W moim życiu miała miejsce historia, którą chciałabym wymazać ze swojego życia. Niestety nie potrafię i czuję, jak ona wciąż się za mną ciągnie i kształtuje moje życie, choć wcale tego nie chce.
Rok temu poznałam człowieka, którego pokochałam miłością zakazaną, grzeszną. Miałam wtedy 18 lat. Wtedy wszystko wydawało się tak piekne, że aż nierealne do spełnienia. To dlatego poczułam się szczęśliwa, gdy i on obdarzył mnie uczuciem. Od początku wiedziałam, że to złe, lecz jak głupia brnęłam w to głębiej i głębiej. A on był tak cudnownym mężczyzną, tak czułym, tak kochającym...dziś wiem, że ti była tylko obłudna gra z jego strony. Mój Ksiądz. O dwadzieścia lat starszy ode mnie. Duchowny, a gdyby tego nie było dość, w wieku mojego ojca. Najpierw ukradkowe spojrzenia podczas mszy, później spotkanie, tajemnicze, udawane, by żadna ze stron się nie zdradziła, a potem jego inicjatywa, i tak się to zaczęło. Twierdził, że mnie kocha, że zależy mu na szczerości, że nie chce mnie skrzywdzić, i że sam boi się skrzywdzenia. Wierzyłam mu. Spotykaliśmy się w tajemnicy przed wszystkimi. Pragnęłam jego bliskości, tęskniłam za nim, ufałam mu. Byłam szczęśliwa przy nim, ale wiele też wycierpiałam nie mogąc być z nim "normalnie", a w tajemnicy. Były wyrzuty sumienia. Nie raz musiałam pogodzić się z tym, że nie ma dla mnie czasu, bo przecież on ma swoje obowiązki. Pamiętam ostatni nasz wieczór. Było zimno, była mgła, było ciemno. I byliśmy sami pośród pięknej, zimowej natury. Ogrzewał moje dłonie i przytulał mnie. To było jak piękny sen. A później same katastrofy. Mój chłopak włamał się do mojej poczty. Dowiedział się o wszystkim. Zostawił mnie. Ja zawaliłam studia, bo nie byłam w stanie znieść psychicznie tego wszystkiego, co się działo. Klęska na uczelni miała swoje źródła już w tym czasie, gdy zaniedbywałam naukę, by być z nim, by myśleć o nim, by pisać do niego, by cierpieć. Wykryto u mnie nerwicę. Muszę chodzić do psychoterapeuty. Moja matka wpadła w depresję, nie mogąc się pogodzić z tym co zrobiłam. Poszła do niego i kazała mu mnie zostawić w spokoju. Powiedziała mu, że żałuje, że w ogóle znalazł się w naszej parafii. A co on na to powiedział? Odparł jej, że go szantażowałam i oszukałam, i że ona nie zna własnej córki i nie wie jaka ze mnie jest podła dziewczyna. Zrobił z siebie ofiarę, kłamał jej w wyrafinowany sposób. Dzwoniłam do niego, pisałam, ale już nigdy więcej się do mnie nie odezwał. A dziś żyję z poczuciem winy, bo zniszczyłam zaufanie mojej matki, zdradziłam człowieka, który wierzył, że będę matką jego dzieci, zniszczyłam w sobie zasady i wartości, przestałam wierzyć w Boga, zawaliłam studia i leczę się z nerwicy i depresji. Sama sobie jestem winna. A on? Mój ksiądz? Co on teraz robi? Ostatnio odprawiał mszę wielkanocną z szerokim uśmiechem na twarzy. I pewnie już mnie nie pamięta. A ja nie potrafię o nim zapomnieć, tęsknię, a jednocześnie nienawidzę go za to, że mnie wykorzystał. Najgorsze jest to, że kochałam go piękną, szczerą miłością, którą wciąż w sobie czuję.
Chciałam się podzielić swoją historią. Nie wiem na co liczę. Może na słowo otuchy, porady, krytyki. Dziękuję wszystkim, którzy poświęcili chwilę, by przeczytać historię mojego życia. Czuję, że jest mi lżej, wiedząc, że podzieliłam się z kimś swoją tragedią.
