Kamcia, u mnie mniej więcej wyglądało, to tak - Pierwsze dwie doby po rozstaniu, to był koszmar. Drugiego dnia po rozstaniu idąc przez miasto dziwne, że nie wylądowałam pod jakimś samochodem, bo szłam będąc w innym świecie, w totalnym szoku i amoku. Nie wiedziałam co się totalnie wokół mnie dzieje. Szłam otumaniona mając w głowie tylko i wyłącznie, że mnie zostawił. Moja koleżanka mnie wtedy zobaczyła. Ja jej nie zauważyłam. Nic dziwnego, bo ja wtedy niewiele widziałam. Po powrocie do domu dostałam od niej smsa, że mnie widziała i że wyglądałam na bardzo załamaną. Na odległość po mojej twarzy było widać w jakim jestem stanie. Mój były w tym czasie już umawiał się na ognisko i żartował ze znajomymi na fb, co ja zobaczyłam i spowodowało to, że stan mi się jeszcze pogorszył, bo pojawiła się w głowie myśl, " Kim ja do cholery dla ciebie byłam?!"
Następnie mimo, że było fatalnie, to z każdym dniem żyłam z myślą "Nie, to nie. Nie będę cię prosiła o miłość. Pomyliłam się, zawiodłam, ale trudno, trzeba żyć dalej". I tak sobie żyłam lepiej, gorzej, ale myśląc, że idę do przodu i że zaakceptowałam, to co się stało. Mhm... Taaa... Tak było póki nie minął pierwszy miesiąc. Okazało się, że przez pierwszy miesiąc tkwiłam w zaprzeczeniu. Niby wiedziałam, że to się skończyło, ale w to nie wierzyłam... i nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ja w to nie wierzę. Po miesiącu zaczęło do mnie docierać, że jego nie ma i nie będzie. To zaprzeczenie nie minęło od razu. Ja małymi kroczkami z niego wychodziłam, ale jak tylko zaczęłam wychodzić, to psychicznie padłam krzyżem na glebę. To był moment kiedy zarówno psychicznie jak i fizycznie czułam się jakbym zdychała. Ostatni rok związku dał mi porządnie w kość pod względem zdrowia, a rozstanie było gwoździem do trumny więc fizycznie przez stres byłam wykończona. Miałam bolesne nerwobóle, bóle głowy, kołatanie serca i masę innych rzeczy na tle nerwowym. A psychicznie? Psychicznie, to był jeden wielki rozrywający ból. Szalałam, tęskniłam, nie mogłam uwierzyć, że to koniec, nie mogłam wyobrazić sobie, że jego już nie będzie. Czułam beznadzieje, ogromny smutek, żal. Każda czynność była dla mnie wyzwaniem. Potrafiłam siedzieć i gapić się w ścianę z miną zbitego psa oraz myśleć, że wszystko straciło sens i już nigdy go nie odzyska. To był tak wielki ból, że zablokowałam się na płacz. Przez jakiś czas nie mogłam płakać, co nie ułatwiało mi sprawy, bo przez brak płaczu dusiłam jeszcze bardziej w sobie emocje. Chciałam zacząć biegać, żeby choć przez wysiłek fizyczny z siebie ten stres wyładować, ale nie mogłam. Nie miałam do tego głowy, a przede wszystkim siły, bo fizycznie byłam wykończona.
Później pojawiła się złość. To był wielki gniew. Nienawidziłam wtedy byłego. Złość mnie tak rozwalała od środka, że czasem waliłam w schody rękami aż robiły się czerwone i ryczałam ze wściekłości.
Później wszystko zaczęło się mieszać. Raz go nienawidziłam, innym razem kochałam i tęskniłam oraz wyłam. Raz miałam do niego wstręt za to co się stało, innym razem sama czułam się winna, bo zaczęłam doszukiwać się w sobie minusów. Coś na zasadzie, że gdybym była taka, siaka i owaka, to by się mną nie znudził. Ogólnie jedna wielka karuzela. Falowanie i spadnie. Sinusoidy i mieszanka różnych stanów. Ten etap, to był też moment kiedy zaczęły pojawiać się pierwsze dni normalności. Nie było cudownie, ale pojawiały się pierwsze momenty małego wytchnienia. Wtedy też zaczęłam ćwiczyć. W końcu znalazłam na to siłę, choć to była siła trochę spod ziemi ciągnięta. To wszystko co do tej pory opisałam trwało do trzeciego miesiąca po rozstaniu.
Po trzecim miesiącu jak wiesz miałam porządny kryzys. Wtedy co wszyscy byli w szoku i konsternacji, że kto jak kto, ale Edyszka tak psychicznie upadła
Wtedy chyba weszłam w etap smutku. A oprócz tego zobaczyłam u niego na fb te zdjęcia z urlopu, który mieliśmy razem spędzić, zdjęcia u jego rodziców, z jego chrześniaczką i poległam. To był chyba też moment kiedy już na sto procent do mnie dotarło, że on żyje swoim życiem, jest mu dobrze i jesteśmy już dla siebie obcymi ludźmi na wieki wieków. Przeryczałam kilka dni, łeb mi pękał, ale w końcu podniosłam się.
W ubiegłym tygodniu minęły 4 miesiące od rozstania. Nadal mam ukłucia różnych emocji. A to złości, a to smutku, innym razem tęsknoty bądź niesprawiedliwości, ale to są ukłucia. Żadna z tych emocji nie powala mnie na ziemię jak to było kiedyś. Określiłabym to w przenośni, że nadal mam świeżą ranę, ale ta rana jest podgojona i boli przy dotyku, a nie cały czas dniami i nocami. Tak to mniej więcej u mnie wyglądało. Co będzie dalej, to się okaże.