aurora borealis napisał/a: To prawda.
Trudno jest po srogiej i długiej zimie zaorać ziemię. Wyrwać i wypielić co w niej pozostało. A jednak siewca wie, że to, co dziś jest zmrożoną szaroburą grudą wkrótce zamieni się w żyzne pole. Trzeba je tylko obsiać nadzieją i cierpliwie poczekać.
Długotrwała rozpacz, gniew, złorzeczenia, przekleństwa, sprawiają, że poletko Twojego życia stanie się nieużytkiem, a Ty sama zalewając je słonymi łzami goryczy odetniesz mu dostęp do światła, do powietrza, do odrodzenia się.
Przeczytałam wszystkie Twoje posty. Wiem, że cierpisz. Z Twojej historii wynika jednak, że zostało Ci w dłoniach dużo dobrych ziaren, że umiesz kochać, dbać, troszczyć się, rozumieć, wspierać i że potrafisz robić to mądrze, bez wikłania się w toksyczną relację. Nauczyłaś się, gdzie postawić granicę tolerancji...
Czasem jakiś kataklizm przechodzi przez obsiane miłością pole. Nie wiń się i nie próbuj zrozumieć siły tego huraganu, co zniszczył Twój zasiew. Nikt roztropny nie skupia się nad przyczyną wielkich wiatrów i powodzi. Angażuje zaś wszystkie siły, by jak najszybciej wrócić do stanu sprzed katastrofy, wyrównać straty... Życzę Ci odwagi.
Powodzenia!
Piękne słowa za, które bardzo Ci dziękuję
Kiedyś wyobrażałam sobie ten dzień, że on odejdzie, jeszcze będąc młodą dziewczyną, kiedy wyjeżdżał na studia a ja zostawałam w rodzinnym mieście, przed maturą. Przetrwaliśmy 6 lat rozłąki, a teraz myślę, że wtedy więcej ze sobą rozmawialiśmy niż w ciągu ostatnich miesięcy. Nie potrafię sobie ułożyć w głowie jak to się stało, że tak się zmienił? A może zawsze taki był? Ja też się zmieniłam, bo każdy idzie do przodu, zmieniają się okoliczności, są nowe doświadczenia. Wiele mnie nauczył, myślę, że ja jego też. Jednak pozostaje we mnie ogromny żal, bo może oddałam za dużo siebie. Zostałam w mały mieście, co prawda z pracą, ale mieszkaniem w trakcie remontu kapitalnego, co nie ułatwia sprawy, bo potrzebne są środki finansowe. Też nie wiem, jak można proponować mieszkanie, a potem zawinąć się na pięcie "bo jakby byl zobowiązania to byłoby trudniej". Co chciał sprawdzić? Przecież mieszkaliśmy razem, żyliśmy ze sobą. Nie byłam do końca dojrzała, miałam jakąś garstkę znajomych, większa część wyjechała zagranicę, wiec kontakt siłą rzeczy ograniczony do kilku spotkań w roku. Trochę zaniedbałam tę sferę swojego życia i teraz mi cięzko, bo nie mam właściwie nikogo równie bliskiego. Ale przyszedł też moment, w którym ja poczułam, że imprezy itd to już mnie nie kręci, że chce być żoną, matką, wycofałam się z tego. Jemu nigdy tego nie ograniczałam, jednak nie szanował tego, coraz częściej żył tylko tym, potem jeszcze alkohol. Tego już nie potrafiłam zaakceptować, on uważał, że wyolbrzymiam, czepiam się, jestem nudna, ale za każdym razem kiedy widziałam go podchmielonego, coś we mnie pękało. A on się nie zatrzymywał, ostatnimi czasy już powroty nad ranem, ciągłe telefony, ale walczyłam, bo widziałam sens tego. A on się poddał, tak po prostu, wymienił sobie jeden element życia i idzie dalej.
Smutno mi bardzo. Mam poczucie, że nic mnie już nie czeka, że kiedy ja układałam życie, inni się bawili. teraz inni mają rodziny, dzieci, a ja puzzle, jeden niepasujący do drugiego.
Pozdrawiam Was ciepło, przepraszam za smęty, ale chyba jeszcze mi to potrzebne.
Miłego dnia 