Podobne tematy
2 2010-04-06 23:36:06 Ostatnio edytowany przez pchelka_1989 (2010-04-06 23:45:31)
A myślałam, że koniec świata nastąpił jak zostawił mnie chłopak... Smutno się czyta ten post ale gratuluje tego, że doszłaś tu, gdzie jesteś dzisiaj, to znak, że jesteś silna i poradzisz sobie. Ja uważam, że serce nie sługa, i to nie Twoja wina, że zakochałaś się właśnie w księdzu, każdy pragnie szczęścia i dąży do jego realizacji. W końcu w tej życiowej grze właśnie własne szczęście jest najważniejsze. Nie wiem co mogę doradzić... może dasz radę naprawić relacje z byłym już chłopakiem, jeśli nie, to na pewno spotkasz jeszcze w swoim życiu kogoś równie wartościowego. A co do mamy? One zawsze wszystko wybaczają, nie pozostaje Ci nic innego, jak tylko z nią porozmawiać i spróbować wyjaśnić całą sytuację. Poza tym, najważniejsze-czas leczy rany. W Twoim przypadku z pewnością będzie tak samo. Bądź silna i staraj się naprawić swoje błedy. Wierze, że Ci się uda
Powodzenia !
Bardzo smutna ta Twoja historia,naprawde wspolczuje Ci..wiesz co..?Mysle ze bol kiedys minie,a Ty poki co powinnas wrocic na studia-najlepiej wyjechac dalej,do innego miasta.Tam poznasz nowych ludzi,odzyjesz...Nie pisz ze zniszczylas sobie zycie bo przeciez nie jestes chora na jakas smiertelna chorobe,a ten caly ksiadz na szczescie-nie zostawil Ci dziecka!!!!! wyobraz sobie teraz co bys zrobila??? Mowie Ci-wyjdziesz na prosta ,jestes bardzo mloda osobka-zacznij od szukania studiow w innym miescie,wyjedz i sama zobaczysz:))Powodzenia!!!
łoo to się porobiło.
Ja też myślę, że wszystko się ułoży, zaczniesz zycie od nowa. Współczuje sytuacji, musi byc Ci na prawdę ciezko.
ojej niesamowita historia. Mam nadzieję, że uda Ci się pozbierać i znaleźć szczęście, choć po czymś takim uważam, że będzie ciężko. Swoją drogą, co to za człowiek, który powinien dawać przykład, a on nie dość, że Cię skrzywdził, to jeszcze kłamie w żywe oczy?!
ojej niesamowita historia. Mam nadzieję, że uda Ci się pozbierać i znaleźć szczęście, choć po czymś takim uważam, że będzie ciężko. Swoją drogą, co to za człowiek, który powinien dawać przykład, a on nie dość, że Cię skrzywdził, to jeszcze kłamie w żywe oczy?!
Dokladnie!!!! I nadal pelni swoja role w kosciele jako duchowny??Po tym co zrobil???W takim zaklamaniu??Ja to bym raczej gdzies to zglosila,nie darowalabym h....!!!!!
I gdzie jak niby mam moja Droga to zgłosić? Komu? Kiedy? I co z tego ma wyniknąć? Ja żyję w Warszawie, w stolicy. Daleko od tego wszystkiego już, choć wspomnienia mnie dręczą, a problemy się za mną ciągną. Tam, w małym miasteczku został on, ale też moja rodzina, którą bardzo kocham. Mama nie może wyjść normalnie na mszę do kościoła, tylko jeździ gdzieś poza miasto, byle nie tu, byle nie widzieć jego. Jest jej za mnie wstyd. Nikt nie może się o tym dowiedzieć. Całe miasteczko by huczało. A moja babcia? O niczym nie wie. Jest cudowna, kochana, strasznie religijna, lubi tego księdza, był u niej po kolędzie. Rozmawiała z nim, opowiadała mu o mnie, o swojej wnuczce, z której jest taka dumna. Przecież babcia padła by na zawał.
A on tam żyje, odprawia msze, uczy w szkole, wielki autorytet dla młodych, gwiazdor, powiernik dla starszych.
