Paweł24 napisał/a:paulina20 napisał/a:Oczywiście, że atrakcyjniejszy będzie ten robiący coś w kierunku poprawy niż leżący w śmietniku i użalający się nad sobą.
I to jest jak rozumiem odpowiedź na moje pytanie.
Czyli z tych dwóch opcji lepszy jest ten co NIE ZNA SWOJEJ WARTOŚCI.
Znający swoją wartość wie, do czego jest zdolny jako człowiek, jakie ma możliwości, wierzy w swoje ''wewnętrzne skarby'' i w to, że może coś dać innym ludziom. Podkreślam ponownie, że ''świadomość własnej wartości'' to nie narcyzm - w moim rozumieniu to bycie dobrym dla siebie i traktowanie siebie z szacunkiem. (To jest też kolejne założenie, z którego wychodzę - każdy jest godny szacunku.)
Niewierzący w swoją wartość obojętnie, ile tych cech posiada, zawsze będzie się czuł bezwartościowy.
Jeśli znać swoja wartość można tylko w momencie posiadania już jakichś dokonań/zalet, to bez nich jest się ''bez wartości'', ergo nie dąży się do zdobycia niczego, bo jest się świadomym swojego ''braku wartości''.
A jeśli już ''mierzyć'' wartość człowieka - przecież można to robić na tysiące różnych sposobów. Można rozpatrywać ją z poziomu atrakcyjności interpersonalnej, seksualnej, tego ile daje innym szczęścia/miłości/wiedzy/nauki/cierpienia/bólu/jakich udziela lekcji.
Nieśmiały, o ograniczonych horyzontach, pomocny i dobry dla innych - ma dużą wartość czy małą?
Bogaty, brzydki właściciel przedsiębiorstwa, prowadzący działalność filantropijną - jaka jest jego wartość?
Przystojny, wredny, ale inteligentny - ile jest wart?
Totalitarny przywódca zabijający miliony osób jednym podpisem i jednocześnie katowane w dzieciństwie dziecko - ile jest wart? czy dał coś ludzkości?
Przecież ocena zależy od tego, jaką przyjmiemy perspektywę i jakie kryteria! Skąd wiesz, które kryteria są ''najbardziej słuszne''? Skąd wiesz, że twoja wiedza jest obiektywna?
Moim zdaniem za mało mamy kompetencji i wiedzy (ba - nawet prawa) żeby oceniać czyjąś wartość - jako człowieka. Dlatego wychodzę z założenia, że każdy człowiek ma wartość niezbywalną.
Jeśli przychodzi do oceny ''wartości'' potencjalnego partnera/przyjaciela/pracodawcy/kolegi/rodzica, to każdy tworzy własne kryteria. Moje wobec partnera są ściśle określone, ale by siedzieć koło kogoś w autobusie wystarczy mi, żeby ''nie śmierdział''. Człowieka można oceniać tylko pod kątem ''sprawdzania się w danej roli'', jednak całego życia i wszystkich emocji danego człowieka nie znamy i nigdy znać nie będziemy, żeby móc stwierdzić ''ten jest generalnie bezwartościowy''.
Paweł24 napisał/a:Jak widać ja wiem lepiej co tobie się podoba. Wcześniej mówiłaś że podoba ci się bardziej ten kto zna swoją wartość, a ja udowodniłem że może być całkowicie odwrotnie.
(bo znanie swojej wartości nie ma żadnego znaczenia, chodzi o to żeby ją mieć).
O tak, rzeczywiście - ludzie dużo mówią między wierszami - '' ja wiem lepiej co tobie się podoba'' 
Jak mówiłam, każdy człowiek ma jakąś wartość, dlatego, że jest człowiekiem (nawet gwałciciele i mordercy). Jeśli człowiek zaczyna mieć wartość tylko w momencie posiadania jakichś cech, to co jest wartością - człowiek czy te cechy?
Paweł24 napisał/a:paulina20 napisał/a:Nigdy nie pytał, czy mi się podoba, nie użalał/narzekał na siebie, miał swoje zdanie. Nie czuł potrzeby np. ''przechwalania się'', był pogodny i życzliwy dla innych.
Znanie swojej wartości to znanie swojej wartości a nie bycie życzliwym czy jeszcze co innego.
A chleb to chleb
Przy tworzeniu chleba bierzemy chleb i już mamy chleb, czy mieszamy wodę, mąkę i drożdże? W moim rozumieniu świadomość własnej wartości składa się m.in. cech, które wypisałam powyżej. Dlaczego? Choćby:
bycie życzliwym dla innych -> nie zazdroszczenie im -> poczucie własnej wartości (świadomość, że jej miarą nie są jedynie twoje osiągnięcia)
bycie życzliwym dla innych -> brak potrzeby dowartościowywania się na innych -> poczucie własnej wartości
itd.
