dzieci zostają ze mną i alimenty, kontakty zostały uregulowane.
Ja nie zabraniałam kontaktów, nie złożyłam zażalenia, bo dziecko musi mieć ojca i matkę do prawidlowego rozwoju. Cały czas pozwalałam na dodatkowe kontakty, kiedy tylko chce. Pierwszy kontakt , dzieci wróciły smutne i zapłakane, ponieważ wbijano im do głowy, ze mają wracać do domu , ale bez mamy. Synek bardzo to przeżywa. Drugie spotkanie to samo. One chcialy z nim spędzić czas, a były u rodziny cały czas. Powiedział synkowi, że rozwód to moja wina. Zarzuca mi, ze zabrałam dzieciom ojca, że je porwałam, że wszystko to moja wina ;-(
Ja zajmuję się dziecmi pracuję i mam już dość. Chcę się poddać, bo nie mam na to wszystko sily. Serce mi pękło, jestem w ogromnym bólu emocjonalnym, walczę, ale nie widzę przyszłości, jestem załamana, nie wierzę w nic, w ludzi, w życie. Odnioslam największą porażkę mojego życia. Wegetuję, nie żyję.Jak ja dam rade wychować dzieci sama, on zamiast mi pomagać, tylko mi szkodzi. Caly czas chce mi te dzieci zabrać. Nie rozumie, że krzywdzi dzieci, nie mnie.
Coraz bardziej myślę, aby oddać mu te dzieci ( o to mu chodzi) i zrzec się praw. Tylko co z nich wyrośnie przy nich ? Jak ja mam się bronić? Dzieci po spotkaniach z nich są kłótliwe, płaczliwe, biją się, nie słuchają mnie, hałasują, brudzą. Ja muszę wiele rzeczy ogarnąć, napisać, odpowiedzieć na pisma, itp….
Mam tylko 5 osób przy sobie, ale jeśli sama sobie nie poradzę, to nikt mi nie pomoże. W tym problem, że nie umiem sobie pomóc, nie mogę się ogarnąć po tym wszystkim. Kocham dzieci nad życie, one nie chcą żyć bez mamy, ale ja nie mam siły. Nie mogę myśli zebrać przy nich. On w niczym mi nie pomaga, jeszcze wszystko utrudnia. Codziennie mam ból głowy. W trakcie małżeństwa szukałam pomocy u psychologów, ale nic to nie dało. Mieliśmy terapię, to z kolei on nie chciałpracować ( tam zadawane są zadania).
Tam już zarzucał mi, że szantażem go zmusilam do dzieci, że przeze mnie ma depresję ( leczyl się od powrotu). Zarówno on i ja pochodzimy z rodzin dysfunkcyjnych: u niego ojciec alkoholik bił go i nie dbał o synów, jego brat uzależniony od narkotyków i alkoholu, wielokrotnie w więzieniu, matka ich zamiatająca wszystko pod dywan. Mąż bardzo uzależniony od matki i jej siotr, bo nie mają nikogo innego.
U mnie matka przemocowiec, która mnie odrzuciła, nie dbała o mnie, całe życie mi pod górkę robila, ona uznaje tylko mężczyzn. Nienawidzi mnie, bo byłam córką, a jej matka zrobila to samo z nią.
Czy jest jakaś rada?
Codziennie spisuje sobie co mam zrobić, prowadze dziennik, pracuje nad sobą, piorę, sprzątam, nie piję, ciągle sama z dziećmi, nie szlajam się.. Ale wymiękam psychicznie. Nie sądziłam, że tak skończy się moje zycie. Obwiniam siebie o to, że zniszczyłąm życie sobie i dzieciom. Dzieci są za mną, wychowuje, je jak mogę.
Wiem, że w tym dużo mojej winy: ostatecznie zgodzilam się tam na wyjazd; ze za granica miał proces; ze moglam wcześniej odejsc,itp.
Może wskażecie mi, co robić, albo żle robię i może jak z tego piekła wyjść. dziękuję za każdy komentarz.