To nasze ostatnie spotkanie, w tej mgle, o którym pisałam w poście na początku...tak, było cudowne, romantyczne, mówił mi wspaniałe rzeczy....ale już pod koniec spotkania, gdy się żegnaliśmy, bo musiałam już iść, coś mnie tknęło, tak dziwnie źle się poczułam. Kiedy powiedział "pocałuj mnie jeszcze", odpowiedziałam mu: proszę Cię, daj spokój, za wiele tego...jutro wszystko znowu będzie inne, będziesz musiał spojrzeć ludziom w oczy, będziesz musiał iść do spowiedzi..." a on na to z uśmiechem" i tak już muszę" i przyciągnął mnie mocno do siebie, żeby mnie pocałować. I gdy teraz o tym myślę, to jest mi wstyd. Bo to było takie chore, takie obłudne. Odprawiał msze, byłam na nich. Słyszałam, jak z ołtarza, przemawiając do ludzi używa moich słów, moich wypowiedzi, bo nieraz powiedziałam coś, co uznał za mądre, błyskotliwe, przyjmował mój styl wypowiedzi. I nie raz chwilę po mszy w kościele, gdzie wypowiadał się o szczerości, wierności, Bogu, pisał mi esemesa "śliczna ta sukieneczka, w której dziś byłaś."
Czemu wtedy tego nie widziałam? Czasem siebie nienawidzę.
To nie jest ksiadz!!! I on wyszedl calo z opresji,uratowaj swoj t... a Ty cierpisz i sie wstydzisz,tak samo jak Twoja mama cierpi.Wg.mnie to szczyt moralnosci odprawiac msze i pisac sms do dziewczyny!!To sie naprawde nadaje do Kurii biskupiej albo do gazety.Szczerze Ci wspolczuje,,,moze rzeczywiscie lepiej jak to zostawisz tak jak jest.Trzymaj sie i zacznij normalnie zyc.Powodzenia kochana:)
Wyobrażam sobie co czujesz... Jaki podły człowiek - nie nazwę go księdzem, bo to jest osoba z tych, co duszpasterstwo traktują jako zawód
wykorzystał Cię, obraził, ośmieszył i żyje sobie bez ponoszenia winy za swe czyny... to jest straszne. Obys jak najszybciej ułożyła sobie życie na nowo i jak najrzadziej myślała o tej osobie.
Widziałam go. Do jasnej cholery! Widziałam go! Wcale tego nie chciałam! Nie chciałam zderzyć się z nim za żadne skarby! Ale to był przypadek. To trwało tylko chwilę, parę sekund. Spojrzał na mnie tak od niechcenia jakby chciał mi powiedzieć, że jestem dla niego nikim. Pewny siebie, wyniosły, arogancki. A ja nie mogłam znieść tego spojrzenia. Drżałam ze stresu i z lęku przed nim. Tak, właśnie tak! Czułam lęk i ból. I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu byliśmy sobie tacy bliscy...a wtedy nie czułam przed nim lęku. Wtedy byłam przy nim taka bezpieczna...próbuję iść dalej...ale od mojego ostatniego postu nie zbyt daleko zaszłam. Depresja i nerwica się pogłębiają. Nie wiem co mam robić.
Naprawde szczerze ci wspolczuje....ale uwierz mi-czas leczy rany!!!!!!!! Jestem pewna za za jakis czas(nie powiem ze bedzie to wkrotce...)ale stanie ci sie on obojetny...Musisz to po prostu przejsc.Innej rady niema.
Sciskam Cie mocno>Glowa do gory ![]()
ok... a mi ten post wydaje sie sciema...
No cóż, może gdybym ja przeczytała o takiej historii gdzieś na forum, też pomyślałabym, że to ściema, bo to jednak niecodzienna sytuacja. Ale niby czemu miałabym marnować swój czas na wymyślanie bajek i pisanie o nich na forum? Nie nudzi mi się w życiu. Chciałam tylko podzielić się tym, co mnie spotkało, bo wiedziałam, że trochę mi ulży.