Paweł24 napisał/a:Doskonały dowód tego że mam rację. Forum to cała kopalnia takich, dobrze że jeden mi podałaś bo byłbym o tym zapomniał.
Zauważ (z twoją słabą zdolnością poznawczą jak zwykle przeoczyłaś), że ona napisała:
"podobno jestem ładną dziewczyną". Nie "podobno inteligentną", "podobno pewną siebie" czy z "wysoką samooceną" czy "zadbaną", tylko "ładną". Tylko ta jedna cecha i żadna inna nie była wymieniona gdy mowa o tym czy może ją być stać na lepszego chłopaka.
Bo jak wiadomo, niemal tylko uroda się liczy.
A nie sądzisz, że napisała, że jest ładna, ponieważ właśnie na tej płaszczyźnie dokonywała oceny chłopaka? Albo chciała dać do zrozumienia, że nie była z nim ''z musu'' czy ''bo nie miała wyboru'', tylko mimo jego wyglądu - chciała. Myślę że wspomniała o tym, bo jest świadoma, jakie są stereotypy. A stereotypy są właśnie takie, że dla każdego wygląd przy wyborze partnera jest sprawą absolutnie kluczową, i tylko ''brzydka'' mogłaby być z ''brzydkim''. Ona dowodzi tylko, że w jej przypadku stereotyp nie działa. (Kolejny stereotyp, który się teraz nasunie, to taki, że chłopak miał kasę - tego jednak nie wiemy, a że Natalia wspomina, że w jego towarzystwie czuła się szczęśliwa - uznajmy, że świetnie się z nią dogadywał i był generalnie zajebisty z charakteru.)
Paweł24 napisał/a:To jest tak, jak jedna koleżanka drugiej ma powiedzieć czy jest jest on na tyle fajny żeby się może z nim umówić, albo coś w tym kierunku, to w pierwszej kolejności mówi że jest przystojny, albo nie.
Albo mówi "tak, jest fajny" i można zauważyć że zwykle ma na myśli jak wygląda.
Ok, i co z tego? Ładniejsi maja z początku łatwiej - to już ustaliliśmy w pierwszych postach. U niektórych ''nieładny'' nie ma szans (co wychodzi na początku). Tak samo jak u niektórych ''nieinteligentny'' (to wyjdzie później). To też ustaliliśmy. Teraz zależy, w jakie kobiety się celuje, z którymi wymaganiami i jak bardzo pochopne w swych ocenach.
Paweł24 napisał/a:Kiedyś jedna dziewczyna mi powiedziała tak: "miałam chłopaka, nie był jakoś bardzo przystojny, ale za to..."
Jak widać uroda dla niej ma największe znaczenie.
Największe? To czemu tak się poświęcała i była z nim z powodu tego kompletnie nieważnego ''ale za to''? Taka siostra miłosierdzia z niej była? 
Jeśli znaczenie czegoś jest ''największe'', to 'brak/niedostateczna jakość' tego czegoś powinien kompletnie wykluczać daną osobę - dobrze rozumuję?
Paweł24 napisał/a:weźmy matheya, nie może być przystojny, inteligentny, i w ogóle mieć same zalety, i jednocześnie mieć niską samoocenę.
B wtedy samoocena zależałaby od... samooceny.
Co jest nieprawdą.
Z resztą ja definiuję samoocenę, jako ocenianie tego jak inni nas oceniają.
Jaka będzie samoocena inteligentnej i ładnej dziewczyny, która była przez rodziców niekochana (wyzywana, krytykowana) przez całe życie? W dorosłości ją chwalą - myślisz, że w to wierzy?
Nie zawsze nasza samoocena jest adekwatna na skutek tego, co ktoś nam błędnie wmówił.
Ten koleś, którego przykład podałam - naprawdę był i przystojny (a więc powierzchownie oceniany przez innych dobrze), zabawny i interesujący. Jednak najmniejsza krytyka (lub domniemanie krytyki) powodowała, że stawał się kapryśny, obrażalski i bardzo niepewny siebie. Zaczynał ''odpowiadać atakiem na atak'' (który wcale nie nastąpił) albo wygłaszał o sobie tak negatywne opinie, które przez myśl by mi (i zapewne jego otoczeniu) nie przeszły. W jego mniemaniu nie zasługiwał na nic, ani na dziewczynę, ani na miłość, ani na szacunek. Trochę stawało się to samospełniającą się przepowiednią. Dlaczego tak robił? Przypuszczam, że mama go nie kochała (bez ironii - powiedziała mu raz czy dwa, że lepiej, żeby się nie urodził).
