Nie za bardzo wiem od czego zacząć, dotychczas nie korzystałam z żadnego forum, ale od jakiegoś czasu nałogowo podczytuje ten, jak i inne wątki. Chyba doszłam do miejsca, w którym czuję, że potrzebuję opisać tutaj swoją historię, wyrzucić z siebie to, co nie daje mi spokoju, nie pozwala funkcjonować. Czuje się bezradna, zagubiona, sama nie rozumiem siebie i tego co się wydarzyło. Ale przechodząc do meritum - 3 tygodnie temu rozpadł się mój związek. Rozpadł się mój świat, Moje plany, marzenia, moje życie. Byliśmy ze sobą prawie 9 lat (dziś rocznica poznania się). Bywało różnie, były piękne chwile, jak i kryzysy po drodze. Zawsze wychodziliśmy z tego obronną ręką (chociaż teraz myślę, że tą rękę powinnam była kiedyś schować, przynajmniej by mnie nie poparzyło).
Poznaliśmy się jeszcze w liceum, potem przyszły studia, każde z nas wyjechało do innego miasta, ale związek się rozwijał, widywaliśmy się często, wspólne wakacje, ciągły kontakt, motyki w brzuchu i te sprawy. Kiedy inni imprezowali, my pakowaliśmy walizki, żeby spotkać się w weekend, być ze sobą. Końcówka studiów i pojawiły się pierwsze poważne deklaracje, wspominał o zaręczynach, mówił otwarcie o tym do naszych znajomych, rodziny, że planuje się oświadczyć, że kocha, że nie widzi w swoim życiu nikogo innego. Docierały do mnie te sygnały. Byłam szczęśliwa, cieszyłam się jak dziecko, czekałam na ten moment, ten dzień. Nigdy nie ukrywałam, że pomimo ambicji zawodowych to rodzina jest na pierwszym miejscu – dom, dzieci, stabilizacja – takie miałam marzenia. Wiedział o tym, podzielał te plany i marzenia. Jednak pomimo deklaracji dni uciekały, oświadczyn nie było, ale myślałam sobie, ok, dopiero skończyliśmy studia, szukamy pracy, nie mamy zabezpieczenia, znajdziemy, będzie stabilność, pójdziemy do przodu. Po studiach wróciliśmy w rodzinne strony, zamieszkaliśmy razem, w jego rodzinnym domu. Nawiązałam świetny kontakt z jego mamą, on z moją rodziną, wszyscy traktowaliśmy się jak rodzina pomimo braku formalnych zobowiązań. On znalazł pracę, później ja, a sytuacja nie ulegała zmianie. Nadal żyliśmy razem, okazywaliśmy sobie uczucie, spędzaliśmy razem czas, snuliśmy plany.
Sytuacja zaczęła się zmieniać, gdy On postanowił zmienić pracę. Zawsze był osobą ambitną, ale niecierpliwą, ciągle było coś nie tak, chciał zarabiać więcej, uważał, że po ciężkich studiach, dużym zaangażowaniu w pracę, należy mu się, jednocześnie na nic nie potrafił poczekać. Frustrowało go, że jego koledzy zarabiają dużo lepiej, mimo że ledwo co pokończyli szkołę. Zdecydował się zmienić pracę w kwietniu br, wspierałam go. Początkowo 1-2 miesiące chodził poddenerwowany, uważał, że chyba źle zrobił. Z czasem dostawał coraz bardziej odpowiedzialne zadania, zaczął zarządzać projektami, nadzorował zespół i zaczęło się…. Ciągle siedział w telefonie, ciągle Messenger, ciągłe telefony z pracy (nawet na urlopie!), wyjścia integracyjne. Nie rozstawał się z tym telefon nigdzie, nawet w łazience ani podczas jazdy samochodem Nie podobało mi się to, zwracałam uwagę, odkładał na chwilę, ale zaraz zaczynał od nowa. Irytowałam się, on nie rozumiał o co się czepiam. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Próbowałam ratować, podejmowałam rozmowy, ale efekt był na krótko.