Powiedz sobie głośno AMEN i nie roztrząsaj juz jaki on był cudowny,jak było pieknie,jak cie przytulał i całował.
Ksiądz sie zabawił,bo mu bylo nudno patrzeć ciagle na stare babcie i wysłuchiwać ich grzechów.
Ksiądz to tez facet,poczuł pożądanie i dalej juz myslał spodniami.
Było mineło i nie ma co tego roztrząsać i wspominać.,a juz najgorsze co mozewsz zrobić to wspominać te piekne chwile,bo serce Ci bedzie pękało. Myśl o nim jak o draniu który cie wykorzystał,który sie Toba zabawił i olał [sory za to określenie].
Ogarnij się. Nie chodz tam do koscioła,unikaj przyjazdów,spróbuj wrócic na studia,A KSIEDZU KRZYŻ NA DROGĘ i papa.
A ja bym i tak mimo wszystko napisala anonim do biskupa!!!! Co za ś.... z tego ksiedza!!!!!
16 2010-05-08 11:52:27 Ostatnio edytowany przez hardcorowykopciuch (2010-05-08 11:53:18)
wiecie co wam powiem, Magdy to chyba mają takie cholerne szczescie w nieszczęściu do ksiezy. Bardzo dobrze Cię rozumiem (magdalena.rutowicz) sama jestem w takiej sytuacji, tylko ze u mnie jest teraz 2 ksiadz. ten pierwszy w perfidny sposób mnie wykorzystał, a chodziło o to bym przestała się wstydzić, to mnie oswoił tak ze ja go pokochałam, on może i mnie też, coś pisał że mnie kocha, był moim nałogiem ile ja przez niego przepłakałam nocy. a zostawił mnie dla mojej koleżanki w dodatku była przyjaciółką, znienawidziłam ich oboje. lubię i nienawidzę- okropne uczucie. a najgorsze jest to że on jej mówił to co ja do niego pisałam albo wykorzystywał różne 'teksty'. Kiedyś pojechaliśmy na wakacje z jakąś grupą i tam on był z nią. spali siedząc na łóżku razem a mi pękało serce. pożyczyłąm od niej telefon bo w moim padła bateria a dostałam esemesa, na jej tel nie dało sie odczytać ale były tam jej wiadomości od właśnie jego. przeczytałam tylko kilka ale to mi wystarczyło napisał " ja chcę być tam z tobą a nie z nią" coś mnie trafiło. wróciłam do domu i mu wygarnęłam. wtedy zaczął mnie wyzywać od fałszywych ludzi, że jestem plotkarą, rozgaduję wszystko a to po prostu ludzie widzą. myślałam ze umre z rozpaczybo nikt mnie tak nigdy nie skrzywdził, a mówił że mnie kocha... no nic przestałam do niego pisać. już rok jak wszystko się skończyło. myślałąm że ułoże sobie jakoś życie. ale... myślałam. powiedziałąm sobie nigdy więcej i proszę, kolejny wikary. ten jest przyjacielem. ustaliliśmy to, on wie jak było z tamtym... jestem zła na siebie. strasznie się do niego przywiązałałam i nie wiem dlaczego to tak wyszło. dlaczego ja szukam miłości wśród księży?! jestem tego świadoma ale z drugiej strony takiego drugiego nie ma. on nie ma czasu, ja ciągle mam pretensje do niego że nie pisze. i jak ja mam to skończyć, jak się nie da. już mają oba odejśc w tym roku, może będzie dobrze. ale powiedziałąm sobie nigdy więcej! i zrobiłam to! Boże! i wiecie co, bo to jest najlepsze ze ja na niego ciągle wpadam, gdzieś przez przypadek się spotykamy. przecież jakby Bóg nie chciał to by na to nie pozwolił. a tak jest. no nie dama rady. często mam ochotę umrzeć, to mnie przerasta. potrzebuję chyba prawdziwej miłosci ale to nie jest łatwe. ręce mi opadają. ten 2 kazał mi tego 1 olać i nie myśleć o nim, nie przejmować się jego lekceważącym zachowaniem wobec mnie. też go nie lubi
ale mnie coś bierze, on (ten2 ) martwi się o mnie i można powiedzieć że interesuje sie mną. jak chodziłąm do szkoły był taki nauczyciel wf straszny zbok, zabierał mnie do kantorka( jego pokój ze tak powiem) i tam mnie obmacywał. ja tam nie chodziałam bo przeceż wiem co ze mną zrobi. raz włożył mi ręce za spodnie. nie wytrzymałąm powiedziałam to księdzu a go tam aż nosiło, powiedział ze coś z tym trzeba zrobić że jak jeszcze raz to sam go strzeli. bo ja nic nie robiłam to była taka chwila ze ja nie wiedziałam co sie dzieje. wiem że mozecie nie rozumieć tego co napisałam bo piszę to tak "na kolanie" i mówię to co w danej sekundzie myślę. przepraszam. ale postarajcie sie to przeczytać i powiedzcie mi czy ja rzeczywiście jestem taka głupia, naiwna!? co mam zrobić w związku z ksiedzem tym przyjacielem który nie ma dla mnie czasu a ja nie mogę tego przyjąć do wiadomości. dzięki
ok... a mi ten post wydaje sie sciema...