Podobnie jest zresztą ze mną i samooceną - miałam przypadek sprawdzić to ''empirycznie'' w związku, jak zresztą można przeczytać w moim temacie. Jeśli mam niska samoocenę, to automatycznie wszystkie płaszczyzny życia dostosowują się do niej (relacje interpersonalne, damsko-męskie, potencjalne sukcesy w różnych przedsięwzięciach i postanowieniach).
Znowu - jest to zależność DWUstronna, nie jednostronna. Samoocena jest skutkiem tego, co słyszymy od innych - ale też inni oceniają nas w zależności od naszej samooceny, życie nam się układa tak, jak uznamy, że ''zasługujemy''. Czy dostrzegasz, w którym z tych obszarów mamy realny wpływ?
Paweł24 napisał/a:Tzn nie ma samooceny jako takiej, jest samoocena w sensie że przewiduję ocenę siebie przez innych. Lub już oceniam ocenę innych o siebie.
Czyli jak uważam że inni ocenią mnie wysoko to mam wysoką samoocenę, a jak uważam że ocenią mnie nisko to mam niską samoocenę.
Skąd możesz wiedzieć, co myślą inni? Przy takim ujęciu sprawy samoocena jest z gruntu niestabilna (i niesłuszna), ponieważ ludzie oceniają cię
-przez pryzmat tego co sami myślą o sobie
-przez pryzmat tego co przeżyli
-na podstawie powierzchowności/poszlak/stereotypów (nie siedzą w twojej głowie i nie wiedzą, co masz w środku, ponadto spotykają cię jedynie w pewnych specyficznych sytuacjach)
A ty oceniasz ich potencjalne myśli o tobie
-interpretując ich zachowanie i słowa, które w wielu przypadkach mogą być rozumiane dwuznacznie
-przez pryzmat tego, co sam o sobie sądzisz (jeden z najmocniejszych filtrów poznawczych - jesteśmy wrażliwi głównie na informacje z otoczenia, które potwierdzają nasze poglądy, mamy tendencje do ignorowania tych, które im przeczą - właśnie taką strategię stosujesz w tym temacie, kiedy każde zdanie interpretujesz tylko tak, że najważniejszy jest wygląd - nie dopuszczasz interpretacji przeciwnych)
No i pytanie dnia - skąd pewność, że twoja samoocena jest adekwatna? Nie zaniżona lub zawyżona? Jak to rozpoznać? Przecież reakcje otoczenia w dużej mierze dostosują się do twojej samooceny, przecież dzięki samoocenie osiągasz cos lub sam się sabotujesz już na starcie. Przecież swoją ''wartość'' można oceniać na setkach różnych płaszczyzn.
Doda - jaką ma samoocenę? Ma zarówno oddanych fanów jak i zaciekłych anty-fanów. Powinna się nienawidzić czy kochać? Przecież niektórzy uważają ja za mniej niż zero..
Chcę w tym miejscu pokazać, że nie ma czegoś takiego jak ''absolutnie zgodna z prawdą samoocena''. Można więc rozpatrywać samoocenę jako narzędzie - jako coś, co pozwala nam nawiązywać korzystne dla nas stosunki z otoczeniem i wierzyć w swoje siły na tyle, by osiągać ważne dla nas cele.
Paweł24 napisał/a:Jakby skocznia umiała mówić, to by mówiła że ci umieją na niej skoczyć i się nie połamać co są pewni że to umieją (no bo rzeczywiście tak jest). I jakby ją ktoś zapytał o radę, co należy robić aby umieć na niej skoczyć to by powiedziała: "bądź pewny siebie".
Tylko że ona nigdy nie widziała tych wszystkich szkoleń, tego jak ludzie zdobywają doświadczenie na mniejszych skoczniach, ona tylko widzi tych ludzi w momencie jak do niej podchodzą, i tylko po tym ocenia.
No i wy na takiej samej zasadzie mówicie że aby wam się podobać to trzeba być jest "samoocena, poczucie własnej wartości, pewność siebie.." itp bzdury.
Wiem o co chodzi. Chodzi o kwestię ''a co jeśli wierzę w coś, co jest fałszem?'' Sama jej do końca nie rozwiązałam
Wyjaśniając mój punkt widzenia tobie, sama lepiej go teraz zrozumiałam.
