Tym razem konflikt jest na linii ja - jego mama. K. ma przechlapane, bo jest między młotem a kowadłem. Jakąkolwiek decyzję podejmie, to któraś ze stron będzie zła.
Poszło o to, że gdy wraca na weekend do domu, to rodzice zaraz wynajdują mu multum zadań do zrobienia. Zawsze stara się z tym uporać do obiadu, bo po nim jedzie do mnie. Raz na jakiś czas przyjeżdża do mnie wcześniej żeby być u mnie dłużej. Wczoraj miał tak przyjechać, ale rodzice kazali mu iść kopać ziemniaki. Tak więc miał do wyboru - albo zbuntować się i powiedzieć, że nie będzie tego robić, bo obiecał do mnie przyjechać (co spowoduje kłótnie i mama strzeli mu kolejne kazanie, że ma nie nastawiać przeciwko sobie rodziców) albo zrobić co mu kazali i wtedy po przyjeździe obserwować mój gniew.
Próbował znaleźć jakiś kompromis, czyli trochę pomóc przy ziemniakach i szybciej się z nich urwać żeby być u mnie chociaż o godzinę wcześniej niż zwykle. Ale nic to nie pomogło, bo przyjechał zeźlony na siebie i rodziców, a ja też zdążyłam się zdenerwować podczas czekania na niego.