tak jasne... widać jak nie znasz życia, a po za tym jak nie masz nic do powiedzenia na ten temat to po co piszesz drunoty...
Do hardcorowy kopciuch-moja rada jest taka: zostaw to,rzuc to,uciekaj od tego!!!!!!!!! Niewiem ilelat ty masz dziewczyno ze dajesz sie tak wykorzystywac??? Po co w ogole w to weszlas skoro raz juz mialas nauczke???
Sorry ze tak z grubej rury do ciebie,,,ale chcialas rady to ja masz.
Do hardcorowykopciuch
hej, napisz do mnie jeśli masz ochotę na maila: magdalena.rutowicz@gmail.com, to sobie prywatnie pogadamy ![]()
Tak jak ktoś tu napisał - nie zniszczyłaś sobie życia.Człowiek uczy się na błędach.Musisz wynieść z tej historii naukę na przyszłość i starać się poukładać sobie zycie na nowo.
Jeszcze raz dzięki serdeczne za słowa otuchy
będzie dobrze.
Szczerze powiedziawszy martwią mnie wyrazy współczucia, które tutaj odnalazłam. Autorka nie doznała żadnej tragedii, a zawodu miłosnego, który był jak najbardziej do przewidzenia w takich okolicznościach. Czy naprawdę takim sytuacjom powinniśmy współczuć? Nie wydaje mi się.
Psychoterapia nie jest tu karą, a koniecznością. Nie rozumiem, dlaczego ksiądz nie został podany do odpowiednich władz, aby pozbawić go możliwości wykonywania zawodu, czy naprawdę można pozwolić by taki człowiek słuchał spowiedzi młodych dziewczyn i trzymał dzieci do chrztu? Kompletny brak odpowiedzialności.
W dodatku dla każdej dorosłej osoby oczywistym jest, że zauroczenie Autorki nie miało nic wspólnego z "prawdziwą, głęboką, oddaną miłością", którą buduje się latami, w trudzie i pocie codziennego życia. Tutaj weszły w grę bajkowe wyobrażenia, typowe dla nastolatek, pomieszane z rzeczywiście odgrywającym się koszmarem. Matka Autorki też się nie popisała - zamiast zgłosić zachowanie "księdza" wdaje się z nim w dyskusje i traktuje go, oh, jakże ostrymi słowami! "Szkoda, że jesteś w naszej parafii?" - przepraszam, to dla mnie jakiś żart. Taka osoba nie powinna mieć nic wspólnego z Kościołem w ogóle, a tu jakieś dogryzanie o parafii. Dziecinność sytuacji podkreśla w dodatku fakt, że Autorka przez cały czas miała chłopaka, co wydaje się być kompletnie niedorzeczne w obliczu jej zapewnień o uczuciu.
No, a finalnie. Nie studiuje się w wieku 18 lat, najwcześniej można wtedy rekrutować, więc jakim cudem Autorka wypadła wtedy z uczelni? Cała historia zdaje się być wyssana z palca, ale to nie zmienia faktu, że podobne rzeczy się dzieją. I wszystkie osoby w podobnej sytuacji, co Autorka, powinny znaleźć w komentarzach jakiekolwiek oprzytomnienie, a nie wyrazy współczucia.