Wróćmy do przykładowego 'faceta'. Facet pewny siebie jest atrakcyjny z powodu cech, które z tego wynikają. Jeśli wewnątrz wciąż zadaje sobie pytanie ''czy jestem tego warty?'', ''czy na to zasługuję?'', to jest skazany na wieczna huśtawkę - raz uzna, że nie jest warty i sam to sobie odbierze, raz odwrotnie, i zacznie działać w tym kierunku (..aż do kolejnej huśtawki).
Co do sportowców - gdzie byłby teraz Pudzian, Małysz, zdobywca Mount Everestu i wszyscy inni, którzy potrzebowali wytrwałości i ćwiczeń nawet mimo niepowodzeń? Gdzie byłby Paderewski, który w szkole muzycznej usłyszał ''pan się do tego nie nadaje''? (ewentualnie był to inny pianista, mogłam pomylić nazwiska)
Paweł24 napisał/a:A jakby ktoś Paulina np. tobie doradzał co musisz robić siadając na taki motocykl pierwszy raz, i powiedział że (sugerując się mną) że masz być pewna że dasz sobie radę to jest to idiota.7
Mogę być pewna, że ''dam radę się nauczyć'', a wtedy rzeczywiście wzrasta prawdopodobieństwo, że nie poddam się po pierwszym nieudanym razie, będę wytrwała i rzeczywiście się nauczę.
Wracając do przykładu Małysza - jak myślisz, dlaczego taki ważny jest psycholog sportowy? Czy Małysz byłby w stanie oddać świetny skok nie wierząc, że jest w stanie to zrobić? Czy Khalidov byłby zdolny wygrać walkę?
Żeby podjąć jakiekolwiek działanie, jakąkolwiek akcję, najpierw musi się pojawić element wiary/pewności - że potrafimy, że jesteśmy w stanie, że mamy pewien potencjał.
Cała kwestia ''słuszności'' wiary we własne siły jest niesamowicie złożona. Wydaje mi się jednak, że rzeczywiście wiara potrafi ''czynić cuda'', a przykłady można znaleźć choćby w słynnych książkach ''Sekret'', ''Potęga podświadomości'', ''Tak jak człowiek myśli'' itd. A tak bardziej ''naukowo'', to czytałam artykuł o tym, że osoby pewne siebie są bardziej skłonne do ryzyka i skupiają się na ''osiągnięciu sukcesu'', podczas gdy niepewne są ostrożne i skupiają się na ''uniknięciu porażki''. Teraz można zadawać sobie pytanie, czy skłonność do ryzyka jest zła i w jakich warunkach. A także, w jakim stopniu ryzykiem jest samo życie i dążenie w nim do zmian
Zastanawiająca jest kwestia milionerów (którzy sami te miliony zarobili). Jeśli byliby ''rozsądni'', to z łatwością znaleźliby w otoczeniu, mediach, gdziekolwiek - mnóstwo przykładów ludzi, którym rozkręcenie biznesu się nie udało, którzy zbankrutowali. I ze spuszczona głową powędrowaliby na etat. A jednak coś ich powstrzymało. Oni myśleli inaczej, mieli swoją wizję. Jako że wierzyli w swój potencjał, porażki traktowali jedynie jak naukę, informację zwrotną - i w końcu dopięli swego. Czy to nie daje do myślenia?
Paweł24 napisał/a:paulina20 napisał/a:Po drugie, najpierw weźmy przykład z drugiej półki - facet inteligentny, zabawny (i nawet przystojny) z niesamowicie zaniżoną/niestabilną samooceną. Myślisz, że będzie mi się podobał? Może przez pierwsze parę dni, dopóki nie zorientuję się w jego humorkach/charakterze (Ten przykład pochodzi z autopsji, nie z wyobraźni.).
Miał niską samoocenę bo wiedział że ci się nie podoba/nie będzie podobał. A nie odwrotnie.
Nie - ja się w nim nawet lekko zakochałam (i powiedziałam mu to). Z pewnością nie byłam dla niego niemiła - jednak jego przewrażliwienie na punkcie własnej osoby zrobiło swoje. Stwierdzenie ''na pierwszej stronie pracy inżynierskiej masz mnóstwo błędów interpunkcyjnych'' potrafił zgeneralizować na ''cała twoja praca jest do dupy'' (a wewnątrz pewnie poszedł u niego monolog, że on cały jest do dupy). A następnie podsumował, że takich rzeczy się przyjaciołom nie mówi.. (przypominam w tym momencie jak brzmiało pierwsze zdanie
)
Nie wspomnę już kompletnym braku dystansu do siebie przy jakichkolwiek żartach na swój temat. Nie umiał być inny, bo każde negatywne zdanie brał na poważnie. Właśnie takie coś obniża atrakcyjność.