Miłość do duchownego nie ma nic wspólnego z piękną, zakazaną miłością, którą dziewczęta znają tylko z filmów i opowiadań. To zauroczenie, które nigdy nie zaowocuje przyszłościowym rozwiązaniem, a duchowny który dopuszcza się takich działań, gdy jest to zakazane, stawia siebie w świetle osoby impulsywnej i mającej za nic przyjęte wartości. Jeżeli ktoś porzuca Kościół ze względu na zauroczenie, to ewentualną miłość porzuciłby z jeszcze większą lekkością. Jeżeli duchowny czuje, że nie spełnia wymogów swojej służby, to z niej rezygnuje, pozostając fair w stosunku do swojej wiary, lub przynajmniej wobec siebie i ludzi wokół, jeśli wiarę już utracił. Nie do pomyślenia jest żeby ktoś pozostawał na takim stanowisku, jednocześnie kontynuując romans, narażając tym samym nie tylko siebie, ale i również drugą osobę na wyklęcie i poniżenie. Dziewczyny, czy chłopcy nigdy nawet nie powinni zbliżać się do ludzi postępujących w ten sposób, gdyż są to ludzie podli, egoistyczni, często narcystyczni i pozbawieni empatii. Nigdy nie będą dobrymi partnerami, a jedynie dobrymi manipulantami.
Wiem doskonale, że w młodym wieku nie da się myśleć przyszłościowo (choć niektórzy szczerze myślą, że to robią, dopiero w późniejszym życiu zdają sobie sprawę ze swej naiwności), ale choć jako nastolatki nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i nie odróżniamy do końca dobra od zła, to na pewno posiadamy dość dobrze rozwinięty intelekt. I właśnie idąc za jego głosem w takich, i podobnych sytuacjach, powinniśmy zwrócić się do osób, które mogą nam pomóc dzięki swojej dojrzałości uczuciowej. Oczywiście nie musi to być ktoś rodziny, jeżeli wstyd przed tym powstrzymuje. Jednak prawie każdy nastolatek ma przecież autorytet w postaci osoby dorosłej, któremu ufa, i którego rady są niezastąpione, czasem wystarczy pomyśleć "co ta osoba zrobiłaby w takiej sytuacji". Jeżeli natomiast należymy do wspomnianego "prawie", i nie posiadamy namacalnego autorytetu, to psycholog szkolny będzie osobą bezstronną i jeżeli o to poprosimy, to z pewnością nie podzieli się z nikim taką historią, a będzie w stanie (a przynajmniej powinien, z uwagi na wykonywany zawód) rozprawić się z naszym problemem w naukowy sposób. Taki związek zresztą prędzej, czy później kończy się wizytą u specjalisty, więc polecam skrócić tę drogę i udać się doń jeszcze zanim cokolwiek się wydarzy.
Szczerze powiedziawszy martwią mnie wyrazy współczucia, które tutaj odnalazłam. Autorka nie doznała żadnej tragedii, a zawodu miłosnego, który był jak najbardziej do przewidzenia w takich okolicznościach. Czy naprawdę takim sytuacjom powinniśmy współczuć? Nie wydaje mi się.
Psychoterapia nie jest tu karą, a koniecznością. Nie rozumiem, dlaczego ksiądz nie został podany do odpowiednich władz, aby pozbawić go możliwości wykonywania zawodu, czy naprawdę można pozwolić by taki człowiek słuchał spowiedzi młodych dziewczyn i trzymał dzieci do chrztu? Kompletny brak odpowiedzialności.
W dodatku dla każdej dorosłej osoby oczywistym jest, że zauroczenie Autorki nie miało nic wspólnego z "prawdziwą, głęboką, oddaną miłością", którą buduje się latami, w trudzie i pocie codziennego życia. Tutaj weszły w grę bajkowe wyobrażenia, typowe dla nastolatek, pomieszane z rzeczywiście odgrywającym się koszmarem. Matka Autorki też się nie popisała - zamiast zgłosić zachowanie "księdza" wdaje się z nim w dyskusje i traktuje go, oh, jakże ostrymi słowami! "Szkoda, że jesteś w naszej parafii?" - przepraszam, to dla mnie jakiś żart. Taka osoba nie powinna mieć nic wspólnego z Kościołem w ogóle, a tu jakieś dogryzanie o parafii. Dziecinność sytuacji podkreśla w dodatku fakt, że Autorka przez cały czas miała chłopaka, co wydaje się być kompletnie niedorzeczne w obliczu jej zapewnień o uczuciu.
No, a finalnie. Nie studiuje się w wieku 18 lat, najwcześniej można wtedy rekrutować, więc jakim cudem Autorka wypadła wtedy z uczelni? Cała historia zdaje się być wyssana z palca, ale to nie zmienia faktu, że podobne rzeczy się dzieją. I wszystkie osoby w podobnej sytuacji, co Autorka, powinny znaleźć w komentarzach jakiekolwiek oprzytomnienie, a nie wyrazy współczucia.
Miłość do duchownego nie ma nic wspólnego z piękną, zakazaną miłością, którą dziewczęta znają tylko z filmów i opowiadań. To zauroczenie, które nigdy nie zaowocuje przyszłościowym rozwiązaniem, a duchowny który dopuszcza się takich działań, gdy jest to zakazane, stawia siebie w świetle osoby impulsywnej i mającej za nic przyjęte wartości. Jeżeli ktoś porzuca Kościół ze względu na zauroczenie, to ewentualną miłość porzuciłby z jeszcze większą lekkością. Jeżeli duchowny czuje, że nie spełnia wymogów swojej służby, to z niej rezygnuje, pozostając fair w stosunku do swojej wiary, lub przynajmniej wobec siebie i ludzi wokół, jeśli wiarę już utracił. Nie do pomyślenia jest żeby ktoś pozostawał na takim stanowisku, jednocześnie kontynuując romans, narażając tym samym nie tylko siebie, ale i również drugą osobę na wyklęcie i poniżenie. Dziewczyny, czy chłopcy nigdy nawet nie powinni zbliżać się do ludzi postępujących w ten sposób, gdyż są to ludzie podli, egoistyczni, często narcystyczni i pozbawieni empatii. Nigdy nie będą dobrymi partnerami, a jedynie dobrymi manipulantami.
Wiem doskonale, że w młodym wieku nie da się myśleć przyszłościowo (choć niektórzy szczerze myślą, że to robią, dopiero w późniejszym życiu zdają sobie sprawę ze swej naiwności), ale choć jako nastolatki nie potrafimy panować nad swoimi emocjami i nie odróżniamy do końca dobra od zła, to na pewno posiadamy dość dobrze rozwinięty intelekt. I właśnie idąc za jego głosem w takich, i podobnych sytuacjach, powinniśmy zwrócić się do osób, które mogą nam pomóc dzięki swojej dojrzałości uczuciowej. Oczywiście nie musi to być ktoś rodziny, jeżeli wstyd przed tym powstrzymuje. Jednak prawie każdy nastolatek ma przecież autorytet w postaci osoby dorosłej, któremu ufa, i którego rady są niezastąpione, czasem wystarczy pomyśleć "co ta osoba zrobiłaby w takiej sytuacji". Jeżeli natomiast należymy do wspomnianego "prawie", i nie posiadamy namacalnego autorytetu, to psycholog szkolny będzie osobą bezstronną i jeżeli o to poprosimy, to z pewnością nie podzieli się z nikim taką historią, a będzie w stanie (a przynajmniej powinien, z uwagi na wykonywany zawód) rozprawić się z naszym problemem w naukowy sposób. Taki związek zresztą prędzej, czy później kończy się wizytą u specjalisty, więc polecam skrócić tę drogę i udać się doń jeszcze zanim cokolwiek się wydarzy.
Marjolaine myslisz ze po 6 latach od ostatnich wpisow Autorce watku nadal bedzie sie chcialo analizowac ta sprawe ;-)?